Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Matka Błażeja była hipiską bez wykształcenia, do szaleństwa zakochaną w niższej (być może najniższej…) klasy dziennikarzu sportowym z gazety o klasie niezaprzeczalnie jeszcze niższej. Wystarczyło jednak, że miał długie, blond włosy, mówił do niej „maleńka” i był w stanie utrzymać ją wraz z jej dzieckiem. Nie liczyło się przy tym kompletnie, że był ostatnim sukinsynem i notorycznie ją zdradzał z odpicowanymi dziennikareczkami z działu mody i urody w jego podrzędnej gazecie. Dopóki matka nic o tym nie wiedziała, było wszystko w porządku, ale kiedy któregoś razu mąż zabrał ją na kolację do restauracji, po czym zniknął na piętnaście minut i przyłapała go z obcą babą w damskiej toalecie – zaczęła bardzo dużo płakać po nocach. Błażej widział, że płakała, ale kiedy pytał, co się stało, zbywała go byle wymówką. Kiedy sięgała po kieliszek i piła przez pół nocy, Błażej również pytał ją „mamo, co się stało?” i ona również odpowiadała: „nic, synku, idź spać”. Więc mały Błażej szedł do swojego pokoju, ale długo nie mógł zasnąć. Za smutki mamy zawsze winił ojca.
Jak na ironię poprawiło jej się pół roku później, kiedy dowiedziała się, że jej mąż do końca życia będzie kaleką. Uległ wprost niesamowitemu wypadkowi, który teoretycznie w ogóle nie miał prawa się zdarzyć! Sam często zastanawiam się, czy to rzeczywiście możliwe…
Facet robił zdjęcia do reportażu z jakichś podrzędnych ligowych mistrzostw w piłce nożnej i stał za bandą jak wszyscy fotografowie ze swoim gigantycznym teleobiektywem, wyczekując sensacji. Najlepiej by było, gdyby ktoś komuś wybił zęba przy pojedynku główkowym (na zdjęciu powinno być widać jak ząb szybuje w powietrzu gdzieś poza kadr), kopnął w krocze przy wyskoku, wsadził obrońcy palec w oko przy ataku z prawego skrzydła lub nawet przyłożył z plaskacza po ostrej dyskusji z arbitrem. Takie zdjęcia opłacano najlepiej w jego plotkarskiej gazecie, bezczelnie nazywającej siebie "gazetą sportową", tylko dlatego, że na dwadzieścia stron egzemlparza, osiem poświęcano szeroko pojmowanemu „sportowi”. On sam też nie był w niej tak naprawdę żadnym sportowym dziennikarzem, a jedynie zwykłym fotografem z ledwo ukończoną jakąś nikomu nieznana ruską szkołą fotograficzną. Ojciec Błążeja pochodził z Rosji i po nim chłopak odziedziczył swoja bujną czuprynę blond loków, którą jednak ścinał dosyć często.
Tego dnia akurat żadna wyjątkowa okazja nie chciała się wydarzyć i przez całą pierwszą połowę mężczyzna pstrykał zdjęcia bardzo dynamiczne i być może nawet niezłe artystycznie, wymagające jedynie drobnej obróbki, ale nie mające żadnej szansy na spieniężenie przez jego redakcję. Właśnie kadrował wyskakującą w górę chmarę piłkarzy zdeterminowanych wbić bramkę (bądź ją wybronić) z rzutu rożnego, kiedy poczuł jak ktoś puka go w ramie. Po długości paznokcia powinien poznać, że to redaktorka od mody z jego gazety. Kilka dni temu te same paznokcie wbijały się w jego nagie plecy w pokoju hotelowym, zostawiając na skórze czerwone pręgi, które prawdopodobnie jeszcze tego dnia mogły być widoczne pod koszulką. Teoretycznie nie powinno jej tam być, ale dla tej kobiety żaden „zakaz wstępu dla nieuprawnionych” nie był w rzeczywistości zakazem, jeśli wstęp był strzeżony przez mężczyznę (choć kto wie, czy i z kobietą nie poradziłaby sobie podobnym sposobem i z podobna łatwością…). Nasz dziennikarzyk tak się zdziwił i zarazem ucieszył na widok koleżanki, że pocałował ją w usta namiętnie, nie zauważywszy, że piłka przeniosła się pod bandę przy której kucał i że wszyscy wokoło przezornie chowają obiektywy. W pewnym momencie któryś z obrońców postanowił przerwać akcję przeciwników i wybić piłkę na aut. Nie powinno być zaskoczeniem, że trafił akurat w ten jeden jedyny wystawiony nad bandę aparat i że nagle redaktorce z działu mody jakaś dziwna siła zmiotła kochanka sprzed nosa. Ona sama została zawadzona obiektywem, nieomal również tracąc ten swój piękny, chirurgicznie wyprofilowany nosek. Było dużo krwi i dużo krzyku, meczu jednak nie przerwano. Bo czy warto? To tylko jakiś pseudo dziennikarz z jakiejś pseudo gazety dostał piłką w nos. A cenny czas gry to jedyne 90 minut…
Do matki zadzwonili ze szpitala, więc natychmiast wsiadła w pociąg i była na miejscu po czterech godzinach. Błażej miał już wtedy tyle lat, że uważał się za mądrego człowieka, którego należy co najmniej uważnie wysłuchać. Poczuł się więc boleśnie zignorowany i urażony, kiedy po jego pełnym wyrzutów monologu na temat „tego pieprzonego Casanovy z radzieckiego Wypizdówka pod Moskwą” i setki pytań „po cholerę tam jedziesz? chcesz zobaczyć jego nową dziwkę? Myślisz, że nie wiem, co jest grane?” – matka spokojnie ucałowała go w czoło i zamykając za sobą drzwi powiedziała cicho: „to twój ojciec, kochanie.” Chuj, nie ojciec – pomyślał chłopak, podchodząc do okna i patrząc jak matka wsiada do taksówki i odjeżdża z piskiem opon. Niemal słyszał jej rozemocjonowany głos, może nawet płakała, kiedy mówiła: „Na Centralny, szybko! Mój mąż jest w szpitalu.”
Prawda była taka, że ojciec nigdy się specjalnie synem nie interesował. Chłopak nie mógł narzekać, bo zawsze dostawał od niego pieniądze, na co tylko były mu potrzebne; wykształcił się również za jego dochody (bo matka nie miała żadnych), ale za to, jak traktował swoją żonę szczerze i otwarcie tym człowiekiem gardził. Facet rzadko bywał w domu, z synem spędzał tyle czasu co urodziny, Boże Narodzenie i Wielkanoc. Poza tym nigdy nie mógł choćby zamienić z nim słowa, bo albo „pracował”, albo był bardzo zmęczony po „pracy”. Dlatego też Błażej czuł raczej, że ma hojnego sponsora niż ojca. A teraz matka przywlekła tego obcego patałacha z powrotem do domu z zabandażowaną całą prawą częścią twarzy (nie fortunne wybicie pozbawiło go prawego oka, zgruchotało kość jarzmową, nie wspominając już o obiektywie Nikona za kilkaset tysięcy; jego odłamki wciąż jeszcze tkwiły w twarzy swego właściciela i rzeczywiście był on już tylko wspomnieniem) i z niezwykle smutną lewą połową. Błażejowi wydawało się, że sprawną połową ust próbował wymówić „przepraszam”, ale z całej siły starał się ignorować ten nagły (jak uparcie sam siebie w duchu przekonywał: wcale nieszczery) przypływ skruchy i poczucia winy.
Kobieta od mody nawet nie zadzwoniła zapytać swego kochanka jak się czuje, nie mówiąc już o tym, że usiłowala wytoczyć mu sprawę w sądzie. Prawnik nie do końca wiedział o co mógłby oskarżyć okaleczonego fotografa, a argumentem, że znalazła się w tej części stadionu nielegalnie i że to jej powinien zostać wytoczony proces, zamknął dziennikarce jej pięknie uszminkowane usta. Potem przespał się z nią, kiedy próbowała w ten sposób zdobyć jego poparcie, ale zaraz po tej przyjemności bardzo jasno dał kobiecie do zrozumienia, że ma „całkiem miłe ciało, ale to wszystko”. Wpadła w szał i prawnik musiał zadzwonić na policję, bo próbowała go udusić ręcznikiem. Błażej potem przeczytał na ten temat artykuł w gazecie i jeszcze bardziej znienawidził swojego ojca. Żeby z taką zdzirą!
Od wypadku ojciec spokorniał, a matka rozpromieniła się, mając go znów przy sobie. Dzięki sprytnemu adwokatowi mogli żyć dalej spokojnie z jego renty i odszkodowania. Dla Błażeja jednak cała ta sytuacja oznaczała jednoznacznie, że musi się jak najprędzej wyprowadzić. Z jednej strony z powodu pieniędzy (których nie było już tak dużo jak wcześniej i utrzymanie trzeciego członka rodziny stało się ciężarem) i z drugiej dlatego, że coraz gorzej się czuł w towarzystwie znienawidzonego kaleki. Odczuwał presję o charakterze szantażu, kiedy matka syczała do niego na korytarzu przy drzwiach tak, by jej mąż nie usłyszał: „to twój ojciec, do cholery i kaleka! Okaż mu trochę szacunku choćby z jednego z tych dwóch powodów, kurwa!”. Błażej nie miał ochoty okazywać szacunku, czy współczucia, których wcale nie czuł. I nie znosił, kiedy jego matka przeklinała.

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

technikalia:

że na dwadzieścia stron egzemlparza, - egzemplarza
Ojciec Błążeja - Błażeja
że usiłowala wytoczyć mu sprawę w sądzie - usiłowała

Trudno ocenić (cząstkę całości). Na pewno w tym akurat fragmencie zaznacza się miażdżąca przewaga narracji nad dialogami. Opisy pełnią funkcję informującą (ten przedstawiający grę jest ciekawy) ale kilka innych jest trochę nużących. Pogardliwy ton (negatywny stosunek narratorki do bohatera nie zawsze przynosi zamierzony skutek. może warto go jeszcze bardziej dojechać - pewnie w pozostałych partiach tekstu dostaje się dziennikarzykowi). Nie mozna ci odmówić umiejętności składania poprawnych zdań, sprawnego stosowania ironii (konsekwentnie). Ja jednak wstrzymam się z ostateczną oceną (nie chcę wydawać żadnych osądów przed poznaniem całego tekstu). tyle

Opublikowano

To pewnie zabrzmi dziwnie, ale jeszcze nie przeczytałam tego opowiadani. Zrobię to jutro, bo dzis już zwyczajnie - padam z nóg. Natomiast piszę do Ciebie z prośbą, żebyś zajrzała do
" Amsterdamu " - zostawiłam Ci tam, moim zdaniem, dość istotny komenatrz, dotyczący zakończenia opowiadania. Dziękuję też za opinię o moim opowiadanku.
Jutro tu zajrzę i może wtedy coś napiszę.
Pozdrawiam serdecznie.

Opublikowano

Sanestis: dzięki ogólnie. większa całość nie jest o dziennikarzyku. i nawet nie jest o Błażeju (który nawet się tam tak nie nazywa). Słyszałam opinie, że ta większa całość jest nudna, dlatego wrzuciłam tylko ten mały fragmencik o ojcu Bożka (bo tak się on nazywa w "Studencie"). Wrzucę całość, chociaż wiem, że powinnam nad tym tekstem jeszcze bardzo dużo popracować, jest bardzo niedoskonały.

Gosiu: dzięki za komentarz, odpowiedziałam Ci na niego i oczywiście masz rację, pomyślę nad tymi sztalugami, chociaż nie bardzo widzę swój błąd. Ale to Ty jesteś tutaj kompetentną osobą, ja tylko czytuję Whortona :)

Pozdrawiam, dzięki wielkie!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zegarek na piekarniku wybił szesnastą. Słońce jeszcze nie zdążyło wstać, a cztery cyferki wisiały zawieszone pośrodku niczego, głosząc w eter jedyne w co mogły wierzyć, w istotę swojego istnienia - w to, że jest właśnie godzina szesnasta. Przeszedłem po cichu korytarz, stawiając ostrożnie ciężkie, zimowe buty, przekręciłem ostrożnie zamek i wydostałem się na klatkę schodową.

      Czerwone diody tym razem pokierowały mnie ku włącznikowi światła z małą ikonką Schrödingera - z żarówką albo może z dzwoneczkiem, co mogło mi się okazać dopiero po naciśnięciu przycisku. Oczywiście zaryzykowałem, a włącznik zamiast budzić nad ranem sąsiadów rutynowo włączył światło. Okropne to wszystko. Czuję, że wracam na tarczy, i ranię w tym samym momencie, że wyżywam się na swojej własnej naiwności. Nie chciałbym jej teraz budzić, nie chcę, żeby o tym wiedziała, ale mogę o niej myśleć jedynie jak o substytucie namiętności prawdziwej, takiej namiętności po której nie boli mnie głowa, takiej po której nie muszę brać prysznica, a najlepiej takiej, po której mógłbym już umierać. Jeżeli sen to półśmierć, a samotność to ćwierćśmierć, to miłość musi być jej trzema czwartymi. 

      Odwróciłem się do drzwi, starłem rękawem wypisane w kredzie "M + B" i w lepszym nastroju zbiegłem po schodach. To była moja pamiątka na pożegnanie - "K" jak Kalipso, na przestrogę dla wszystkich chłopców szukających w tym życiu pociechy, choć to jedynie kropla w morzu, jedne z miliona drzwi Ogygii, gotowych do połknięcia każdego żeglarza błądzącego między Kazimierzem a Grzegórzkami, Krowodrzą a Łobzowem, między swoją ostatnią miłością z liceum a snem wiekuistym. Czy ja byłem w jakikolwiek sposób lepszy od tej niezaspokojonej męskiej masy? I tak, i nie.

      Zawahałem się jeszcze przez chwilę, po czym otworzyłem drzwi na ulicę. Poranek był paskudny (chociaż zazwyczaj takie poprzedzają najpiękniejsze dni), wiatr podrywał brudną, szarą mgłę ciskając mi ją, niezależnie od tego w którą stronę bym nie poszedł, prosto w twarz. Czułem jak powoli woda przesiąka moje włosy, które coraz to cięższe zaczęły przylegać mi do głowy. We wrześniu mógłbym uznać taki Kraków za czarowny, lecz teraz, w październiku, już absolutnie mi to zbrzydło. Jesień potrafi być urocza, niby najlepsza kochanka, a najlepsza kochanka to taka, po której aż miło jest wracać do żony, i ja także zachciałem już wracać do lata.

      Pierwsze kroki wbiły mnie w marynarkę. Z głową schowaną w kołnierzu zaplanowałem przeciąć na wskroś stare miasto, o tej godzinie nienaturalnie puste, kiedy już ci bawiący się najgorzej wrócili dawno do domów, a najszczęśliwsi skończyli na afterparty z Morfeuszem. Na ulicach, gdzieś pomiędzy nocą a dniem, pozostali tylko ludzie tak samo jak ja ambiwalentni, z tym samym dziwnym poczuciem solidarności nakładamy dla siebie prawdziwe śniadanie mistrzów - wyrzuty sumienia. Z jednej strony mogłem pozostać wczoraj w Itace, spędzić wieczór na rozwiązywaniu starych kolokwiów lub przy lepszej czy gorszej książce, zrobić sobie ładną kolację albo posprzątać pokój. Z drugiej, jeżeli już się w to wpakowałem, mogłem pozostać u niej do rana, dać się jej złapać za gębę kochanka, a może poopowiadać jej o "wolnych duchach" i "potrzebie rozłąki", powołując się przy tym na jakiegoś romantycznego poetę, po czym wyjść na pierwszy tramwaj do domu. Może i unikam aktualnie odpowiedzialności, ale zbrodnia już została dokonana, pytanie tylko, czy ona będzie jeszcze chciała do mnie wydzwaniać. Mógłbym ją zablokować, oczywiście, ale ona w żadnym stopniu na to nie zasłużyła, wolę nie uciekać od gilotyny, bowiem nie wierzę w istnienie zbrodni bez kary. Jeżeli nie zostanę ukarany, nie będę zbrodniarzem, zostanę po prostu “dupkiem”, albo “chujem”, co byłoby zdecydowanie gorsze. Zbrodniarzy się resocjalizuje, ale chujem pozostaje się do końca życia. 

       

      Spacer zawsze uważałem za rodzaj modlitwy, za sposób wprowadzania siebie w ten sam trans, który inni osiągają powtarzaniem zdrowasiek albo buczeniem w pozycjach jogi, w trans wybijany po kolei na betonie, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa. Cały świat zamyka się w tych dwóch słowach, wszystko i wszyscy są ode mnie oddzieleni tylko pewną ilością lewych i prawych, ja jestem wszechświatem doświadczającym samego siebie, więc kroczę, i muszę kroczyć, lewa, prawa, lewa, prawa. 

      Pamiętam czasy lepsze, czasy zauroczeń, nowych doznań, czasy, kiedy ludzie sami wyciągali do mnie dłonie, ale to nie ma znaczenia, pomiędzy miłością a rozstaniem jest tylko x lewych i prawych.

      Uciekłem, skończyły się czasy Feaków, gościnności, zabawy, igrzysk, odpłynąłem na ostatnim statku, na tramwaju zwanym dorastaniem, z nosem spłaszczonym na szybie i jednorazowym biletem. Im dalej patrzyłem, tym bardziej mi się wydawało, że stoję, ale teraz, patrząc pod nogi, muszę uważać, aby nie stracić gruntu pod nogami, i cały czas próbuję za nim nadążyć - lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa.

      Kompletnie przemoczone włosy odgarnąłem z twarzy, wracając przez sekundę do klnięcia na krakowską pogodę, na brak kaptura, a przede wszystkim, na tę całą sytuację, na młode dziewczyny, na pożądanie, na bary na Kazimierzu, na szybki seks, oraz oczywiście - na samego siebie. Na mojej drodze krzyżowej mijałem kolejne stacje, pamiątki minionych wieczorów - bary, pasaże, uliczki, teraz wszystkie martwe, na tyle wiernie oddające obecny stan mojego ducha (ach! czy to nie pretensjonalne?), że potrzebowałem chwili aby uświadomić sobie, że już za jakiś czas one z powrotem będą tętnić życiem, wypełnią się paczkami studentów, lanym piwem, dymem papierosów, głosami mniej i bardziej zrozumiałymi, rozmowami o wszystkim i o niczym, flirtami i odrzuceniem, słowem - życiem. 

      Złowieszcze to memento mori. Nic nie płynie, tylko ja przemijam, konsekwentnie kończąc i zaczynając następne ulice, a krakowskie bary będą trwać wiecznie. Nigdy nie skończy się zabawa, choć dla mnie zabawy już nie ma, nigdy nie przestanie grać muzyka, chociaż ja już nie mogę jej słuchać. Nieustanne bicia perkusji, przechodząc mi przez tors, nadały mojemu sercu tempo, którego wiem, że nie będzie ono w stanie utrzymać. Następne wspomnienia zaczęły po kolei wypływać na wierzch, przykrywając sobą teraźniejszość, którą zamalowano jak na starych obrazach, aby na jej miejsce postawić coś o wiele piękniejszego.

       

      Teatr “Bagatela”. Jakieś pięć minut temu miałem tutaj dostać w mordę. Mówi się, że słowa pijanych to myśli trzeźwych, więc to tutaj można szukać wniosków na temat społeczeństwa, nie w książkach, książki to myśli pijanych, o tym co mówią trzeźwi. Ja doszedłem do wniosku, że ludzkość w zasadzie dzieli się na trzy grupy - na tych głupich, tych którzy chcą kogoś kochać oraz tych, którzy chcą dać komuś w pysk. W każdej chwili dnia te trzy grupy muszą mieszać się ze sobą, trwać pod wspólnym sztandarem pracy, aż wreszcie tutaj - pod afiszem “Umrzeć ze śmiechu” mogą one wreszcie odsłonić swoją prawdziwą twarz (bo co to jest za przyjemność walić w gębę). Kolejny mój powrót do Itaki, moja personalna odyseja, w której zawsze docieram do celu, a jednak nigdy nie kończę tam wracać, pokazuje tylko, że najmądrzej jest pewnie być jednym z tych głupich. Ciepła, lipcowa noc zostawia mi słodko-gorzki posmak na ustach, ten rodzaj nostalgii, który zaczyna się już w drodze powrotnej do domu, nostalgii tępej i niewymierzonej w żaden konkretny cel, rozchodzącej się stłumionym jękiem po całym ciele. Utknąłem za ostatnią kropką na końcowej, wpół zapisanej stronie rozdziału, tylko ja i biel pustej kartki oczekujący na to, aż wszechmogąca ręka przerzuci nas na następną stronę.

       

      Teatr “Bagatela”. Znowu, i znowu. Czytam ulicę Krupniczą jak najsłodszą wiadomość, rozkładam zdania na słówka, każde z nich po kolei przeżuwam, aż wypuści z siebie wszystkie cukry, po czym puste, pozbawione już sensu litery wypluwam na chodnik. W ten sposób dotarłem do momentu, gdzie “Krupnicza” nie znaczy już nic. Znaczyła pierwszy semestr studiów, znaczyła dziewczyny których imion nie będę tutaj wymieniać, znaczyła porażki i sukcesy, wschody i zachody, a więc dzisiaj nie może znaczyć już niczego.

       

      Minąłem studzienkę Badylaka. Już jakiś czas temu, ale wtedy musiałem przejść koło niej obojętnie. Idealne miejsce na jakąś cyniczną refleksję, może “Jego śmierć ma w sobie całą patetyczną bezpłodność męczeństwa, całą jego zmarnowaną piękność.”? Kto to powiedział? Nie pamiętam, nie żeby to miało znaczenie. Może sam pokuszę się kiedyś o podobny koniec, ale na pewno nie dziś, nie da się pięknie cierpieć w tej obrzydłej mżawce. Każdy jeden płomyk, który miałby zapewnić mi oczyszczenie, zdusiłyby kolejne warstwy tej brudnej, zimnej wody, każda kropelka po odparowaniu zostawiałaby mi szumowiny na skórze. Okropne. Echo moich kroków wracało do mnie zdwojone ze zdobionych fasad kamienic. Miałem ochotę gwizdać, ale popękane wargi mogły jedynie ranić siebie nawzajem fragmentami suchej, stwardniałej skóry. Z zażenowaniem schowałem mój “dziubek”, aby minąć jakąś postać na ulicy. Zarys kurtki z futrem okazał się być kobietą w średnim wieku. Spojrzała na mnie tym samym wzrokiem pełnym zniecierpliwienia, którym patrzy się na ludzika oznaczającego czerwone światło na pasach. Ludzie w tym mieście nie potrafią się do siebie uśmiechać. 

       

      Ulica Czysta. Faktycznie, o tej godzinie prosi się o żartobliwy komentarz. Mogę teraz poświęcić chwilę na sporządkowanie myśli zeszłego wieczoru, przede wszystkim na otworzenie się przed wami. Nie mogę ciągle kryć się za wodospadem błahych refleksji, z pozoru wszystkich “głębokich”, ale w praktyce służących jedynie do przyćmienia mojego ego, rozmycia konturów pomiędzy mną a tłem, nawet jeżeli ma to być tło tak piękne, jak stare miasto w Krakowie. Od początku - nazywam się K., urodziłem się wczoraj po dziewiętnastej, i za około 20 minut zamierzam umrzeć. Oczywiście na potrzeby tej historii. Nie oznacza to bynajmniej, że aż tak się zamierzam dla was poświęcić, po prostu jedynie w tych ramach czasowych istniałem jako “K”, myślałem i chodziłem jako “K”, z “K” powstałem i w “K” się obrócę. Wierzę, że wszechrzecz jest miarą człowieka. Przejdźmy do głównego problemu - do niej. Podoba mi się ta zagrywka, odwoływanie się do niej w ramach opowieści jako po prostu ona. W języku polskim nie postawię the przed jej rzeczownikiem, a więc muszę dla niej poświęcić wszystkie inne kobiety w moich zdaniach (nawet jeżeli ma to być nawet “ta” kostka brukowa). Nie będę strasznie przedłużać, nazwać rzecz po imieniu to jest zniszczyć trzy czwarte uroku poetyckiego, nieprawda?. Jakoś tak. Brunetka, okulary lennonki, czarny sweter, trochę piegów (generyczny opis? może. generyczny romans.). Uśmiechała się tylko dolną wargą, i chyba tym uśmiechem zabrała mnie do siebie. 

      Nigdy nie uważałem się za typ romantyka. Znaczy, nigdy nie uważałem się za typ osoby mogący romantyka udawać. Flirt wychodził mi żałośnie, a zainteresowanie, nieważne jak szczere, miało w sobie coś z teatralnej przesady. Mówiąc krótko, nie byłem nigdy psem na baby. Nie będę więc zmyślał - nie mam pojęcia jak udało mi się znaleźć w tej sytuacji. Zawsze z tego powodu unikałem alkoholu, odczuwałem, że zmieniając swoją osobowość tracę część swojego jestestwa, że to nie ja staję się bardziej wygadany i pewny siebie, ale że oddaję kontroler starszemu bratu, który musi pomagać mi przejść za trudne dla mnie poziomy, że w jakiś quasi-fetyszystyczny sposób przyglądam się zabawie innego faceta, tym bardziej bolesnej do oglądania, ponieważ zdaję sobie sprawę jak niewiele mnie od niego dzieli, jak trywialne powinno być dla mnie wyjście “do ludzi”. Co mnie skłoniło do tego, żeby dzisiaj się zwrócić do starszego brata o pomoc? Nie wiem. Znowu nie wiem, paskudna narracja. No cóż, człowiek jako jedyny szuka we wszystkim logiki, i jedyny się jej wymyka. Księżyc nie kaprysi na ciągłe zmiany, a Wisła nie upija się na Kazimierzu. Możemy się bawić w psychoanalizę (może i ona nawet ma coś z mojej matki?), ale wydaje mi się to bezsensowne, uznajmy więc, że napiłem się dlatego, bo tak musiało się stać, gdybym tego nie zrobił, to leżałbym teraz w łóżku, a więc musiałem się napić żeby móc tutaj być, tyle wystarczy. Niektóre rzeczy nie wydarzają się z przyczyny, pchają one jedynie akcję do przodu, są wypadkowymi tego co było przed nimi, i tego co spowodują. Wszechświat generalnie dąży do entropii, a nam strasznie ciężko to zaakceptować, wysyłamy sondy za pas Kuipera, desperacko krzyczymy w eter Ordnung muss sein!, a wszechświat ciągle zostawia nas na wyświetlonym.

      Mógłbym próbować odegrać teraz parę z tych rozmów, które musiały się między nami odbyć, ale boję się, że postawię siebie w zbyt pozytywnym świetle. Nie będę układał dialogów dla ciekawszej, zabawniejszej, śmielszej wersji mnie, to byłoby po prostu fantazjowanie, jak przeżywanie idealnych form odbytych już rozmów przed pójściem spać, odgrywanie ich w idealny sposób, gdzie nie dość, że jestem subtelnie flirtowny, sugestywny i zabawny, to jeszcze dostaję zawsze dokładnie taką odpowiedź o jaką proszę. Nie mogę się zdecydować czy takie marzenie jest żałosne, czy jest to coś, czego powinienem się wstydzić, w końcu każdy tak przecież robi, w momencie gdy zaczyna się postrzegać interakcje międzyludzkie jak przestrzeń do odnoszenia “porażek” i “sukcesów”, to naturalne, że człowiekiem zaczyna kierować ambicja, że chce się tylko “wygrywać”. Jak na społeczną istotę, człowiek potrzebuje nabyć całkiem sporo umiejętności, które mogłyby się wydawać wrodzone. Ja, na przykład, ostatnio próbowałem nauczyć się cierpieć. Już brzmi okropnie, co? Cierpienie paradoksalnie nie jestem naturalnym stanem człowieka, może bywało kiedyś, przed pierwszymi eposami, w czasach gdzie nic jeszcze nie było symbolem, a cierpieć można było jedynie “na prawdę”. Lecz dzisiaj? Ból wrzuca człowieka w szufladkę “cierpiącego”, ramy w których trzeba niezręcznie wyginać i kurczyć nogi, schylać się i garbić, gdzie nie można już zrobić niczego, aby to nie było pretensjonalne. Cierpienie jest w domyśle infantylne, i choć artyści trąbią nam o tragizmie na prawo i lewo, nigdy nie malują oni cierpiących, malują cierpienie samo w sobie, a człowiek powinien być w tym systemie jedynie kukłą, wycenianą na podstawie tego, jak autentyczne potrafią być jej ruchy. I ja też się na tym łapię, rzucam frazy pensjonarskie i szalenie dziecinne, aż zaczynam się zastanawiać, czy nie taki jest sens wyrażania siebie. Oczywiście, jeżeli zależy nam na artyzmie, należałoby postawić na dojrzałość, ale autentyczność? Autentyczność jest prosta i infantylna, nie boi się chodzić utartymi ścieżkami, bo autentyczność nie jest romantyczna, jest światopoglądowo neutralna i nie należy do nikogo z nas, nie boi się cytować Balzaka, harlekinów, albo tekstów Beatlesów, jest duchem epoki w skali wszechświata, zeitgeistem łączącym całą cywilizację trwającą jedynie błysk w zwartą, jednolitą masę. Prawdziwe uczucia to cztery grunge’owe akordy, kartki z tyłu zeszytu, i co po niektórzy artyści o tym wiedzą, starają się to fałszywie odegrać, ale poza autentycznie cierpiącego nie jest niczym ponad kolejną pozą. Jeżeli ukochany napiszę ci sonet, to znaczy, że cię kocha, jeżeli napisze ci sto sonetów, to znaczy, że kocha sonety.

       

      Warkot przejeżdżającego samochodu wyrywa mnie z powrotem na aleję Mickiewicza. Stanąłem posłusznie przed przejściem, rzucając spoufalające spojrzenie czerwonemu ludzikowi po drugiej strony ulicy, takie, którym można obdarzyć publicznie skompromitowaną, powszechnie nielubianą osobę, aby pokazać, że tak naprawdę nie żywisz do niej żadnych złych uczuć, ale jesteś tylko częścią tłumu.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...