Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Powstanie Warszawskie


Rekomendowane odpowiedzi

Dziś rocznica Powstania Warszawskiego
dlatego proponuje podyskutowac czy
rząd Rzeczypospolitej oraz dowództwo
Armi Krajowej słusznie postąpiło wydając
rozkaz o jego rozpoczęciu mimo że musieli
zdawac sobie sprawe że Armia Czerwona
nie będzie skora pomóc powstańcom.
Przecież znali już wynik akcji "Burza"
która miała miejsce na wschodnich
kresach Polski.Bo moim zdaniem
opinie że determinacja powstańców
uratowała Polskie przed Stalinowskim
planem zrobienia z niej kolejnej
republiki radzieckiej nie mają sensu
bo i tak zrobił z nas swą republike
choc nie oficjalni.

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

myślę że to powstanie było nieuknione właśnie z powodu stosunków polsko-radzieckich. utworzenie w okupowanej Polsce PKWN które szerzyło propagandę komunistyczną i występowało przeciwko rzadowi polskiemu na emigracji było zwiastunem przyszłych poczynań ZSRR wobec Polski. schowanie głowy w piasek mogło rzeczywiście oszczędzić trochę istnień ludzkich ale co stało się z Akowcami po zajęciu Polski przez Rosjan każdy wie. powstanie przygotowało grunt do kolejnych walk z okupantami tym razem radzieckimi pokazało determinację Polaków w walce o niepodległość i na pewno wpłynęło na przyszłe pokolenia Polaków które wychowane na tradycji powstańczej z odwagą występowały przeciwko władzom komunistycznym. oczywiście pozostaje kwestia samej organizacji powstania. niestety władze AK okazały się strasznie nieudolne a zabiegania rządu londyńskiego (osłabionego znacznie odejściem charyzmatycznego Sikorskiego) o pomoc brytyjską nieskuteczne. jednakże samą decyzję o wybuchu powstania trudno jest jednoznacznie potepić.

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Powstanie Warszawskie to największy pokaz heroizmu jaki dali Polacy bodaj w całej swojej historii. Czy było potrzebne, czy miało sens? Nam jest teraz to łatwiej oceniać z perspektywy czasu, ale musimy spojrzeć na to z perspektywy tamtych czasów i tamtych ludzi. Na pewno powstanie było źle przygotowane co do tego nie ma wątpliwości, tysiące nieuzbrojonych lub bardzo słabo uzbrojonych ludzi ,ruszyło do walki przeciw dobrze wyszkolonej i uzbrojonej armii, z rozkazem zdobycia sprzętu na wrogu. Dowódcy powstania byli świadomi, że rzucają ludzi na rzeź, nie mniej jednak wierzyli w cud. Z perspektywy 62 lat wiem doskonale, że to nie mogło się udać ale zawsze na pytanie czy było to potrzebne odpowiem było. Może i Stalin nie miał planów co do zrobienia z Polski republiki ten spór jest dalej nie rozstrzygnięty, jednak powstanie pokazało, że Polacy są narodem, który stać na takie drastyczne i dramatyczne ruchy i z tym narodem trzeba się liczyć. Mówiąc o Powstaniu Warszawskim zawsze musimy pamiętać o jednym, ludzie który walczyli robili to na rozkaz ale przede wszystkim z miłości do swojego kraju, a byli tacy, którzy wcale nie musieli, przykład Krzysztofa Baczyńskiego, który chciał walczyć choć tak wielu próbowało odwieść go od tego. Więc zwracam się do tych wszystkich, którzy krzyczą, że nie miało to sensu, idźcie na groby poległych i powiedzcie tym drewnianym krzyżom, że to wszystko nie miało sensu, że ich ofiara nie miała sensu, że ich miłość, patriotyzm, heroizm też nie miał sensu, albo powiedzcie to tym, którzy przeżyli może nie zdzielą was w twarz...

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Jesteśmy jedynym narodem, który czci swoje klęski narodowe. Wszystkie Powstania przegraliśmy. Inne państwa korzystały na naszej martyrologii. Można by powiedzieć, że to nie miało sensu, było wręcz absurdalne. A jednak te zrywy narodowe były tymi cegiełkami kształtującymi naszą narodową dumę i świadomość bycia Polakami. Można negować sens walki z Hitlerem. Inne państwa oddały swoją suwerenność na rzecz zaborcy. Nie poniosły zbytnio strat w ludziach i dobrach materialnych. Polska osamotniona walczyła. Dumny jestem z takiego stanowiska Polaków. Wolność nie zna ceny!
Powstanie Warszawskie było klęską. Straciliśmy setki tysięcy istnień ludzkich, dochodziło do niespotykanego barbarzyństwa ze strony okupanta. Rosjanie cieszyli się z pogromu żołnierzy AK. Ktoś inny wykonywał za nich to, co oni wcześniej zaplanowali – wyniszczenia polskiej inteligencji. A jednak heroizm Powstańców przewyższył poniesione straty. W świadomości Narodu pozostał szacunek do wolności - za każdą cenę. Również przekonaliśmy się, że najlepiej jest liczyć tylko na siebie. Żadne sojusze, traktaty nie gwarantują pomocy... to tylko kartki papieru.
Silne państwo to kraj zgody narodowej, w którym nie ma anarchii i sobiepaństwa, to kraj budujący przyszłość. Nasze narodowe zrywy powinny być przestrogą przed możliwością powtórki z historii. Wewnętrzne kłótnie zawsze będą osłabiały i narażały na agresję militarną, bądź uzależnienie gospodarcze. Stara mądrość mówi: czyje pieniądze tego władza.
Marek Wieczorny

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Z tego co pamiętam to żadne z powstań nie było ogólnonarodowe może poza kościuszkowskim. Warszawskie też nie było ogólnonarodowe tylko Warszawskie przecież samo miasto nie miało być nawet włączone do akcji „Burza”, tak więc ten argument mnie nie przekonuje, bo jeśli włączenie wielkopolski do naszego kraju, która przecież jest jego kolebką było tylko sprawą regionalną a nie ogólnonarodową to ja gratuluje takiego spojrzenia na historię Polski.
Pozdrawiam
Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Napisałem ogólnie o martyrologii, która potrafiła przemienić się w coś pozytywnego. Chodziło mi o trzy Największe Polskie Powstania. Pisanie, że te Powstania były jedynie lokalnymi epizodami, to rzeczywiście godna ubolewania teza. Zapomniał Pan chyba, że Polska była pod zaborami i jej granice różniły się od dzisiejszych. A emisariusze przekraczający rozbiorowe granice, a tworzące się oddziały powstańcze na terenie różnych zaborów. Czy to nie świadczy o czynach ogólnonarodowych? Czy ogłoszenie przez sejm Królestwa Polskiego zrywu listopadowego Powstaniem Narodowym nic Panu nie mówi? Czy coś Panu mówi „Związek Trojnicki”, „Koło Oficerskie”? Te organizacje to preludium do Powstania Styczniowego. Zwłaszcza ten pierwszy Związek szukał kontaktów ze wszystkimi Polakami w każdym zaborze. To Powstanie to 1200 potyczek z wojskami carskimi. Czy to jest lokalne powstanie, czy Wielki Narodowy Zryw? Widocznie historia w szkole nie była zbyt lubianym przez Pana przedmiotem. Pisanie zaś o Powstaniu Wielkopolskim jako o zrywie ogólnonarodowym jest zwykłym minięciem z prawdą. Miesza Pan pojęcia "powstanie narodowe" z przyłączeniem, dzięki powstaniu w tym regionie, pewnej krainy do Polski.
Co do Powstania Warszawskiego i akcji "Burza" to coś Pan o tym słyszał, ale chyba zbyt powierzchownie. Stwierdził Pan, że miasto nie miało być włączone do akcji "Burza". A w którym roku tworzono zręby tej akcji? Wtedy, kiedy jeszcze nie myślano o zwycięstwie Rosji Sowieckiej nad Niemcami. Już po klęsce Niemców pod Stalingradem i Kurskiem zaczęto zastanawiać się nad dalszym rozwojem sytuacji i stanowisku AK względem zbliżających się wojsk sowieckich. Na Wołyniu rozpoczęła się akcja „Burza” działaniem 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Powstanie Warszawskie było najkrwawszym i najbardziej znanym, chociaż stanowiło jedno z ogniw trwającej akcji "Burza". Były przecież powstania we Lwowie, Wilnie, tworzono i mobilizowano nowe grupy: Okręg Kielecko-Radomski "Jodła" sformował 2. Dywizję Piechoty (15 VIII podjęto nieudaną próbę marszu na pomoc powstańczej Warszawie), Okręg "Łania" (Łódź) wystawił pułk piechoty. Okręg "Muzeum" (Kraków) utworzył Dywizję Piechoty oraz Krakowską Brygadę Kawalerii AK. To miała być wielka akcja uwalniania Polski spod okupacji hitlerowskiej i pokazanie światu, że Polska była w stanie sama uwolnić się z tego jarzma i ma swoją wojskową reprezentację. Stalin miał jednak zupełnie inny zamiar w stosunku do Polski... i w tym poparły Rosję zachodnie Wielkie Mocarstwa. Akcja „Burza” musiała być zawieszona. Powstanie Warszawskie też nie było jedynie regionalnym zrywem – było częścią wielkiej akcji zbrojnej.

Jeżeli nie potrafił Pan tego zrozumieć ze zwykłego braku wiedzy, to jest to tylko Pana sprawa, ale rozpoczynać dyskusję o czymś, czego się nie wie, to już lekka przesada. Małostkowość jest cechą ludzi kłótliwych... i mało poważnych. Co do historii Polski to trochę ją znam i z kartek podręczników... i przeżyłem duży jej wycinek.
Marek Wieczorny

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

To pan użył pojęcia powstanie ogólnonarodowe i to pan twierdził, że wszystkie powstania przegraliśmy, a więc w podobnym toku rozumowania logicznego napisałem, że powstań takowych nie było. Historia to piękny przedmiot, któremu poświęciłem dosyć dużą cześć mojego życia aby nie powiedzieć większość, a w szczególności piękna i bogata jest historia Polski i nigdy nie zgodzę się na traktowanie jej wybiórczo, a niestety za duże nadużycie uważam stwierdzenie, że każde z powstań kończyło się klęską, przypomnieć pragną bym także, że w czasach zaborów nie tylko wynik militarny się liczył...
Co do samego Powstania Warszawskiego i akcji „Burza”, no cóż jej przebieg i motywy zostały przez pana opisane ale mam jedno pytanie jeśli Warszawa miała być jednym z ogniw to dlaczego była tak źle do niej przygotowana? W innych regionach akcja ta przebiegała sprawnie i z sukcesami, co prawda inna sprawa, że bratnia pomoc nie okazała się tak bratnia i miast pomagać rozbrajała żołnierzy AK ale to jest zupełnie inny temat. Może mi pan zarzucić, że nie znam historii, może profesorowie nie dostrzegli braków mojej wiedzy, wszystko wszak jest możliwe ale czy zarzuci pan to samo takim ludziom jak: Roszkowski, Kunert, Paczkowski, czy Davis bo właśnie w trzy tomowej Historii Polski Profesora Roszkowskiego wyczytałem, że akcja „Burza” na terenie Warszawy nie była planowana i dlatego logistycznie była to „klapa”. Zgadzam się z wieloma pana słowami szczególnie napisanymi nieco wcześniej, ale dla każdego historyka niedopuszczalne jest wybiórcze posługiwanie się historią, nie możemy wziąć trzech powstań i na ich podstawie tworzyć teorie, bo wie pan można równie dobrze zapytać dwóch ludzi czy palą jeśli jeden powie, że tak a drugi, że nie to jeszcze nie uprawnie nas do twierdzenia, że połowa populacji ziemskiej pali, bo jest to jawne nadużycie i tak samo jest z historia a jeśli pan ją zna to nie musze mówić do czego prowadzi takie wybiórcze jej traktowanie. Należy też pamiętać, że historia jest nauczycielką życia i dziś w dobie kryzysu patriotyzmu odpowiedzialny człowiek nie powinien pisać jedynie o porażkach trzeba oczywiście jasno i wyraźnie o tym mówić ale nie róbmy z siebie takich nieudaczników bo jeśli kiedyś, nie daj Bóg, jeszcze raz trzeba będzie walczyć o wolność to ludzie nauczeni tylko takiej historii powiedzą: a po co przecież historia nas uczy, że zawsze przegrywamy więc nie ma to sensu, ale czy na pewno tak jest....?
I jeszcze jedno, historia to też szersze patrzenie na otaczającą nas rzeczywistość więc mam takie pytanie wracając do walk o Polski Poznań i o Śląsk, czy naprawdę te regiony nie są ważne dla Polski i czy krew ludzi, którzy ją przelali jest mniej święta od tej którą przelali powstańcy listopadowi, styczniowi a wcześniej kościuszkowscy?
Bo moim skromnym zdaniem w skali makro i z perspektywy lat to właśnie te postania były, może z racji tego, że wygrane, najistotniejszymi. I na koniec jeszcze jedno tak samo jak w innych powstaniach następował przepływ ludności chętnej do walki miedzy zaborami, tak i w tych przypadkach można było zauważyć (szczególnie w Poznaniu) napływ ochotników z różnych stron kraju, tak więc biorąc pod uwagę wszystkie te argumenty a także i pańskie pozwolę sobie oba nazwać ogólnonarodowymi.
Pozdrawiam

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Widocznie miał Pan zły dzień, czytając moją pierwszą wypowiedź. Powtórzę ją raz jeszcze:

„Jesteśmy jedynym narodem, który czci swoje klęski narodowe. Wszystkie Powstania przegraliśmy. Inne państwa korzystały na naszej martyrologii. Można by powiedzieć, że to nie miało sensu, było wręcz absurdalne. A jednak te zrywy narodowe były tymi cegiełkami kształtującymi naszą narodową dumę i świadomość bycia Polakami. Można negować sens walki z Hitlerem. Inne państwa oddały swoją suwerenność na rzecz zaborcy. Nie poniosły zbytnio strat w ludziach i dobrach materialnych. Polska osamotniona walczyła. Dumny jestem z takiego stanowiska Polaków. Wolność nie zna ceny!
Powstanie Warszawskie było klęską. Straciliśmy setki tysięcy istnień ludzkich, dochodziło do niespotykanego barbarzyństwa ze strony okupanta. Rosjanie cieszyli się z pogromu żołnierzy AK. Ktoś inny wykonywał za nich to, co oni wcześniej zaplanowali – wyniszczenia polskiej inteligencji. A jednak heroizm Powstańców przewyższył poniesione straty. W świadomości Narodu pozostał szacunek do wolności - za każdą cenę. Również przekonaliśmy się, że najlepiej jest liczyć tylko na siebie. Żadne sojusze, traktaty nie gwarantują pomocy... to tylko kartki papieru.
Silne państwo to kraj zgody narodowej, w którym nie ma anarchii i sobiepaństwa, to kraj budujący przyszłość. Nasze narodowe zrywy powinny być przestrogą przed możliwością powtórki z historii. Wewnętrzne kłótnie zawsze będą osłabiały i narażały na agresję militarną, bądź uzależnienie gospodarcze. Stara mądrość mówi: czyje pieniądze tego władza”.

Czy zawarta w nich treść upoważnia Pana do stawiania zarzutu, że neguję wartości patriotyczne i umniejszam wartość polskich Powstań? Przecież w tej treści jest wyraźnie powiedziane o doniosłości tych heroicznych zmagań dla kształtowania patriotyzmu i poczucia godności Polaków. Należy dobrze zapoznać się z treścią i wyrażoną w niej myślą. Pisałem ogólnie, bez zbytniego rozdrabniania tematu. Nie sądziłem, że dwa wyrazy „wszystkie powstania” (chodziło o te najbardziej znane) staną się pryzmatem, przez który zobaczy Pan moją wypowiedź.
Dziwię się Pana wypowiedzi (w odniesieniu do gloryfikacji, którą Pan prezentował) odnośnie złego przygotowania Powstania Warszawskiego. Starałem się tego tematu nie poruszać. To właśnie jest ta bolesna część historii, o którą sprzeczają się historycy i wojskowi sztabowcy. Zapomniał Pan również o założeniu, że walki będą trwały tylko trzy dni. Czy chciał Pan dać do zrozumienia, że błędnie przygotowane Warszawskie Powstanie było powodem tragedii? Taką ukrytą myśl wyczytałem w Pana wypowiedzi. Przecież można poczytać pracę Davisa, by dać sobie, chociaż częściowo, odpowiedź na stawiane pytanie. A Pan przecież czytał tę pracę.
Kończę już dyskusję na ten temat. Historia to przeszłość, ale tworzy ją każda teraźniejszość i życzę Panu i sobie by w przyszłości nikt nie musiał zastanawiać się nad sensem heroizmu... i czy warto było.
Pozdrawiam
Marek Wieczorny

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Może rzeczywiście miałem zły dzień i jeśli Pana uraziłem to przepraszam, wie Pan ostatnio biorę udział w wielu dyskusjach na temat Powstania bo i czas jest po temu i dosłownie krew mnie zalewa jeśli słyszę niektóre argumenty a jednym z nich jest ten, że nic innego nie potrafimy tylko gloryfikować nasze porażki, a od takich słów zaczęła się pana pierwsza wypowiedz (choć oczywiście nie dosłownie) i może dlatego pozostała treść była czytana już przez ten pryzmat. Zapytał mnie Pan czy uważam, że umniejszył Pan wartość powstań swoją wypowiedzią i powiem, że w moim subiektywnym odszyciu tak to odebrałem po przeczytani pierwszego Pana zdania bo jak by nie było pominą Pan te może i mniejsze ale zwycięski a o tych nigdy nie wolno nam zapomnieć. Jednocześnie podpisuje się pod Pana wypowiedziami o bohaterstwie, heroizmie i również przyłączam się do życzeń aby już nigdy takie rozważania nie były potrzebne.
Pozdrawiam
P.S. nie umniejszając zasług i bohaterstwa ludziom odpowiedzialnym za przygotowanie i rozpoczęcie Powstania choćby takim jak Monter, czasem zastanawiam się czy gdyby przeżyli nie dręczyło by ich sumienie, że tylu ludzi posłali po prostu na żeś, niestety wielu z nich wiedziało, że walki nie potrwają tylko trzy dni i a będąc świadomi tego co się działo na wschodzie mogli się domyślać, że Stalin nie kiwnie palcem aby pomóc powstańcom.
Jednocześnie te moje przemyślenia nie zmieniają mojego zdania odnośnie Postania i tego co napisałem wcześniej.
Raz jeszcze Pozdrawiam

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Dowodztwo AK bralo pod uwage takze spontaniczny zryw ludnosci cywilnej zmeczonej okupacja, dlatego lepiej sie stalo, ze to AK podjela sie tego zadania. oczywiscie zginelo duzo cywili, oczywiscie uzbrojenie powstancow nie moglo sie rownac z niemieckim, ale to przeciez AK byla wtedy najbardziej liczaca sie organizacja podziemna w Polsce.

czy decyzja byla sluszna? ale co mozna bylo wtedy zrobic? o pozwoleniu Rosjanom 'wyzwolic sie' ''bez slowa'' nie bylo mowy (doniesienia ze wschodniej Polski). zostaje powstanie przeciwko Niemcom, ktorego nie da sie wygrac bez pomocy z zewnatrz. tak czy inaczej ktos chcial pozbyc sie AK.

znamienne jednak jest, ze powstanie zaplanowane na kilka dni trwalo ponad 2 miesiace (63 dni). znamienne jest, ze powstancy pomimo braku amunicji nie stracili morale.

czesto patrzy sie na powstanie z perspektywy wielu lat, kiedy znane sa jego efekty. a przeciez informacje nie byly wtedy tak dostepne jak dzis i decyzja na pewno nie byla prosta.

trudno stwierdzic, czy decyzja byla sluszna, ale dla mnie powstanie, pomimo przegranej, jest manifestem wyjatkowego etosu.


przepraszam za brak polskich czcionek
m.

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Przemijamy Często zastanawiam się Czy to dobrze, czy może źle Odchodzimy Zazwyczaj nie zostawiając zbyt wiele Kilka książek, samochód, gitarę Znikamy Niby na stale zapisani w pamięci ludzi Tak naprawdę żyjąc w ich głowach tylko krótką chwilę Ustępujemy Tym żywszym i tym co pojawią się po nas Głupio wierzącym, że żyć będą wiecznie Gaśniemy Bo nawet największy pożar musi Wyruszamy Gdzieś dalej Nie, tego akurat nie jestem pewien
    • Śmierć? Chyba żywot wieczny jak u Lenina

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @graf omam Dziękuję :)
    • Wiesz, Zygmuncie, węże są właściwie głuche, głuche jak pień, tak jak te zaskrońce (natrix, natrix), którym czytasz swoje opowiastki, które słuchają twojego chropawego głosu. Głuche jak małpi pień buka, a może jak gryf mandoliny, jak lelki, które słyszą tylko głos duchów i beczenie kóz i kręcą się wokół koron drzew wyłącznie po to, aby dostąpić dobrodziejstwa dźwięków, znaleźć się między nimi, umościć w nich gniazdo. Próbując uchwycić linię melodii, wiją się w górę pni, wspinają w górę kozich racic, omamiają i usypiają rogate kozły, budując ornament dla ciszy. Ale czy wiesz, że potrafią pływać i nurkować? I popatrz, te ich żółte plamki za uszami, kioski żółtych łodzi podwodnych jak szkatułki meandrującej między nami opowieści, zausznice zdobne niby żółte piórka, jakbyś zobaczył opierzonego węża Majów, samego Kukulkana, syna bogini dziewicy Coatlicue, tego, co przybywa ze wschodu, aby przejrzeć się w obliczu swojego brata Xolotla, a może aksolotla. Dymiące zwierciadło, rybowąż, w którego zamienił się Wodnik, aby przyjąć od Uka w ofierze święcone monety, przyjąć dumne wizerunki słonecznej tarczy, otworzyć portal, przez który wędrujemy do gwiazd, aby znaleźć tam porozrzucane kości rzeźbione oczami węża, pięcioma oczami, które pozwalają widzieć wszystko. Wąż, który wyrósł na potylicy Ofelii, udając kwitnącego kosaćca, to ich brat, ozdobiony został piórami ptaka  Kwezala, po to, aby zdołał pokonać ziemskiego potwora, a może opierzoną rybę, w którą zamienił się Bruno Schulz, zanim wtopił się w srebrną ławicę, jak święcona, srebrna kula, szlifowana latami, aby stała się tą jedną jedyną, co trafia w ciemno, co trafia na wylot i nie pozostawia śladu. Wąż połykający własny ogon, przezorny Ouroboros – jedno ciało, jeden gest, zero – kostnica liczb, którymi zimni rachmistrze wybijają o grobowe deski taneczny rytm; słowo jedno, może nawet to, co będzie na koniec albo to, co było na początku i to, co było, a nie jest, wpisane do rejestru sadowych ksiąg, w księgę gości odwiedzających dwór zielonołuskiego Wodnika,  zaginionych po wsze czasy w nas, zaginionych od wszech czasów, co w wilgotnej gazie, ślepi jak nas Pan stworzył, siejemy nasiona rzeżuchy na wielką noc.   Pamiętam ciągle, jak mi opowiadałeś: Jestem do snu. Później odchodzę uczyć się kaligrafii. Z wszystkich przykazań wody: tertium non datur. Płyń we mnie. Ziemio, zgódź się. Nie cierpię, gdy kwitną wiśnie, przez ich pory przyznaję się do bieli, z lękiem przewidując przymrozek. Kiedy drzewa rozniosą świat w pył, przyjdzie zamknąć oczy. Kapelusze kwietne, kruche białogłowy, na objeździe Janusów w czasopad kwietniowy – caryce (lub nie kto nie lubi) coraz mocniej uderzają do głów, chociaż to tylko sok. Zaraz po nim listopadowy wieczór – szrama na plecach dokumentuje przechodzenie i stajesz się śladem długiego spadania. Obcy wobec doświadczeń, a jednak we własnej skórze, wymieniam cię między błogosławieństwami. Jednym tchem odwrócisz los, kiedy tylko zajdzie konieczność, kiedy tylko wzejdzie słońce.   Zauważ, jak uważnie słuchają cię zaskrońce. Jak pilnymi potrafią być uczniami, a może uczą się ciebie przedrzeźniać, uczą się kołysać na tej samej fali co ty. Nawet nie sam głos, bo on jest nieistotny, nie linia melodii, ani tląca się kadencja, ale te wibracje powietrza, delikatne jak rysy twarzy zanurzonej w wodzie, delikatne fale eteru rozchodzące się uważnie, w przeczuciu, że nie będą miały do czego wracać, że muszą wtopić się w szklisty piasek, że rzeczy mają uszy, a czasem tylko za dużo wosku nakapie w gwiaździstą, andrzejkową noc, za dużo gabinetów woskowych figur trwa zastygłych  w gotowości, aby, gdy tylko nadarzy się okazja, objąć rząd dusz, za dużo przetrwało delikatnych, woskowych cylindrów, jak te na dnie szafy Uka, przechowujących głosy umarłych, za dużo wypalono świec, zbyt dużo wosku nakapało ze świecy, którą twoja matka stawiała w oknie jak morską latarnię, nawołując burze, hucząc mgielnym tłuczkiem w ciemność, niby tłuczkiem do mięsa, co łamie żebra zatwardziałych, nawołując ptaka Kwezala,  grom i błyskawicę, żeby darły ziemię na strzępy, a ona później delikatnie zdezynfekuje i zaszyje rany i dla niepoznaki zostawi ozdobne szwy z malw i piwonii, dalii i bratków, które zwiążą i zamienią w ciało każde słowo, co padło na żyzny grunt.   Zygmunt często wspominał gabinet woskowych figur – tę świecę i matkę, burze, przez które przeszedł boso i wilgotne stopy pod kołdrą, które powoli obsychały przez całą noc, żeby rano, gdy wzeszło słońce, zamienić się w cierpkie i kwaśne listki szczawiu. Szczawiu, po którego liściach później biegał i deptał go, tłukąc suchym patykiem, który potem zrywał na pastwisku, układał w uroczyste bukiety i przynosił matce na wiosenną zupę okraszoną jajem i śmietaną. A ona wkładała do garnka żeberka, żeberka, które przypominały mu abażur nocnej lampki, ożebrowanie wyrzuconej na brzeg nocnej arki. Dodawała ziemniaki, por, cebulę i marchewkę, a później łyżką cedzakową wydobywała ugotowane składniki i zostawał sam rosół, czysty jak obraz w dymiącym zwierciadle z obsydianu, kamień filozoficzny, eliksir praczasu, do którego wkładała z powrotem pokrojone kawałki mięsa, mięsa odłączonego od kości ojca jego i gotowała na wolnym ogniu, hartując śmietanę, hartując jak wykutą z najlepszej stali białą broń, damasceńskie ostrze, miecz, którym chrzciła wygłodniałych domowników, pokolenie błogosławionych głodomorów, komponujących marsze na ziemniaczaną kiszkę, a szczaw jak liście wawrzynu wieńczył ich zwycięstwo nad głodem, zwycięstwo nad godzinami bezdennej pustki, nad gromem i błyskawicą.   – Jestem ze Śląska, ale nie jestem Ślązakiem – zaznaczał Zygmunt z naciskiem i trochę wstydliwie. Może dlatego, żeby nie traktowano go jak wyrwane z korzeniem drzewo, ale raczej  doniczkową roślinę, którą można ustawić, gdzie się chce, ale trzeba o niej pamiętać, podlewać i zraszać, nawozić i mówić do niej – jesteś piękna, kwitniesz i wydajesz owoce, chociaż tylko kapka ziemi i te granice, których nie możesz przekroczyć. A przecież garstka ziemi musi często wystarczyć, ta garstka, której grudki znalazłem w kieszeni jego płaszcza, daleko od domu, daleko od gdziekolwiek, jak u wyrwanego ze swojego macierzystego grobu potępieńca, bezgłowego, przebitego osikowy kołkiem, z ustami pełnymi suchych liści szczawiu i ziarenek soli. Wystawionego w środku dnia na palące słońce, nocnego marka,  wyrwanego z ojczystej mogiły  księcia skalistej Transylwanii,  który wybrał się na światowe tournée, wędruje ramię w ramię ze swoim przeznaczeniem i rodzinną ziemią w kieszeniach. Garstka pępowinowej ziemi i te macierzyste skrzynki zbite z desek, w których pysznią się fikusy i eukaliptusy, oleandry i mandarynki, których człowiek się chwyta, gdy tonie wraz z Brunonem w ławicy wypukłookich, srebrnolicych ryb, ginie przykuty do skały na dworze Wodnika,  ginie o suchym pysku wśród obudzonych z letargu lemurów, w małpim gaju, rozpuszczony jak wosk przez majowe słońce, zamieniony przez Pana w dziczejące zielsko, lub zamienia się w wyrzuconą na piasek rybę, langustę, kraba pustelnika i szuka pustej muszli, w której może zamieszkać i odzyskać siły, wsłuchać się w gardłowy koncert orkiestry Louisa Armstronga, przetrwać najdłuższą z wielkich nocy.   I wtedy właśnie Uku odkrył nową krainę, odkrył portal w drzwiczkach duchówki, a może tylko przyjął jej posłów przynoszących mu przebłagalne dary – ani to Transylwania, ani Siedmiogród, ani matecznik, ani Śląsk, ale również nie miedza z dziadkową gruszą, gdzie noga ludzka nie zostawia śladów, a tłusty cień wpełza między liście drzewa i nie posępna olszyna detronizująca królów, co mają na pieńku z drzewcami. Przyszli do niego jednak jej wysłannicy i powiedzieli – zbuduj nam dom. – Zbuduj, gdzie chcesz, nie jesteśmy wymagający. – Może być zapiecek, może sterta kompostu albo podszafie, może być też pęknięcie w podłogowej desce. – Ale najlepiej wynieś nas wysoko, wynieś pod samą powałę, załóż nam miasteczko wśród gałęzi drzew, w koronach starodrzewu, jak cieśla co dźwiga belkę, kreator, który wieńczy los zielonym wiechciem, jak matka, co potrafi przebłagać los listkami szczawiu, wydaj głos, który powołuje do życia albo weź w rękę pędzel, który nadaje mu kształt. – Chcemy wiedzieć, gdzie popłynęła wielka rzeka, gdzie podział się czar i dlaczego pękła bańka, w której cieszyło nas widło i powidło, gdzie tysiąc jeden drobiazgów było jak tysiąc jeden nocy, bo jesteśmy zaginionymi potomkami Sindbada Żeglarza i wiemy wiele o tobie, wiemy o tobie wszystko, co chciałbyś wiedzieć o sobie.     Tak właśnie, po raz kolejny, Sindbad Żeglarz dowiódł, że to on właśnie, wyłowiony został spośród tylu innych, żeby nas odkryć i ukryć w swoich słowach – mówisz, Uku, dodając, że są  także ptaki, które wylatują z muszli i gniazda zakładają na wodzie, żywiąc nią młode. – Trudno je jednak rozpoznać  wśród setek odbić, ani uchwycić w locie, bo tylko mowa jest płodna, pewny jedynie los Odysa, kiedy na koniec zostaje jeden mądry, żeby na naszych oczach zakończyć wszystkie podwodne podróże. Ofiarnym dawcą obrazu, zostałeś Uku, choćby miarą szerokiego na piędź, tyle, co korytko dłoni  i chwila przejścia, kiedy otwiera się horyzont i nikt już nie jest w stanie dłużej się za nim ukrywać.   Wkrótce później Uku odszedł, ale wcześniej spełnił ich życzenia. Założył w  domu krasnoludzką spółdzielnię pracy i nauczył ich fachu pielęgnowania losu, krasnoludzkie stowarzyszenie rzemiosł różnych, cech żerców piastujących wysokie, najwyższe,  leśne urzędy. Krasnoludzką rzeczpospolitą  wypełnił południcami, bagienicami i biesami, zaludnił karykaturalnymi i pokracznymi mieszkańcami ostępów i mateczników. Dębowe i bukowe chatki zajęły brodate skrzaty, pod drzewami wystawały borowe dziady. Dziwożony i licha opuściły moczary i zaczęły wieść korowody wśród ciemnych sadzawek, a wszystko to na ścianach jadalni i sypialni, niby platońskich jaskiń, gdzie ich losy mogły rozsmakować się w czystej ułudzie. Poprzez zarośnięte dukty korytarza do najciemniejszych zakamarków kuchni i łazienki – Uku odszedł i zostawił  na pastwę światła leśne mocarstwo, aby żyło swoim życiem, radziło i świętowało, choćby miała to być tylko nieruchomość, iluzja posiadania, działka wydzielona kreskami geometry w miejscowym planie, świat uświęcony śladem pędzla, co kreuje, a nic nie zabiera dla siebie, co tworzy, aby tylko sprowokować krnąbrną dolę, podstępną idyllę leśnych knowań. Uku odszedł, zostawiając Zygmunta, jako samozwańczego plenipotenta krasnoludzkiej domeny, umocowanego przez leśne księgi, prokurenta, zostawiając na stoliku kubek czereśni, zagubione między wymiarami tęczowe muchy, mandolinę z małpiej skóry, woskowe cylindry przechowujące głosy umarłych i stary, mosiężny  żyrandol z kurkami na gaz, który wieczorami czyścił kredą i octem. Uku odszedł, zostawiając powołane do życia w czerwcowe święta, leśne sadyby dziwadeł, mówiąc im: radźcie i wyrokujcie, czyńcie poddanymi sobie jadalnię i sypialnię, ustanawiajcie prawa, dobijajcie się o swoje, a jeśli wam czegoś zabraknie, to wyślijcie Zygmunta, aby prosił waszą władczynię, królową, co trzyma w dłoni złote jabłko, co trzyma za gardło najświętszego z węży, świętą i miłościwą patronkę waszego królestwa. Proście Ofelię o gest łaski, o wyrozumiałość i poczucie wspólnoty, proście ją o ratunek i modlitwę.   I została im Ofelia, chociaż nigdy do końca nie zdołali jej zaufać. Ofelia na czele zastygłego w pół gestu, zwierzyńca, coraz mocniej osiadająca na brzegu czasu, między ziarenkami piasku z pękniętej klepsydry, z wąskim gardłem, przez które sączyła coraz bardziej rozmyte obrazy. I plątały jej się włosy i plątały jej się słowa, a Zygmunt próbował je rozplątać, w zastępstwie Uka, przeczesując żółtym grzebieniem z bakelitu i czytał, czytał jej historię żółtego piórka, aż do chwili kiedy zaczynała go bić po rękach.   Zygmunt,  czyli historia żółtego piórka – 2 – Bywa i tak – mawia Zygmunt – że jak człowiek nie znajdzie właściwego pierwiastka, to może się zgubić nawet we własnej łazience, zwłaszcza gdy akurat dokonuje skomplikowanych obliczeń. –  Tak to już jest z tą matematyką, że gdy próbuje się rozwiązać najprostsze równanie, nagle okazuje się, że nieskończoność razy nieskończoność równa się osiem kwadratowych metrów, w których trzeba zmieścić kilka niezależnych źródeł, a w dodatku obdarzać się intymnym płynem, a tego to już nie obejmuje pierwsza z brzegu nauka, a szczególnie taka co to musi się borykać z ciężką przestrzenią. – Z tego wszystkiego – zauważa Zygmunt – jak zamknąć się w łazience to dobrze chyba myśleć o jedzeniu albo astronomii, a najlepiej o jednym i o drugim, co nie jest takie trudne,  jak tylko się ma odpowiednie medium. Dajmy na to, Zygmunt, jak tylko pomyśli o Zośce, zaraz znajduje się całym sobą w jej nasączonym wanilią niebie, rozsiada się na miękkim obłoku z bitej śmietany, a stąd to już przecież tylko mały krok do bardziej namacalnych odległości. Bo szczerze mówiąc, to przez Zośkę i te jej poglądy, Zygmuntowi  wszystko przypomina kosmos i czuje, że coś musi być na rzeczy. – Dajmy na to – zauważa Zośka – pouczająco jest popatrzeć sobie na takiego Saturna, co się codziennie przechadza pod blokiem ze swoim  psem, i zdarza się, że już przed dziewiątą wchodzi w kolizję  z niewielką kometą spod szóstki, która wraca akurat ze sklepu i nie lubi, jak jej pies obsikuje zamszowe kozaczki, i wtedy bardzo wyraźnie widać te wszystkie  jego zagadkowe pierścienie i to bez użycia skomplikowanej technologii. –  Albo co ciekawe, nawet taki Saturn – twierdzi Zośka – chociaż wydaje się potężny i złowrogi ,wcale nie zbliża się od tego ani na jotę do słońca, bo dokładnie zna swoje miejsce w szeregu, zresztą zupełnie tak jak nasza stara ziemia, która nawet, gdy wraca już przed obiadem do domu i ma wyraźnie mniejszą gęstość, nie zdarza się przecież, żeby wypadła z orbity. – Bo kosmos już taki jest – dodaje Zośka tajemniczo – dużo bardziej rozsądny od naszych do niego pożądliwości, a niektórym to się wydaje, że mogliby go przelecieć jak jakąś naiwną małolatę, przelecieć, wziąć na pamiątkę kilka gadżetów i wcale nie interesują się jego głębokimi uczuciami dojrzałej kobiety. – Ludzie jak to ludzie, chcieliby mieć taki układ słoneczny, najchętniej bez żadnych zobowiązań. –  Nawet taki nasz wielki Kopernik, co to robił mu nieprzystojne propozycje jako uczony bawidamek, to po prawdzie  też go chciał przelecieć, tylko że na swój naukowy sposób. – A najgorsze – wyznaje w końcu Zośka – to jak się komuś wydaje, że jest mądrzejszy od ustalonego porządku, bo co człowiekowi przeszkadzało, dajmy na to, że takie słońce się rusza, a ziemia nie, tym bardziej że z kosmicznego punktu widzenia to i tak wszystko się porusza, tylko nie wiadomo w jakim kierunku, a równie dobrze mogłoby się w ogóle nie ruszać. Zośka się irytuje  i przygryza wargę, a po chwili dodaje – teraz takie czasy, że podobno o wszystkim wie nawet papież, ale i tak nie doznaje od tego pobożnej  satysfakcji, bo co tu dużo mówić,  ludzie chyba nigdy nie docenią swojej międzyplanetarnej wyobraźni. A co to właściwie ma znaczyć, żeby jedni drugich przekonywali, że rozpiętość słońca wynosi tylko jakieś głupie osiem czy dziewięć planet, skoro taka Zośka tylko przed południem, przy obieraniu ziemniaków dostrzega wyraźnie co najmniej piętnaście niebieskich ciał, zwłaszcza gdy akurat Zygmunt za pomocą swojego żółtego piórka dotyka jej ostatecznej struny. – Taki mam z nimi układ – mawia Zośka – i koniec, a inni niech się zadawalają jakimiś tam ograniczeniami. Zygmunt docenia  wkład Zośki do astronomii, a nawet  w stołowym  ma  małe obserwatorium, gdzie jak sam mistrz Kopernik, za pomocą żółtego piórka wyzwala biodra Zośki z nieznośnego egocentryzmu. Zygmunt wie, że nie musnął jeszcze najbliższej choćby gwiazdy, ale nie martwi się tym, bo kto by myślał o gwiazdach w takich czasach.
    • @violetta   Czeska komedia na podstawie scenariusza tego samego reżysera, wcześniej była wystawiana jako sztuka teatralna, teraz z innej beczki: sędzia, który uciekł na Białoruś i poprosił o azyl polityczny - nie jest Słowianinem (patrz: niemieckie nazwisko) - Słowianie na Białorusi są prześladowani za próbę obalenia dyktatury, a sam prezydent Białorusi ma żydowskie pochodzenie jak prezydent Ukrainy, prezydent Rosji: ma chazarskie pochodzenie, dlaczego to mówię? Kolejny pajac zaczyna pieprzyć o zjednoczonej słowiańszczyznie, niech pani uważa i niech pani nie da się nabrać, Słowianinem to był car Aleksander I - miał szacunek dla polskich żołnierzy walczących po stronie cesarza Napoleona I i pozwolił im pozostać w Królestwie Polskim (Kongresowym), nomen omen: wyżej wymieniony car był masonem, kończąc: Poganie, Słowianie i Masoni mają dużo wspólnego ze sobą jak kulturę osobistą, higieniczną i seksualną...   Łukasz Jasiński 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...