Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

szybko
musimy znaleźć kogoś

ktoś musi być odpowiedzialny
sam się przecież nie związał!

na czym właściwie
opiera się nasz związek?

związaliśmy razem kilka
problemów
ale nie te więzy
wiążą nas samych

zwiąż mi ręce
zawiąż opaskę na oczach
tylko skazaniec co nie zna kata
pozwala swojej krwi się rozlać
tylko tak
tylko krwawo można
rozwiązać więzy krwi

nie widzę związku
nie widzisz związku?

w związku z tym
trzeba wiązać od nowa
przywiążę się do ciebie
jak pies martwego pana
do budy
pełny zaufania

koniec z tym koniec
to beznadziejne
mogę na zawsze
przywiązać się do Ciebie

albo bez ciebie
stać się rozwiązłym

Opublikowano

dzisiejszy wiersz sponsoruje słówko: wiązać (które jest podstawą słowotwórczą sporej części użytych tutaj wyrazów).
Cóż, taka wariacja na temat wiązania, szukanie różnych związków frazeologicznym z tym związanych.

Powtórzenie: [nie widzę związku]/nie widzisz związku?
nic ciekawego do tekstu nie wnosi. To co w kwadratowym nawiasie nadaję się do wycięcia moim zdaniem :)

Jako zabawa, żart jest w porządku.
Jako wiersz, który miałby nieść jakieś uniwersalne przesłanie zupełnie się nie broni.

pozdrawiam ciepło
Coolt

Opublikowano

Cóż. Wiersz może nie jest najlepszy. kilka wyrazów można spokojnie usunąć. Ale pomysł broni się. Dopracować. co zaś tyczy się "przesłania uniwersalnego"... nie każda poezja ma takie zadanie. i taka właśnie tu zaserwowana broni się bez "uniwersalizacji"... choc dobrze by było popracować. Jeżeli tekst będzie miał inny w przyszłości wygląd i brzmienie, to bardzo bym prosił o przesłanie do mnie. Z góry dziękuję. PZDR!

Opublikowano

ale nam związałeś ręce. jako zabawa w słowa wszystko ok. jako wiersz nie widzi mi sie.
z powazaniem - k.k.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...