Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

pracuje nad tym cały czas, przepraszam za ewentualne błędy...


U nas na magazynie.

1)

-Imponujące CV – powiedział Podskoczy, a ja nienawidziłem siebie za to ,że któryś raz z kolei, muszę włazić w dupę tym wszystkim pedałom, którzy myślą, że skoro biorą siedem tysięcy co miesiąc, mają prawo pomiatać ludźmi dla własnego widzi mi się.
- Dziękuje. – odpowiedziałem błyskawicznie – Może w związku z tym,
znalazło by się dla mnie coś innego?
- NIE!
- Nie?
- NIE!
Nie, to nie. Jestem człowiekiem, któremu trzy razy powtarzać nie trzeba i szczerze powiedziawszy, byłem na taką odpowiedź z jego strony przygotowany. Nie zdążyłem nawet o sobie nic powiedzieć. O szkole filmowej to już w ogóle nie miałem zamiaru wspominać, bo jak znam życie, to na bank nie dostałbym tej roboty z ogłoszenia umieszczonego na tablicy, tuż przed moim blokiem. Dzisiaj człowiek, jeśli chce dostać uczciwą pracę, nie powinien mówić zbyt wiele o sobie, a już na pewno nie prawdę. Pewne rzeczy należy zachować tylko i wyłącznie dla siebie, bo nic dobrego nie przynoszą, a mogą tylko zaszkodzić. Na ostatniej rozmowie w kancelarii komornika powiedziałem wszystko i nie raczyli nawet oddzwonić. Tym razem się udało. Nie musiałem nawet czekać na telefon i rzeczy potoczyły się błyskawicznie. Zgodziłem się zacząć od zaraz. Dostałem szafkę z rozpieprzonym zamkiem, żeby w razie czego, ktoś mógł mnie okraść na wstępie. Grubas - brygadzista, stał nade mną cały czas i popędzał, bo na dole brakowało ludzi. W mgnieniu oka przebrałem się w kombinezon roboczy i po dziesięciu minutach gotów byłem tyrać jak wół za grosze. Wyglądałem tak, jakbym przygotowywał się do kolejnej misji Apollo. Nie było już odwrotu.
Zaprowadził mnie do mroźni. Był tam facet, od którego waliło wódą na kilometr. Grubas powiedział, że mam mu pomóc i zostawił mnie z nim. Obserwowałem faceta z zaciekawieniem. W ścianie był otwór, przez który wlatywały do środka kartony a on układał je z gracją na drewnianej palecie. Kiedy paleta była cała, brał do ręki folię i zapierdalał z nią dookoła, następnie brał paleciaka i wywoził ją na drugą komorę, w której notabene zimniej było niż na śluzie. Nie zapominajcie, że to wszystko działo się w swoistych, arktycznych warunkach. Tam, temperatura sięgała minus trzydziestu stopni. Facet miał co prawda taki sam kombinezon jak ja, i wełnianą czapkę, ale pot na jego kurtce zamarzał błyskawicznie a katar nie znikał ani na sekundę. Żeby było śmieszniej, w tym czasie, kiedy biedaczek siłował się z czterystukilową paletą, szukając jednocześnie miejsca na jej postawienie w boksie, kartony blokowały taśmę. Maszyna wyła, że aż głowa boli. Hałas był nie do zniesienia. Facet szybko wracał z komory i znów układał kartony na palecie. Nie wyrabiał się. Brygadzista z produkcji wpadał na śluzę i darł się na biedaka, jakby to on był temu wszystkiemu winny. Praca przestała mi się podobać, mimo, że na dobre nie zdążyła się jeszcze zacząć. Poszedłem do Grubego i powiedziałem , że nie mam zamiaru tam pracować. Zdziwił się i zapytał o powód. Powiedziałem, że TAKA PRACA UDERZA W GODNOŚĆ CZŁOWIEKA. Wtedy Grubas wkurwił się na mnie, zapisał coś w notesiku i przydzielił do zadań specjalnych. Wysłał na rampę i postawił przy wielkim, pięciotonowym kontenerze.
- Jest czternasta trzydzieści, do dwudziestej kontener ma być pełny -
powiedział i poszedł na drugą kawę. Wziąłem się szybko za robotę ponieważ chciałem mieć to z głowy. Oto moja proza, moja literatura. Każdy worek, to jeden wyraz, jedno słowo. Cała moja pisanina ląduje tam gdzie jej miejsce. Mój pierwszy , debiutancki scenariusz między mrożonkami po terminie. Uwijałem się jak mrówka, z zaciśnietymi z żalu zębami, ze łzami w oczach, żeby tylko zdążyć przed przerwą. Starałem się o tym nie myśleć. Zapomnieć, wmówić sobie ,że to się wcale nie dzieje. Chciałem mieć to z głowy i pójść wreszcie do domu. Końca jednak nie było widać. Śmieci układały się powoli a wszystko sprawiało wrażenie syzyfowej pracy. Po dziesięciu minutach zgrzałem się jak cholera więc musiałem zdjąć kurtkę. Czułem własny smród. Rozrywałem kartony, wyjmowałem zamrożone bułki z folii, wrzucałem je do śmietnika ,czasem wycierałem łzy i nie mogłem ich powstrzymać.
Nadeszła przerwa. Wyszedłem, na świeże powietrze, usiadłem na schodkach i zapaliłem papierosa. Cała druga zmiana, wszyscy, włącznie z Grubasem, patrzyli na mnie jak na kosmitę. Nie wiem czemu. Prawdopodobnie, zdążyli przerzucić mój życiorys, albo Podskoczy musiał im o mnie naopowiadać. W każdym razie, stali tam wszyscy i dziwnie się na mnie gapili, a ja cieszyłem się , że dostałem wreszcie pracę, przynajmniej na okres próbny i wmawiałem sobie, jak zwykle z resztą, że to tylko na jakiś czas, na chwilę, aby przetrwać zimę.

2)

Przez pierwsze dni robiłem ciągle to samo. Mieli chyba jakąś zapowiedzianą kontrolę, dlatego hurtowo kazali wyrzucać przeterminowane żarcie. Przyzwyczaiłem się , choć w dalszym ciągu nienawidziłem siebie za to co robię, ale po prostu potrzebowałem łatwej forsy, żeby odbić się od dna i zacząć wreszcie normalnie żyć, jak człowiek. To miała być robota na jakiś czas, żeby tylko skończyć szkołę, i załapać się na jakiś serial. Wmawiałem sobie to bardzo często, zawsze wtedy, kiedy słabł mój optymizm i ogarniał mnie jakiś wewnętrzny smutek, przygnębienie.

Po tygodniu skończyły się śmieci, dostałem nocki i wtedy poznałem Jagodę. Od razu rzucił mi się w oczy. Facet nigdy nie trzeźwiał i miał wielką czarną plamę zamiast dwóch, górnych jedynek. Nazywał się Jagodziński, ale wszyscy w robocie mówili na niego Jagoda. Był legendą tej piekarni. Wszyscy go znali, nawet te szmaty z biura, a ja stopniowo, z dnia na dzień, zacząłem odkrywać tajemnicę tego człowieka. Lubiłem nocki z Jagodą, bo nie robiliśmy praktycznie nic. Chodziliśmy tylko za palety , waliliśmy wódę, paliliśmy mocne fajki i gadaliśmy do świtu. Właściwie to on mówił, ja słuchałem. Opowiadał dziwne rzeczy. Mówił o swojej rodzinie, o żonie i córkach , które niby bardzo kocha. Chciałem mu wierzyć, naprawdę, mocno się starałem, ale z jego ust brzmiało to żałośnie, bo co jak co , ale Jagoda nie wyglądał na człowieka, który odczuwa i potrafi nazywać emocje po imieniu. Był alkoholikiem, jak każdy tu. Nie było na magazynie człowieka, któryby nie pił. Każdy miał w szafce pół litra a już minimum ćwiartkę.
Siedzieliśmy więc z Jagodą na paletach i waliliśmy wódę z czerwoną etykietką. Każde jego słowo trafiało we mnie głęboko , zdawałem sobie sprawę z tego, jak nisko upadłem, i zastanawiałem się, czy można upaść jeszcze niżej. Wypiliśmy po maluchu i wtedy Jagoda powiedział do mnie:
- Student, ty tutaj długo nie posiedzisz.
- Tak myślisz?
- Jasne kurwa. Chłopaku, ty nie pasujesz do tej roboty.
Przynajmniej on mnie rozumiał.

3


Mijały dni i niestety zdążyłem się z piekarnią oswoić. To przerażające. Zabierają ci osiem godzin z życia, i płacą marne pieniądze. Wracasz zmęczony do domu i od razu zasypiasz, potem budzisz się, jesz kolację, albo śniadanie, zależy od tego, na którą chodzisz do pracy i idziesz dalej spać. Nie masz życia. Nie mogłem tego znieść , ale też nie mogłem stamtąd odejść, ponieważ matka wyrzuciłaby mnie z domu i nie miałbym dokąd pójść, a zdolna jest do tego. Szukałem w między czasie czegoś bardziej człowieczego. Takiej pracy, po zakończeniu której, nie trzeba się myć i szorować paznokci. Byłem nawet na kilku rozmowach, ale bez rezultatu. Na mejle też nikt nie miał zamiaru odpisywać. Na szczęście Jagoda każdego dnia pocieszał mnie jak tylko mógł. Przypominał mi bez przerwy kim jestem i jakie jest moje przeznaczenie. Ochrzcił mnie nawet ksywką Polański i tak już zostało. Nawet mi się to podobało. Poznałem pozostałych chłopaków. Nawet całkiem przyjemni goście. Może niezbyt rozgarnięci intelektualnie, żadne tam filozofy, ALE LUDZIE. Nie mogłem ich przecież winić za to , że los kazał mi pracować i przebywać z nimi. Dobrze nam się pracowało i piło. Dzięki temu praca mijała bardzo szybko. Nie znosiłem tylko tych z biura. Nie mogłem patrzeć na ich mordy. Do Podskoczego teoretycznie nic nie miałem, z wyjątkiem tego, że musiałem mu włazić w dupę, żeby dostać tę pracę, ale jako człowiek, nie miał chyba nic na sumieniu. Z tego co mi było wiadomo, to facet był jakimś inżynierem po studiach więc brał odpowiednio dużo hajsu. No co ?, człowiek powinien się cenić i zarabiać tyle, żeby na wszystko starczyło. Przesadzał trochę z tym luksem, ale to jego sprawa. Jedni jeżdżą zimą na narty w Alpy, a inni, jak na przykład Jagoda, biorą dzieciaki na sanki i zjeżdżają z nimi z wiaduktu. Tak już jest ten świat zbudowany i nikt na to nic nie poradzi.
Podskoczy był więc mi zupełnie obojętny, ale Grubasa, nie mogłem znieść. Nie przepadałem za nim od początku i vice versa. Nie mogłem pojąć tego, że facet po podstawówce zarabia trzy razy więcej ode mnie i ustawia mnie jak pionka na szachownicy. Ile ja bym dał, żeby zarabiać trzy tysiące. Wynająłbym mieszkanie, urządziłbym się w nim i żył. Niestety tysiąc musiał mi wystarczyć. Tysiąc i ani grosza więcej (...)

Opublikowano

- Dziękuje. – odpowiedziałem błyskawicznie - ę

Nie mogłem tego znieść , ale też nie mogłem stamtąd odejść, ponieważ matka wyrzuciłaby mnie z domu i nie miałbym dokąd pójść, a zdolna jest do tego. - ze dwa zdania bym z tego zrobiu

a ogolnie prawda

Opublikowano

Ogólnie mi się podobało. To chyba pierwszy Twój tekst jaki przeczytałam :)
Ale jest parę rzeczy do poprawki.
1) nie stawiaj podwójnej spacji po kropkach, przecinkach i wg w zdaniach !!!! - wygląda to nieestetycznie i nieprofesjonalnie, więc to należy zmienić.
2) "czasem wycierałem łzy i nie mogłem ich powstrzymać." - w połączeniu z resztą zdania... e, no nie wiem, ale jakoś mi to nie pasuje. Może pomyśl nad zmianą tego zdania, albo wytłumacz mi czemu tak.
3) "No co ?, człowiek powinien się cenić i zarabiać tyle, żeby na wszystko starczyło." - czy ten znak zapytania, aby napewno ma tam być? Tu się akurat pytam Ciebie, bo to mnie zaskoczylo.

W kwestii technicznej tekstu, to wszystko ode mnie. Najbardziej wali po oczach 1 punkt, ale tak poza tym to jest całkiem fajny tekst. Chociaż wolę bardziej styl Dzie wuszkowy.
Pozdrawiam Cię cieplutko.
M.

Opublikowano

Choc Dzie wuszkowaty styl do mnie nie trafia, to jestem pełna podziwu. Autorka posiada niesamowity dar - wyobraznie.
Wole jednak bardziej realistyczne teksty, dlatego jestem za Piotrkiem.

Jest fajnie Piotrus. Jest duzo lepiej niz poprzednio. Tak realistycznie, lekko, niewymuszenie. Podoba mi sie, mimo braku wartkiej akcji. Swietny początek. Było by jeszcze lepiej gdyby bylo więcej dialogów. Piszesz rozpieprzające "rozmówki", to moim skromnym Twoj najmocniejszy atut.
Będą z Ciebie ludzie!
Aby do przodu Polański, aby do przodu!

P.S. Nie zwracaj sie do mnie "Oxy" kojarzy mi sie z płynem na pryszcze.
-K.

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Piotrze Rutkowski,


na forum jestem od niedawna i strrrrasznie podoba mi sie Twoj styl.
Bardzo ladnie widac wplywy Topora, Bukowskiego, Millera i paru innych.

Ale to chyba wiesz, prawda?

(aha, i lubie jeszcze ten rozdzwiek miedzy Chlopakiem, Ktory Ma Marzenia i tym drugim, ktory lubi laski co chca byc bzykane i sluchac slow o milosci). Niektore Twoje produkcje to naprawde perelki, jakem Agdam.
Ostatnio niewiele rzeczy mnie zaciekawilo tak, jak pare z Twoich opowiadanek.

tak trzymaj :-)

AA

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Magdalena Właśnie, dokładnie, w pewien sposób jest. 
    • @Berenika97 To  dobry wiersz — mroczny, gęsty i konsekwentny od początku do końca. Podoba mi się, że tutaj wszystko powoli gaśnie, osuwa się, rdzewieje i znika, ale dzieje się to bez histerii, tylko z jakąś chłodną godnością. Najmocniej zostają mi w głowie: ślepe okno, okuty kufer i klucz połknięty przez rdzę — świetne obrazy. Wiersz ma klimat i ciężar. Ja tak nie potrafię.  U mnie chaos -  usprawiedliwia mnie tylko  to, że jestem mężczyzną - archaicznym. 
    • Zobaczyłem dzisiaj kota W towarzystwie z kociętami Leżącego na środku drogi   Ich wnętrzności były czarne Padły na piekący asfalt A ich koniec był ubogi   Przy zapachu jajecznicy Odór smażonego truchła Przywołuje czarną dziurę   Postać jej zagina światło Jakby czernią emanuje Kiedy wzrokiem ją świdruję   Białe oczy niewzruszone Dwa to punkty w jej sylwetce Pusto patrzą na kocięta   Kiedy dusze ich wysysa Ścierwo gnije i rozkłada Lecz czerń nie jest tym przejęta   I po chwili gdy już skończy Każdy chce by sobie poszła By zniknęła każdy prosi   Lecz ta ciemność nie zanika Tylko wciąż dalej żeruje I na innych się przenosi   A ja stałem tak ciągle otępiony Gdy widziałem kolejne to demony Przyczepione do każdej tak istoty Miały ludzi, rośliny, nawet koty   Te od spodu kwiaty już wąchały Czarne byty wszystko rozkładały Gdy na głowie poczułem to ciążenie Zrozumiałem że wszystkim jest cierpienie   Śmierć - panowie rozkładu To oni nas hodują Mija krótki żywot Oni wciąż żerują   Mam nadzieję, że umrę Choć nie jestem gotowy Ot małe marzenie  Dawno ściętej głowy Nabitej na kark.
    • w mieszkaniu pachnącym rosołem i lekko przypalonym snem który ktoś próbował uratować dolewką wody stoi ona królowa klamek które same się naciskają  i drzwi które przestają należeć do was Pelagia wchodzi jak rachunek za cudze życie z odsetkami liczonymi od waszego pierwszego oddechu wchodzi z reklamówką która szeleści jak wyrok w zawieszeniu niosąc w środku mrożonki które nigdy nie zaznały wybaczenia jej włosy to tłuste kable pod napięciem gdyby je dotknąć można by zasilić pół osiedla w poczuciu winy i jeszcze zostałoby na oświetlenie waszych błędów twarz ma jak garnek po bigosie niby umyty ale zapach zostaje na zawsze wygląda jak protokół powypadkowy  każda zmarszczka to paragraf na waszą radość a usta zaciśnięte tak mocno że mogłyby prostować gwoździe. Pelagia arcykapłanka domowego porządku odprawia nabożeństwa nad waszym zlewem jakby tłuszcz był grzechem pierworodnym głosi że zbawienie przychodzi w płynie do naczyń a grzech najlepiej zeskrobać druciakiem i polać Domestosem aż zacznie skrzypieć z czystości jej głos to łyżka stukająca o zęby to odgłos żwiru sypanego do trumny waszego wolnego popołudnia suchy rytmiczny i ostateczny mówi długo jak czajnik który nie wie kiedy przestać gwizdać bo nikt go nigdy nie zdjął z ognia po trzech zdaniach nie oddychasz po pięciu przepraszasz za rzeczy których jeszcze nie zrobiłeś po siedmiu zaczynasz planować winy na przyszłość Pelagia nie pyta o zdrowie ona jest patomorfologiem waszej niedzieli w różowym fartuchu w bratki przeprowadza sekcję zwłok waszego entuzjazmu wsadza wam palec w przełyk żeby sprawdzić czy wasze sumienia mają odpowiedni odczyn ph i czy nie strawiliście przypadkiem resztek własnej godności którą podała wam w sosie na kolację w zeszły wtorek w jej obecności zegary zaczynają chodzić wstecz aż lądujecie w kącie z rękami za głową przepraszając za to że wasz ślub nie był mszą żałobną za jej młodość wypluwa waszą radość na spodeczek bo twierdzi że jest niedopieczona i ma w środku jeszcze krew waszych marzeń o ucieczce które według niej powinny być już dawno ścięte fileciarka relacji bierze wasz dzień kładzie go na desce i tnie w poprzek sensu aż zostaje tylko to co jej pasuje do obiadu i co da się łatwo przełknąć bez myślenia wasze plany lądują w misce jak odpadki a ona robi z nich "na szybko coś dobrego” co smakuje jak dożywotni obowiązek i zostaje w żołądku na zawsze wchodzi do waszej  sypialni z licznikem Geigera na grzechy; sprawdza czy wasze kołdry nie promieniują zbytnią swobodą i posypuje prześcieradła solą egzorcyzmowaną żeby namiętność nie wykiełkowała ponad normę unijną wasze łóżko traktuje jak stół do ping-ponga na którym rozgrywa mecz o waszą uległość  dezynfekuje was z intymności i przycina wasze sny sekatorem żeby nie wystawały poza krawędź jej przyzwolenia wasze "kocham” pakuje próżniowo w folię bąbelkową wyciska z niego powietrze i sens i opisuje flamastrem: do użytku po śmierci -  w razie braku innych atrakcji potem posypuje wasze ciała talkiem dla niemowląt żebyście nie mogli się do siebie przytulić bez poślizgu winy i lekkiego wstydu klienci czyli wy kiwacie głowami jak ziemniaki w gotującej się wodzie pękacie powoli od środka bo już nie macie siły się nie ugotować a ona bierze to za wdzięczność i dokłada soli aż zaczynacie smakować jak jej racja jej spojrzenie jak ręka wkładana do szuflady z nożami niby nic się nie stało a jednak krwawisz i nie wiesz skąd i zaczynasz podejrzewać siebie przesuwa talerze żeby głód miał odpowiednią hierarchię i wiedział gdzie jest jego miejsce a kiedy siada na kanapie meble jęczą w dialekcie staropolskiej męki i proszą o skrócenie wyroku jej śmiech to dźwięk widelca szorującego po dnie pustego garnka sygnał że właśnie zjadła wasze wolne popołudnie kiedy mówi "synku” powietrze gęstnieje jak sos zbyt długo gotowany robi się ciężkie tłuste i nie do odrzucenia oddychasz tym i zaczynasz smakować jak ktoś inny kto już dawno przestał mieć wybór otwiera okno i wpuszcza do środka zaduch z klatek schodowych roku osiemdziesiątego drugiego w którym każde wasze " chcę" brzmi jak zdrada stanu i powód do donosu Pelagia magazyn przeterminowanych prawd ma w torebce zamrażarkę turystyczną która buczy cicho jak wyrzut sumienia    trzyma tam wasze odcięte pępowiny z datą ważności: nigdy! żeby w każdej chwili móc was nimi poddusić gdybyście zachcieli odetchnąć bez jej zgody jej uśmiech to ekspozycja w muzeum patologii rodzinnej zwiedzanie obowiązkowe rzędy zębów jak nagrobki waszych wspólnych weekendów które osobiście zabiła ścierką do naczyń i kazaniem o wyższości firanek nad wolnością kiedy w końcu wychodzi nie zostawia pustki zostawia po sobie galaretę która tężeje na waszych twarzach to nie jest już dom to inkubator jej racji gdzie wasze kręgosłupy służą jej za szczebelki do drabiny po której wspina się by napluć Bogu w okno za zbyt małą ilość octu w waszej krwi zostajecie w tym rosole po kostki pływacie jak oka tłuszczu które nie mogą się połączyć bo ona już dawno was przesiała przez sito swoich oczekiwań wieczorami gdy próbujecie się dotknąć skóra schodzi wam płatami odsłaniając jej inicjały wypalone na waszych mięśniach jak znak jakości na mięsie armatnim Pelagia nie wraca do siebie Pelagia po prostu zmienia formę skupienia teraz jest waszą zgagą waszym bezdechem jest tym szarym nalotem na waszych językach który sprawia że każde wasze "kocham” smakuje jak stara ścierka do podłogi siedzicie cicho żeby nie zbudzić jej echa w rurach patrzycie w talerze gdzie wasze marzenia dogorywają w gęstym sosie a ona ta wielka pajęczyca w fartuchu w bratki już dawno was wypatroszyła wypchała trocinami waszych kompleksów i postawiła na meblościance swojego życia jesteście martwą naturą jej najsmaczniejszą bo podaną na żywca niedzielną ofiarą całopalną            
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...