Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Odpowiem tylko i już daję spokój Pańskim wierszom.
"PRZYSPIESZYŁ", A NIE "PRZYŚPIESZYŁ", które brzmi jak "dźwi".
Jeżeli pytanie o poczucie rytmu i słuch muzyczny uważa Pan za niemerytoryczne podczas dyskusji o wierszach rymowanych, to nie mamy op czym rozmawiać. Technika jest ważna, ale właśnie poczucie rytmu sprawia, że wiersz się "domyka" i brzmi.
Właśnie... asonanse powinny brzmieć delikatniej, a tutaj sprawiają wrażenie wbijanych młotem pneumatycznym. Nie ma sensu przytaczać samych rymów, ponieważ wypisane w oderwaniu od reszty tekstu nie obrazują w pełni tego, co chcę powiedzieć. Może jeden przykładzik jednak:
"pozbierać chciałem wszystkie części w całość.
bez kawy szło mi to niestety słabo."
Drugi wers jest jednocześnie przykładem na fonetyczne niedopracowanie rytmu. Aby wszystko brzmiało jak należy, trzeba przeczytać z akcentem na "szło". Można też , co brzmi jeszcze gorzej.

Pewnie! Mogę napisać, że rewelacja, super, hiper, wyczesany w kosmos, taki wspaniały i że sam chciałbym tak, ale po co? Co to komu da? Chyba, że ma dawać autorowi samozadowolenie i dowartościować w jakiś sposób.

  • Odpowiedzi 73
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Na razie odpowiem tylko na jedno cytatem ze słownika języka polskiego:

przyśpieszyć dk VIb, ~szę, ~szysz, ~śpiesz, ~szył, ~szony — przyśpieszać ndk I, ~am, ~asz, ~ają, ~aj, ~ał, ~any,
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Można jeszcze przeczytać i już brzmi inaczej...
Ech, Leszek - pozdrówko!!! Piast

ps. Zapytam duetu Lobo - Mirek - czy macie w swojej twórczości wiersz, do którego nie można się przyczepić? Ani do rymu, ani do taktu, ani do sylabotoniki, ani to rymu i czego tam jeszcze ludzie nie wymyślili. Nie, nie! Nie pytam złośliwie - ani, ani... Chciałbym tylko na takim wzorze nauk od Mistrzów pobrać nieco - jeśli mogę, oczywiście...
Jeszcze jedno - przyspieszył, przyśpieszył - obie formy są poprawne...

Pozdrawiam - Człowiek, który zwie siebie Piastem!
Opublikowano

zwracam honor. sprawdziłem i popularne słowniki podają obie formy jako poprawne. swoją opinię oparłem na rozmowie z filologiem (dzisiaj to było, ponieważ chciałem fachowej porady), który stwierdził, że poprawna jest forma "przyspieszyć".
[quote]czy macie w swojej twórczości wiersz, do którego nie można się przyczepić? Ani do rymu, ani do taktu, ani do sylabotoniki, ani to rymu i czego tam jeszcze ludzie nie wymyślili. Nie, nie! Nie pytam złośliwie - ani, ani... Chciałbym tylko na takim wzorze nauk od Mistrzów pobrać nieco - jeśli mogę, oczywiście...


jednak złośliwie trochę.
nigdzie nie stwierdziłem, że moje "wiersze" są bez błędu. powiem więcej. cieszyło mnie zawsze, gdy ktoś napisał, że zawierają błędy i pokazał je swoimi wstrętnymi palcyma krytyka.
nigdy też, w żadnym komentarzu, nie odniosłem się do jakości wierszy krytyka. powód jest prosty. można pisać marnie, a oceniać rzeczowo. bywa też odwrotnie.nigdzie nie jest powiedziane, że krytyk filmowy musi kręcić dobre filmy, albo krytyk malarstwa musi umieć bezbłędnie narysować rękę albo konia.
to chyba wszystko.
Opublikowano

Tak, to (prawie) wszystko. Kilka uwag jeszcze, do P. Piasta - otóż, z pewnością sprawdziłby się Pan, Piaście, jako wierny pies podwórzowy. Obszczekać kogoś, spod czyjegos płaszcza, dobra rzecz, prawda? Nie po raz pierwszy spostrzegam, że Pańską ulubioną czynnością jest plucie (z braku innych argumentów). Ale i z tym trzeba uważać. Pan, na przykład staje pod wiatr.
Pod swoje teksty zapraszam zawsze i, o ile sobie przypominam, nigdzie nie napisałem, że są doskonałe. Poza tym, proszę poczytać komentarz P. Serockiego - dużo w tym racji i jedna, bardzo ważna umiejętność, cechująca ludzi rozumnych - umiejętność przyznania się do swego błędu. Życząc wszystkim takich umiejętności

pozdrawiam.;-)

Opublikowano

>>

Wolę wiernego psa podwórzowego, kundla zwykłego - bo wierny i mądry, niż rasowego, co to szczeka dla szczekania, nie dla obrony - ten cóż z tego, że piękny i medal nosi, skoro głupi... To a propos psów...

Jeśli to pan, panie Lobo, uważa, że jest tym wiatrem, z którym trzeba lecieć - to bardzo chętnie stanę pod wiatr... To a propos wiatru...

Co do plucia - nie było nigdy w mojej naturze plucie, ale skoro mój sprzeciw wobec wiatru jedynie słusznego jest pluciem to mi to schlebia...

Czytałem już niejedną dyskusję na temat wierszy z udziałem wspomnianych panów i mam wrażenie, że chodzi bardziej o stawianie kontry, niż o rzeczowe dyskusje. Taka kontra dla kontry... To a propos dyskusji...

Wypisz, wymaluj wypowiedzi czołowych polityków PO i SLD, które są już chore, warte psychuszki - że tak jest przyznacie chyba bez oporu... Przepraszam za przytaczanie tutaj świata polityki, ale tak mi się skojarzyło. To a propos plucia jeszcze...

Nie ważne, czy wiersz jest dobry, czy nie - trzeba się równo po nim przejechać, trzeba każde słowo obsmarować, skrytykować i zetrzeć w proch, co staje się już chyba obsesją. To a propos krytyki...

Pozdrawiam Piast

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Przepraszam, że nie dokończyłem odpowiedzi od razu, ale miałem gości. Jak widać, gdy przyciśniety do odpowiedzi odpowiedziałeś Mirku w sposób do którego moge się odnieść, to okazało się, że to nie ja zrobiłem "ortografa", ale to Ty nie sprawdziłeś w słowniku zanim mnie uderzyłeś bezpodstawnie. Tak można i dalej przejechać się po Twojej pełnej oburzenia odpowiedzi.
Chcąc jeszcze złagodzić rymy dorzucam spółgłoski zanikające przy czytaniu na końcu wyrazów. Rytmiczna część asonansu który przedstawiłeś jako "wbijany młotem" to wobec tego ało-abo i wybacz, ale będę go bronił, jako wystarczająco delikatnie brzmiący.
To co stawiasz jako przykład "fonetycznie niedopracowanego rytmu" w moim odczuciu: "szłomito" na pewno nie, lecz raczej "to" akcentowane łączy się w zestroju akcentowym z wyrazem "niestety" i wystarczająco zachowuje rytm i układ stóp.
Masz nieładny zwyczaj nawrzucania ogólnikami autorowi a potem, gdy ten się broni, to obrywa jeszcze bardziej od Ciebie, odwracasz w ten sposób uwagę, albo od tego, że nie potrafisz podeprzeć argumentami wypowiedzi albo, że chcesz odwrócić uwagę od wyłapanych błędów w wypowiedzi. Tak było w naszej poprzedniej dyskusji i tu niestety także.
Na koniec odniosę się do obraźliwej końcówki Twojej wypowiedzi. Wyobraź sobie, że jak ponad rok temu przyszedłem na Org to wbrew temu co piszesz nie po pochwały, ale po naukę i to się przez ten rok nie zmieniło, a co wielu autorów dostaje? - ogólniki, lub wyszydzenie. Czy o to chodzi w kształtowaniu naszych wierszy i nas jako poetów? Jeśli jesteście takimi znawcami w temacie poezji, to podzielcie się tą wiedzą, a nie obrażajcie ludzi. Dziecinnym wydaje się także to, że po dyskusji ostentacyjnie wycofujecie się na koniec obrażając autora, nie tekst, w sytuacji, gdy ktos Wam się "nie dał" Przemyśl Mirku to co napisałem, a wiersz, jak już pisałem nie pretenduje do miana wielkiej poezji, ale swoją wartośc wg mnie ma. Pozdrawiam Leszek
Opublikowano

Panie Leszku, cały problem polega na tym, że P. Serocki (o ile nie miał razji w orcie - przyznał to z resztą) ma rację w tym akcencie/rytmie. Wierszyk napisany jest 11 zgłoskowcem, "odwróconym", że się tak wyrażę, bo w większości takich tekstów jest 6+5, tzn średniówka występuje na 6 zgłosce, u Pana na piątej. I dobrze, żadna sprawa, tylko to trzeba utrzymać tzn jeśli WSZĘDZIE, TO WSZĘDZIE. A ten wers się wyłamuje, bo w pozostałych jest - czwarta sylaba akcentowana, piąta nieakcentowana (o to chodzi), w tym wspomnianym, proszę spojrzeć:

bez kawy szło mi to niestety słabo. - czyli, czytając, z musu niejako trzeba czytać "szłomi", z akcentem na "szło". Gdzie więc racja po Pańskiej stronie (ort), to ok, ale gdzie trzeba by się ukorzyc nieco pod krytyką (słuszną), to chyba by trzeba, prawda? Nie wspomnę swoich zarzutów, tych dotyczących "rymu - wymuszacza", bo, jak widzę, spostrzega Pan jedynie to, co Pan chce, ale np ten wers:

Dotkniecie wrzątku wywołało drżenie także dość niezręczny jest, z tym "drżeniem".Bardziej pasowałoby słówko "dreszcze" (bo, w końcu "drżenie" czego? Jakie?), no, ale drżenie bardziej do "głębi" pasuje... No, będzie tego chyba

pozdrawiam.;-)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Nie wiem skąd wzięło się u Ciebie to "w większości takich tekstów jest 6+5", gdyż bardziej naturalnym dla języka polskiego jest układ 5-6, tak jak dla trzynastki 7-6, a dziewiątki 5-4.
Co do akcentowania masz rację, że akcentowanie pada na 2, 4, 6, 8, 10:
bez kawy szło mi to niestety słabo..
Przyznam jedno, ze pomimo, że niby formalnie gra, to intuicyjnie wyczuwam to coś czego nie umiem wyjaśnić, co zaburza mój spokój. Potrafię przyznać się podobnie jak Mirek do błedów, tutaj jednak jeszcze nie znalazłem w Waszych wypowiedziach wystarczających argumentów, abym to uczynił.

Co do drżenia to miałem na myśli to, co towarzyszy spełnieniu (a takiego doświadcza kawosz, który wlewa w siebie upragniona kawę), a czyż nie jest to drżenie ciała?
Pozdrawiam Leszek :)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Jacku o mało co w tej ilości postów pod wierszem uciekły by mi Twoje bardzo miłe rymowane słowa, czego bym sobie nie darował. Riposta jak zwykle jest świetna i dziękuje Ci za nią i miłe słowa. Pozdrawiam Leszek :)
Opublikowano

To, co Pan "intuicyjnie" wyczuwa, jest w gruncie rzeczy bardzo proste - gdyby "szłomi" było jednym wyrazem, to byłoby ok, ale to są dwa oddzielne wyrazy - i jest kicha. Reszty swoich zastrzeżeń nie chce już mi sie przytaczać ponownie, szkoda czasu.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Mi się jednak chce wyjaśniać, że nie masz racji, gdyż wyraz dwusylabowy i dwa jednosylabowe złączone w zestrój akcentowy mają dokładnie taki sam rozkład akcentów, podobnie działa to jeśli mamy wyraz trzysylabowy, i zestrój akcentowy złożony najpierw z jednosylabowego i za nim dwusylabowego. Rytm ich jest identyczny i nie ma tu żadnej kichy. Pozdrawiam Leszek. :)
Opublikowano

Nie ma kichy. Ave, Leszek ! Aż ciśnie się na usta: "W państwie ślepców jednooki królem". OK, proszę pisać, proszę pisać dużo i często. I życzę samych dobrych, oddanych jak np Piast, komentatorów. To bardzo podnosi na duchu i, z całą pewnością pozwoli pisać lepiej, i lepiej...

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Wiesz ciśnie się na usta coś dosadniejszego, ale nie podejmę Twojego sposobu dyskusji. Dla nas obu lepiej będzie jeśli wrócimy do deklaracji omijania przez Ciebie moich tekstów. Pozdrawiam Leszek
Opublikowano

Też cofam wszystko, co napisałem.
Ten wiersz naprawdę może się podobać.
[quote]Wypisz, wymaluj wypowiedzi czołowych polityków PO i SLD, które są już chore, warte psychuszki - że tak jest przyznacie chyba bez oporu... Przepraszam za przytaczanie tutaj świata polityki, ale tak mi się skojarzyło. To a propos plucia jeszcze...


nienawidzę polskiej prawicy. w swoich działaniach i wypowiedziach pełnych nienawiści najbardziej przypomina aktywistów PZPR z czasów Cyrankiewicza. cóż... historia kołem się zatacza.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



W świetle moich wcześniejszych wyjaśnień to chyba jednak nie eufemizm, ale może się nie znam. Pozdrawiam Leszek :)


Nie od dziś wiadomo, że najlepszą obroną jest atak. Toteż natychmiast wykorzystuje pan fakt, że jeden z antagonistów nie zna staroświeckiego sowa "pośpiesznie" by przejść do kontrataku a konkretnie odwrócić uwagę od tego, co oponent miał _przede wszystkim_ do powiedzenia.
Mówi pan o merytorycznej ocenie wiersza? Przecież już mówiłam, że jest to tylko prozaiczny przekaz zwykłego zajęcia ułożony w rymy. Można było zapisać go po prostu tak:
„Wstałem rano rozbity i dopiero łyk mocnej kawy postawił mnie na nogi.”
Tymczasem pan na siłę stroi w poezję coś co poezją nie jest! Od poety wymaga się przede wszystkim innego, świeżego podejścia do - wydawałoby się – zwykłych spraw. Pan nic takiego nie robi dając nawet zamiast metafor w zamian utarte od lat obiegowe frazesy. Proszę sobie wpisać w Google i zobaczyć jak powszechnie stosuje się „bezwstydną nagość”, „zwiotczałe ciało” i temu podobne „poetyckie” zabiegi. Do tego nietrafne poetycko obrazy, bo co znaczą te „rozwichrzone włosy”? Facet stoi na balkonie i szaleje wichura? Może i tak, skoro określa to że jest rozebrany „bezwstydną nagością”. Co innego tłumaczy niby takie sformułowanie? Dlaczego nagość ma być bezwstydna skoro ktoś jest sam a z wiersza nie wynika by było inaczej? Zamiast uczty nowych, oryginalnych metafor podsuwa pan czytelnikom coś takiego: „ekstazę prawie albo coś bliskiego”. Tak to może sobie powiedzieć w sklepie przyjaciółka do przyjaciółki, ale nie poeta! Poeta ma obowiązek wymówić nienazwaną „ekstazę prawie” i
nazwać po imieniu „coś bliskiego”. Widocznie nie potrafi pan i wpycha nam kicz, czyli: ogólniki. Zero oryginalności, wtórne sformułowania będące na co dzień w powszechnym obiegu sprawiają, że po przeczytaniu odnosi się wrażenie otarcia o kicz a kicz ma to do siebie, że większości się podoba ale u niektórych wywołuje bardzo nieprzyjemne wrażenia artystyczne, wręcz mdłości.
Wydaje mi się, że naczytał się pan najgorszych wierszy Asnyka i słusznie zauważył, że nie trudno tak pisać – wystarczy zrymować cokolwiek, wplesć w to takie słowa jak „przepyszna”, „cudowna”, najdonioślejsza’, „jedwabista”, „porcelanowa’ a głuchemu wyda się, że słyszy niebiańską muzykę poezji.
Proszę zobaczyć na przykładzie, jak grubiańsko to panu wychodzi:

Oszołomiony, z lekkim bólem głowy,
pozbierać chciałem wszystkie części w całość.
Koszulę najpierw spróbowałem włożyć,

„Pozbierać wszystkie części w całość” – czytając czytelnik zadaje sobie pytanie: co pozbierać? w jaką całość?
i już za chwilę dostaje idiotyczną odpowiedź: „Koszulę najpierw spróbowałem włożyć”
Aha… więc chodziło o ubranie tego gościa. Ale gdzie tu poezja? W tym, że sam ma nadrabiać braki logiczne i na siłę wiązać „wszystkie części” ze zdrętwiałymi członkami bohatera wiersza? Panie Leszku, czemu zatem pan nie napisał po prostu:

Oszołomiony, z lekkim bólem głowy, chciałem się jakoś pozbierać. Próbowałem włożyć koszulę, bez kawy szło mi to niestety słabo. Ruchy przyśpieszył dopiero powiew aromatu kierując moją bezwstydną nagość prosto do brunatnych śladów (i tu słuszna uwaga p. Uli o eufemizmie bo kojarzyć się może ten niezręczny moment bardzo brzydko z zawartością sedesu!). Doszedłszy do nich z rozwichrzonym włosem (?) zalałem wodą życiodajny proszek. Dotkniecie wrzątku wywołało drżenie, ekstazę prawie albo coś bliskiego a spijając piankę czułem smaku głębię, zaś zwiotczałe ciało wypełniła świeżość.

Nie musi pan odpowiadać, bo sama wiem dlaczego – pozbawiony rymów zapis unaocznia bzdurny sens pańskiego „wiersza” i brak jakiejkolwiek w nim poezji.

--
CC

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Widziałam dzisiaj Mickiewicza. Mróz rzeźbił pod cylindrem fale, kołnierz z norek całował mu szyję. Mickiewicz żyje.   Jego lakierki z nosem na błysk, z każdym krokiem recytowały mroczne i czarne „Dziadów” wersy. Mickiewicz dzisiejszy.   Zarzucił na płaszcz aksamitny z lekką nutą nonszalancji, swój plecak sportowy marki Vans. Mickiewicz nie w czas.   Jedni epokę chcą prześcignąć, inni cofają się w dawne lata i swoją elegancką duszę karmią „Panem Tadeuszem”.
    • - Wstawaj natychmiast! - krzyk nieznanego mu głosu wyrwał go ze snu - namiestnik cię wzywa, no już, nie ociągaj się!   Siłą postawiono Seweryna na nogi, wszyscy inni wewnątrz jeszcze spali. Z izby wyciągnęło go dwóch sepentriońskich strażników, ciągnąc go za ramiona. Słońce dopiero wspinało się ponad horyzont, malując szarówkę na śnieżnym płótnie. Rzucono go za próg murowanej chaty i wskazano jedno z pomieszczeń. Seweryn odchylił drzwi, w pomieszczeniu za nimi siedział namiestnik Gorbunow. Strażnicy posadzili kapitana przy stole. Gorbunow przeciągnął się na krześle i stęknął cicho, gdy jego stare kości strzelały jedna po drugiej.    - Mamy sprawę do szanownego pana kapitana.   - Czego mości pułkownik carski może chcieć od prostego, lechickiego żołnierza?   - Nie zgrywaj durnia, wojna jest i lepiej byś waść docenił moją łaskę. Sprawa jest prosta, możemy nieco ulżyć kapitanowi cierpień, jeno języka potrzebujemy. Daj nam świeże informacje o ruchu wojsk lechickich.   - Nie zrobię tego, choćbym miał w kopalniach umęczon paść.   - Nawet u boku swego śmiertelnego wroga?    - O czym pułkownik rzecze? - Pilecki uniósł brew lekko skonsternowany.   - Jegor Dynmo, Krwawy Ataman, przypomniało mi się - rzucił zadowolony namiestnik - od niego słyszałem pierwej twoje nazwisko. Siarczystej mowy przy tym używał. Na twoim miejscu, drogi kapitanie, bałbym się o własne gardło. To jak będzie? Zdradzisz nam to i owo o swoich rodakach?   Seweryn trawił wewnątrz siebie tę informację. Milczał dłuższą chwilę, wpatrując się w blat stołu. Dynmo… Wszystko by się zgadzało…    - Domyślałem się już tego. Odpowiedź brzmi nie.   Gorbunow cmoknął ustami i westchnął głęboko, również i on miotał się z myślami. Palcami wybijał na stołowym drewnie stały rytm. Rzucił w końcu złowrogie spojrzenie na Pileckiego.    - Przetasujcie nieco mości kapitanowi myśli.    Wtedy jeden ze strażników chwycił Seweryna za tył głowy i gwałtownym ruchem przybił jego czoło do stołu.   - I jak teraz? Powiesz coś więcej?   - Idź do Welesa.   - W porządku, ale z naszej dwójki to ty będziesz znacznie bliżej Welesa - odwrócił głowę do strażnika - rzućcie go znów na roboty w kopalni, do następnego ranka zmięknie. Jeśli nie, to rano będziemy naszego gościa przypiekać - Sepentrionowie ruszyli z Sewerynem za próg pokoju, nagle jednak namiestnik zatrzymał ich na jeszcze jedną chwilę - i pamiętaj, że wydobywając dla nas złoto, znacząco przyczyniasz się finansowo do wygranej cara!    Odprowadzono Seweryna do izby. Gdy wepchnięto go za drzwi, więźniowie budzili się już do życia. W powietrzu dało się momentalnie wyczuć, jaka beznadzieja panuje w pomieszczeniu. Ci ludzie doznawali katorgi znacznie dłużej, dla Seweryna wciąż zdawało się nierealne, iż wkrótce cały dzień robót powtórzy się, a potem znowu i znowu, przez miesiące lub lata, nim ciało całkowicie odmówi. Przyglądając się wszystkim, jego wzrok w końcu padł na prycz w ustronnym kącie izby, gdzie pełen sił prostował się nieznajomy kompan. Siedział na krawędzi, gdy Seweryn zbliżył się do niego. Spojrzeli po sobie, jakby obaj już wiedzieli co każdy z nich powie.   - Czemuś mi wczoraj pomógł?   - Tobie? A co miałem zrobić? Postawili cię tuż obok mnie, sypaliśmy złoto do jednej skrzyni. Gdybym przez ciebie nie zdołał jej napełnić do końca dnia, wybatożyli by mnie. Zwyczajnie dbałem o własny interes - spojrzał teraz w górę na Seweryna, jego w włosy rozczesały się, ukazując kapitanowi dobrze znaną mu twarz. Za czupryną nie krył się nikt inny jak Jegor Dynmo.   - Zapomniałeś już chyba jak moi chłopcy musieli cię ongiś połatać. I z jaką wdzięcznością się odpłaciłeś? Gdzie jest Włóczka Doli?   - Nie trudno na stepie znaleźć kupca artefaktów, już pewnie nie jedno może przebyła. Miło było widzieć w jamie jak ucieka z ciebie żywo duch.   - Ostatnim razem to ty skomlałeś jak pies, gdy stanęliśmy do szabli.   - Gdybym nie był wówczas poharatany, skończyłbyś bez gardła.   - Takiś pewien? A rzekomo to w Lechitach jest niezdrowa duma.   Jegor powstał raptownie z pryczy. Jego oczy buchały żywym żarem. Dwójka mężczyzn pożerała się wzrokiem, obaj byli zdeterminowani do wszystkiego.    - Chcesz się przekonać? Wiedz, że tym razem jeno jeden z nas ujdzie żyw.   - Gdybyś tylko ciął tak szablą jak językiem. Pewno znów pierzchniesz jak zając!   Na to Jegor już nie wytrzymał. Krew gotowała się w atamanie, cała para buchnęła w jednym momencie. Szybki wymach ręką i złożona w stalowy uścisk pięść wystrzeliła prosto w żuchwę Lechity.    Seweryn jednak nie dał się zaskoczyć, dobrze wiedział, że prędzej czy później Jegor skoczy mu do gardła, wolał więc sam przyspieszyć ten moment. Odskoczył w tył, choć cios atamana był na tyle szybki, że Seweryn zachwiał się nieco z pośpiechu na nogach. Kolejne ciosy leciały w jego stronę, a on póki co mógł się tylko wycofywać.   Tłum począł zbierać się wokół nich, wynudzeni własnym żywotem skazańcy wyczuli krew. Jak hieny na żer, nakreślili wkrótce własnymi ciałami krąg, tworząc granicę ringu dla tego baletu śmierci. Seweryn nie miał już miejsca na ucieczkę, musiał wnieść gardę i kontratakować.   Kapitan Lechitów dobrze wiedział, że Jegor góruje nad nim czystą, brutalną, stepową siłą. Nie byłoby to problemem w walce na szable, gdzie od siły ważniejsza jest finezja. Tutaj jednak nie był pewien swojego wyszkolenia. Nie walczył ze zwykłym człowiekiem, walczył z ucieleśnieniem najdzikszego żywiołu, które stało się jednocześnie jego śmiertelnym nemesis.   Przyją w końcu cios na przedramię, oddał w bark atamana, ten nie czekał i grzmotnął w bok torsu. Cios za ciosem, wymieniali się jak w kantorze. Seweryn odczuwał to oczywiście bardziej, musiał się dotkliwiej naprzykrzyć przeciwnikowi.   Udało mu się w końcu przebić i zetrzeć knykcie o zarośnięty policzek Dynmo, ten splunął naonczas krwią. Jucha spływała mu z warg grubymi kroplami, ten cios wyraźnie Halyjczyka rozsiarczył.   Zaraz obaj się splątali, jeden drugiego próbując obalić na ziemię lub przydusić. Seweryn przy tym przyjął kilka kopniaków w brzuch, czuł już, że słabnie i jego wygrana miała coraz to niklejsze szanse. Zamroczyło go gdy Jegor rozkwasił mu prawym prostym nos. Ponownie się splątali, gdy całe zajście przerwało przybycie strażników.   Sepentrionowie widząc co się dzieje, ustawili się w dwa rzędy. Strażnicy na tyłach wystrzelili z arkebuzów w sufit, na przedzie z wyrachowaną gotowością czekali na rozwój sytuacji. Więźniowie, którzy wiwatowali w kole podczas walki, teraz się rozstąpili. Czwórka strażników wyskoczyła naprzod, by rozdzielić zwaśnionych więźniów, obaj szamotali się jak dziki w sidłach. Jegor dostał kolbą przez głowę, Seweryn oberwał w brzuch. Obaj rzuceni zostali przed izbę i zakuci w łańcuchy. Dzień wracał do normy, po jakichś dwudziestu minutach cały obóz ruszył w marszu do kopalni z linami ciągnącymi sanie w dłoniach.   * * *   Huk i trzask niósł się echem po wilgotnych korytarzach. Tylko huk i trzask, gdyby nawet mogli to nie pisnęliby do siebie słowem. Jeden drugiemu mógłby teraz rozłupać czaszkę kilofem, żadnemu jednak nie przeszło to przez myśl. Obaj mieli ambicję, by pokonać oponenta w uczciwym pojedynku, cała więc energia płynąca z nienawiści, skupić się musiała na ryciu w skale. Grudy złota padały wokół stóp, mieszając się wśród pyłu i kamieni. Co jakiś czas wynosili pod dźwig skrzynię pełną odpadów, a w międzyczasie rosło również bogadztwo drugiej skrzyni, połyskującej złotą zawartością.   Niejeden chichot Doli splątywał już ku sobie losy na pozór nieodpowiednich ludzi, zawsze zdawała się ona boginią nadwyraz cyniczną. Mało kto jednak potrafił dostrzec w tych figlach szersze znaczenie.   Z dali zdawało się dobiegać nagminne wołanie, dochodziło bodaj z jamy po drugiej stronie dna. Kilku sepentriońskich strażników potruchtało w tamtą stronę, będąc wyraźnie zaalarmowani. Rytmiczne grzmoty kilofów ustały w tamtych okolicach, zamiast tego między ścianami odbijał się gwar. Coraz więcej chaotycznych głosów, coraz więcej skonsternowania, coraz więcej niewiadomych i niepewności. Zeszło jeszcze trochę strażnikow, każdy tym razem niósł ze sobą rozżażoną pochodnię. Zaaferowane głosy nasilały się.   Skrzynia Jegora i Seweryna była już po brzegi wypełniona złotem. Strażnik, któremu kazano zostać na stanowisku zezwolił na wyniesienie skrzyni. Odpiął ich od reszty górników.   Zataszczyli skrzynię tuż pod dźwig, skorzystali wtedy z okazji, by sięgnąć wzrokiem do drugiej jamy. Nie ujrzeli jednak zbyt wiele, poza tym czego mogli się domyślić z dochodzących dźwięków. Duże skupisko ludu skotłowało się w jednym punkcie korytarza, strażnicy przepchnęli się przez gawiedź i rzucili nieco światła, przychylając pochodnie do ściany. Ciche tykanie przebijało się przez głosy górników, jakby ktoś kijkami stukał o skałę. Kilkoro górników przepchnęło się ma zewnątrz zgromadzenia. Ich twarze były wykrzywione w groteskowy grymas, który mógł zaistnieć tylko u człowieka oszalałego z przerażenia. Ci ludzie uciekali, lecz nie tyle biegli, co raczej miotali się między skalnym pyłem. Do uciekinierów dołączali kolejni, aż w końcu górników ogłuszył nagły huk wypalonego arkebuza.   Wszyscy poczęli wycofywać się z tunelu, w prześwitach między ludźmi Seweryn zauważył głęboką szczelinę w ścianie, zaraz wybiegło z niej kilku strażników. Rozległ się kolejny huk, Sepentrionowie, którzy wyłonili się ze szczeliny, nieśli rannego towarzysza, z jego gardła wyzierał się agonalny wrzask.   Ktoś padł na ziemię, wybiegając ze skalnej wyrwy. Tykanie patyków zmieszało się z dudniemem obijających się obcasów baczmagów, ale to tykanie zdawało się coraz bliżej. Wtedy po truchle zalegającym w szczelinie przepierzchło stworzenie, o'ciemnym obliczu, więc zlewało się z mrokiem jamy, ale z dala wyglądało na rosłego psa. Zaraz za nim wyłoniło się drugie, potem trzecie, a za nimi wylazło ich tyle, że każdy stracił już rachubę.   Jegor i Seweryn porzucili skrzynię, pierzchli wspinać się po spirali głównej jamy. Strażnicy wrzeszczeli, by się nie zatrzymywać, wskakiwali jak najszybciej na spiralę, ponaglając górników. Jeden ze strażników został na dnie, wbiegł do przeciwnej jamy, by ostrzec tamtejszych górników, lecz było już za późno. Stwory wbiegły do głównej groty, ukazały się wtedy w pełni swojej okazałości. To były ogromne mrówki, które przebierały patyczkowymi nóżkami z potworną prędkością. Zalały one całą główną jamę i gdy górnicy z niedawnego stanowiska Jegora i Seweryna chcieli ratować swe życie, zostali w trymiga odcięci od jakiejkolwiek drogi ucieczki.   Żuwaczki mrówek rozszarpywały kończyny, ich smukłe ciała obalały górników na ziemię. Pogrom był już nieunikniony. Ku zaskoczeniu uciekinierów, kończyny poległych kompletnie znikały, gdy mrówki dorwały już nieszczęśnika. Zdawało się również, że niektórym brakowało sporych połaci ubrań i skóry. Czy owady tak szybko ich pożerały?   Wraz z wznoszeniem się spirali, strażnicy alarmowali kolejno pomniejsze jamy, tłok na pochyłej powierzchni utrudniał coraz bardziej poruszanie się. Mrówki w tym czasie poczęły wspinać się po pionowych ścianach, błyskawicznie doganiając górników. Seweryn i Jegor biegli na przedzie, nagle się jednak zatrzymali, gdy kilka stworów stanęło tuż przed nimi. Garstka górników wyprzedziła zwaśnionych wojowników, jednak również i oni stanęli jak wryci na widok zagrożenia. Nie zdążyli już jednak uniknąć śmierci, mrówki rzuciły się na nich. Teraz z bliska Seweryn widział, jak z między żuwaczek mrówki spluwały osobliwym gęstym płynem. Struga mrówczej śliny oblepiła przedramię jednego z górników, nagle płyn zaczął się przepalać przez jego ubrania, a gdy zabrakło już tkaniny i wełny, skóra ofiary odzielała się od ścięgien. Warstwa po warstwie, żywa tkanka rozpuszczała się, aż o ziemię stuknęło kilka wygładzonych fragmentów kości. Pozbawiony ręki górnik padł jak rażony piorunem, wrzeszcząc z bólu przez cały proces topnienia ręki.   Jegor skorzystał z okazji, wyrwał kilof z drugiej, zdrowej ręki górnika. Mrówkia wspinała się po jeszcze wijącym się ciele swojej ofiary, wtedy ataman zamachnął się ponad swoim barkiem, roztrzaskując jednocześnie mrówcze cielsko i klatkę piersiowę nieszczęśnika, zamykając w ten sposób mu rozdartą gębę.   Dziób kilofa ugrzązł w ciele. Gdy Jegor szarpał za trzonek, próbował go wznieść, głowica wkrótce jednak się ułamała, była cała przepalona i narzędzie stało się bezużyteczne. W końcu w przód wyskoczyli strażnicy. Próbowali przebić się przez potwory pałaszami, chwilami dochodziło to do skutku, lecz szable po paru ciosach poczęły się gwałtownie tępić i szczerbić.    Małej grupce przetrwańców, złożonej ze straży, udało się jednak przebić. Dwóm więźniom operującym dźwig kazali wciągnąć zebrane dotychczas złoto. Kilku z nich stanęło przy kołowrocie, by pomóc wynieść skrzynie, większość jednak pobiegła od razu do wyjścia.   Kołowrót turkotał, a masy ludzkie zagęszczone na spirali powoli topniały. Jegor rozglądał się za ratunkiem, mrówki były już coraz bliżej niego, aż nagle coś sobie uświadomił. Dał susa ku krawędzi spirali, sięgnął wzrokiem w dół, platforma ze złotem niezgrabnie gramoliła się wzyż, to była ostania szansa ma zachowanie życia. Cofnął się o parę kroków, chciał już wziąć rozpęd i dać następnego susa, jednak nagły doraźny dźwięk powstrzymał go. Uświadomił sobie, że przez ten cały czas przykuty był do Seweryna, a po całym tym zamieszaniu nic nie zmieniło się w tej kwestii. Szarpnął gwałtownie za łańcuch, wyrywając swojego nemesis z oszalałego tłumu. Stety bądź niestety Seweryn jeszcze dychał i był szarpnięciem łańcucha bardzo zaaferowany.    - W takim momencie porachunków ci się zachciało? - wybuchnął Pilecki do Jegora.   - Słuchaj mnie teraz szlachetko - odszczekał dosadnie ataman - martwy będziesz dla mnie tylko większym obciążeniem, a ja mam sposób, by się z tego zamieszania wykaraskać. Dźwig się wznosi, a my jesteśmy do siebie przywiązani. Na mój znak skaczemy na tamtą w dole platformę. Musimy tylko skoczyć w ostatniej chwili, by nikt za nami nie podążył, inaczej lina nie wytrzyma i wszyscy polecimy na żer mrówkom. Skaczemy na mój znak.   Seweryn skinął tylko głową porozumiewawczo. Stanęli obok siebie, gdy śmierć kroczyła tykając na patyczkowatych nogach. Cierpienie rozsiane było po wszystkich stronach, swąd palonego przez kwas mięsa uderzał do nozdrzy. Tylna krawędź platformy ze skrzyniami wyłoniła się już przed ich oczami. Jegor odliczył, “Na trzy!” i skoczyli niemal w równym czasie.   Podeszwy baczmagów uderzyły o drewno platformy, całość zachybotała się na linie, dwie skrzynie wypadły i rozbiły się o chitynowe, mrówcze cielska. Seweryn złapał się chyżo liny, Jegor jednak wylądował bliżej krawędzi, chwiał się na nogach, a platforma uchylała się zdeczka pod jego ciężarem. Seweryn wciąż ściskając linę w dłoni, wyciągnął wolną dłoń w kierunku przymusowego towarzysza. Tym razem to on szarpnął za łańcuch i postawił Jegora na nogi,  stali tuż obok siebie. Razem wznosili się ponad głowy całej reszty, ponad panujący w lejku chaos. Żywoty rzedły na ich oczach, wszyscy pozostawieni w beznadziei i tylko oni, samotni na platformie.   Turkot ucich, gdy byli już na szczycie. Operatorzy dźwigu zdawali się być skonfundowani niespodziewanymi pasażerami. Owi wyskoczyli jak rysie na stały grunt, ponownie wprawiając platformę w dygotanie. Wtem Sepentriońscy strażnicy wymierzyli do nich zimnymi lufami arkebuzów.    - Brać się za skrzynie! - krzyknęli do kapitana i atamana.   Jegor jednak nie zamierzał słuchać. W mig skoczył za plecy jednego z dźwigowych i pchał go w przód, by skrócić dystans. Sepentrionowie odpowiedzieli na to ogniem. Cztery lufy buchnęły żywym ogniem, wypluwając z siebie rozgrzany ołów. Dźwigowy nieszczęśnik posłużył atamanowi za żywą tarczę. Nim z ciała uleciał jeszcze duch, Jegor rzucił dźwigowego wprost na jednego ze strażników. Sepentrion padł przygnieciony nagłym ciężarem. Reszta zaczęła uciekać, spostrzegli nowe zagrożenie, mrówki wspinały się już na szczyt jamy.   Powalony Sepentrion próbował się wygramolić spod trupa i gdy już wstał i chwiejnym krokiem zwócił się do wyjściowego korytarza, Jegor oplątał jego szyję łańcuchem. Szli tak wzdłuż korytarza, Sepentrion wierzgał się, bił gryzł, ale nie potrafił uwolnić się z uścisku, nie ważne jak się starał. W końcu siły go opuściły, ciało zwiotczało.   Ataman chwycił w dłonie arkebuz pokonanego, rzucił szybko pałasz Sewerynowi i obaj biegem ruszyli do wyjścia. Biegnąc tunelem usłyszeli jednak przed sobą następny turkot. Śnieżny blask oślepiał ich przyzwyczajone do półmroku pochodni oczy. Nie widzieli co dokładnie, ale byli pewni, że coś przed nimi stoi. Wzrok się na chwilę wyostrzył. Jegor zauważył na wylocie rząd Sepentrionów z wzniesionymi lufami. Tuż przed nimi biegli jednak jeszcze strażnicy, którzy porzucili swego pobratymca.    - Padnij! - wrzasnął Jegor.   I obaj z Sewerynem rzucili się płasko na ziemię. Słyszeli tylko salwę arkebuzów i ciche jęki rozstrzelanych wartowników. Nie przesłaniali już widoku, Jegor przyzwyczaił się do bieli świata zewnętrznego. Widział jak strażnicy u wylotu ściągają płachtę z tajemniczego urządzenia. To armata!    - Strzelać w sufit! Zawalić tunel! - krzyczał ktoś na końcu tunelu.   I ryknęła ognista bestia, a po ryku zapanowała głuchota. Jegor i Seweryn leżeli oszołomieni, trzymając się za głowy, chroniąc je przed spadającymi kamieniami. Pył uderzył ich po oczach, prawie nic nie było widać. Czuli tylko jak podłoga się trzęsie, cyklicznie coś wibrowało tuż obok ich ciał. Gdy wszystko ustało i przetarli powieki, jasność śnieżnej bieli już zniknęła, tunel był zatkany gruzami.    Słuch powoli wracał, znów tykanie patyczków narastało zza ich pleców. Zguba nadchodziła w nadwyraz szybkim tempie. Stanęli obaj na nogi, by śmierć przyszła z godnością, twarzą w twarz z potwornościami z głębin podziemi. Nim jednak Jegor się odwrócił, zauważył, że pogrzebane zostały z nimi ciała rozstrzelanych wartowników. Dał susa do jednego z nich, rozpiął mu kożuch, szukał czegoś za pazuchą. W głowie modlił się do Doli, by stereotyp okazał się prawdziwy. Jest! Butelka pełna gorzałki. Parę metrów dalej leżała niedopalona pochodnia.   - Chwyć w rękę łuczywo i rzuć je na mój znak! - zakomendował Sewerynowi.   W tym czasie rzucił gorzałę w głąb tunelu, butelka roztrzaskała się, obryzgując ściany i podłogę płynem o ostrym i otrzeźwiającym zapachu. Skoczył jeszcze do drugiego trupa i trzeciego, rozpinał kożuchy. Pusto! Mrówki tykały nóżkami coraz głośniej. Czarna chmara wyłaniała się z ciemności, niemal zlewając się ze wszystkim wokół. Seweryn podbiegł do Jegora z łuczywem w ręku.    - Widzisz te odłamki szkła? Rzucaj ogień! No już, teraz!   I sprężystym zamachem ramienia, kapitan cisnął tlące się łuczywo w otchłań. Nagła fala ciepła buchnęła przetrwańcom w twarze, czoła spłynęły im potem. Ogień tlił się w ich oczach, wypełniając przestrzeń, a kopalniane potwory kwiliły trawione przez pląsające jęzory żaru. Reszta mrówek wycofała się, wyczuwając wyraźnie podwyższoną temperaturę. Zagrożenie oddalało się, a Jegor wraz z Sewerynem siedli zdyszani na ziemi.
    • Kolejne rozstanie  I pytanie    Czy było warto?   Jak z ulubioną kartą  Tacy samotni w tłumie 
    • Menu karby: brak u Nemo.    
    • Aby... błoto lubi bibul: oto łby - ba.  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...