Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

nie
bardzo powoli się układam
wzory z liczmanków
rozsypałam sobie

nieco bezwładnie
wtapiam się w wysiedziany
fotel
i nie mam ogona

uderzam nerwowo
skrzydłami o ziemię

jestem pomniejszą julią
z zapasem tragedii
codziennie prozaicznych

nie patrzę już nawet
kto nas zmienił w świnie

Opublikowano

uderzam nerwowo
skrzydłami o ziemię

jestem pomniejszą julią
z zapasem tragedii
codziennie prozaicznych

ten fragment wegie mnie najlepszy, ale w strofie:

jestem pomniejszą julią
z zapasem tragedii
codziennie prozaicznych

gryzą się czasy, uważam, że powinno wyglądać tak:

jestem pomniejszą julią
z zapasem prozaicznych tragedii

dlaczego: codzienność to proza (2 grzybki w barszcz) :))

albo:
jestem pomniejszą julią
z zapasem tragedii
co dnia

czy jakoś tak :)
Pozdrawiam. Anape.

Opublikowano

ajajaj....

Jałóweczka, trzy świniaki, naljepiej w całości, z szynkami, (no zostawmy coś na salcesony i kaszankę) i pyszna kiełbaska by była, nie taka jak teraz w sklepach....

Oj jak dawno takiej nie jadłem (teraz nawet jak się coś ubije, to chyba chłopak za drobno mieli i jednak nie przyprawia tak, jak sie to kiedyś robiło samemu, ale czasu nie ma...).

Coś o tej Julii to nawet ciekawe i ładne....

Poczekam, poczytam i pozdrawiam.

Opublikowano

"wzory z liczmanków" :-)
Pierwsza strofa rzuca światło na pozostałe.
Frapuje mnie fotel Twojej peelki, tym razem to nie jest zwyczajny, domowy mebel. :-)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Kirke zdaje się jako pierwsza spróbowała tej sztuczki. Nie wyszła na tym najlepiej.
:-)
Pozdrawiam
Fanaberka
:-)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •     Zaczął duchowo przygotowywać się na skok stulecia, jego głowę wypełniły podniecające scenariusze, o tyle słodsze, o ile dyskretniejsze i głębiej pochowane gdzieś w dziecięcym światku. Karol postawił mur fabryki między sobą a światem dorosłym, tylko po to, żeby móc go własnoręcznie zburzyć, z pozdzieranymi knykciami, obscenicznie przywitać starszych w ich własnym salonie. Myśli te mąciły nastoletnią głowę - jedząc obiad, kończył powtarzać swój rozpoznawczy obchód, w szkolnej ławce szukał najłatwiejszego punktu wejścia (tam fabrykę odznaczał jedynie smukły komin, sterczący na planie osiedla jak kulfon radzieckiego urbanisty) .

          Kiedy przeczołgiwał się pod ogrodzeniem, na początku przenosząc na drugą stronę samą głowę, potem powoli wciągając tors, rozgrzewał wokół siebie przymrozek poranka, ostatecznie wypychając się w całości na drugą stronę falowanej blachy. Karol rozprostował nogi, otrzepał pył ze spodni, a wraz z nim, na placu powstała nowa siła - magnetyzm tego miejsca przestał zdawać się siłą przyciągającą tutaj chłopczyka, wsiąknął w niego samego, jego wibracje czuć można było w rozchodzącym się cieple, w lekkim, elektrycznym, brzęczeniu w uszach, w malutkich wibracjach każdej tkanki, możliwych do wyczucia przy wystarczającym skupieniu (pobudzone w tym momencie krążenie zdało się Karolowi czymś o wiele magiczniejszym), co wszystko składało się na poczucie młodzieńczego zrywu wcześniej jedenastolatkowi nieznanego. Prawie że najniższy w swojej klasie, uczeń piątej klasy szkoły podstawowej zdał się tutaj nadczłowiekiem, członkiem kasty wydzielonej zarówno od dzieci jak i dorosłych, wszystkich trwających w ohydnym bezruchu i bezwiedzy, jednych, pchanych ospale przez życie zwierzęcością, drugich, swoją metafizyką. Drugą siłą, która musiała opanować każdego Ubermenscha, był strach. Jawił się pod postacią lekkiego bólu czy nudności, gdzieś pomiędzy brzuchem a plecami, oznaczał dziwne zatwardzenie w gardle, i szybszy pęd myśli, w tym momencie zdających się jakby zwolnieniem śluz na długo wypełnianym zbiorniku dojrzałości. 

          Pierwszy krok osłupił Karola, jego powaga prowadziła jedynie do strachu - nie dlatego, że był to krok przełomowy, ale dlatego, że jego ciężki, zimowy but z hałasem dotłukł już wcześniej potłuczone szkło. Zaspany gołąb sfrunął gdzieś z wysoka. Post-sowiecki panoptykon wrócił jeszcze na chwilę do włamywacza, tym razem z parą oczu w każdym sąsiednim oknie, co teraz Karol uznał za niezasługujące na krztę jego uwagi. Następny krok był już wartki, jego impet był obietnicą następnego, a następny obietnicą dalszych i dalszych. Elewacja rosła i rosła, aż stanęła na wyciągnięcie ręki. Mały dziewięciolatek w biało-złotej albie instynktownie zadarł w tym momencie głowę do góry, a kościelna wieża, rozsypała się pod jego błyszczącymi bucikami na suchy, ceglany pył. W pobliżu rozległo się bicie dzwonów. Ósma rano. Jakby to był jego sygnał, Karol postawił pierwszą nogę w miejscu wyłamanego okna, i sam nie wiedząc kiedy, znalazł siebie w pustej, industrialnej hali.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...