Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

No i stało się! Jakoś tak się stało, że macie przed oczami książkę zaopatrzoną w najróżniejsze moje, i nie tylko moje przygody. A pierwsza historia na jaką tu natraficie wydarzyła się w naszej Polsce w lutym 1989 roku, czyli wówczas gdy byłem niespełna dwudziestoletnim młodzieńcem. Cóż więcej można tytułem wstępu? - Może to, że w znacznej części dedykuję ten dziennik własnej sklerozie, innymi słowy – temu dziadkowi, którego prawdopodobnie za kilkadziesiąt lat z trudem mnie samemu przyjdzie skojarzyć z kimś, kogo wyśmienicie znało lustro młodości!
To tyle wstępem nikomu niepotrzebnym, a teraz moi drodzy i kochani – skoro już zaczęliście, to dalej popuszczajcie cugli czytelniczej manii!

8 lutego 1989 roku (środa)

W ubiegłą sobotę była impreza z okazji urodzin przyjaciela. Opowiem o tym wieczorze, bo od czegoś trzeba zacząć. Niemniej sobotnie przeżycia były niczym w porównaniu do tego co nastąpiło w niedzielę. A niedziela była tak niesamowita, że chyba każdego zmusiłaby, aby sięgnął po pióro i próbował coś o niej napisać.

Do Wolina, gdzie od niedawna mieszka Bogdan, przyjechałem późnym wieczorem. Kiedy po sprawdzeniu powrotnych pociągów opuszczałem kokon dworca w twarz uderzył mnie nadspodziewanie mroźny powiew. Ku mojej uciesze, on i chrzęst lodu pod stopami gwarantowały, że tego dnia obuwie mi nie przemoknie. Zerkając, to na migoczące gwiazdy, to na okna mijanych budynków, zaś w imieniu dziurawych butów zadowolony z siarczystego mrozu, chyba szybciej niż w tym zdaniu do kropki, dotarłem do bloku Bogdana. Wchodząc usłyszałem dziewczęce chichoty przebijające się z gwaru dochodzącego zza znajomych drzwi. Pomyślałem: „Będzie przyjemnie!”. Jednak pukanie i przyciskanie dzwonka nie odnosiło skutku. Poczułem niepokój. Odwróciłem się, zakreśliłem nerwowe kółko na korytarzu, po czym znów dopadłem dzwonka. I kiedy stwierdziłem, że on nie działa, wówczas z całej siły kopnąłem w drzwi, po czym usłyszałem czyjś głos wyrażający zdziwienie, że ktoś dobija się z zewnątrz.
Nie mija pięć sekund, drzwi w końcu otwierają się i widzę uradowanego solenizanta. Jego rozpostarte skrzydła i uśmiech od ucha do ucha zapraszają do środka. Wręczam Bogdanowi zamówioną przezeń książkę, po czym przystępuję do zapoznawania dziewczyn żywo rozmawiających ze sobą w kuchni, następnie witam się z chłopakami majstrującymi przy półmiskach i szkle w dużym pokoju. Towarzystwo wydaje się być nastawione przyjacielsko. Zresztą nie dziwię się – wyraźnie widzę, że są już dobrze wypici. Pozostaje mi tylko wtopić się w otoczenie. Jednak coś stoi na przeszkodzie. Sklep. – Tak. - Po drodze miałem kupić wódkę, ale jedyny nocny sklep w Wolinie był zamknięty. Tak więc, czuję się nieswojo, że do przybytku kumpla nie wniosłem żadnego trunku, i że muszę doganiać ekipę spijając żałosne resztki... - przedtem oczywiście potrząsać butelkami i sprawdzać czy na ich dnie jeszcze coś chlupocze. Tak..., musiał to być pożałowania godny widok. Miałem taką świadomość i nic nie mogło jej wymazać. Zamiast korzystać z nonszalancji wypitych łyczków i bajerować dziewczyny, ja jak jakiś ochlej włóczyłem się po pomieszczeniach z butelką w ręku. Byłem z wolna przemieszczającym się kretynem. Później z kretyna przeistaczałem się w mimowolnego świadka braku wstrzemięźliwości w dzieleniu się własnymi hormonami rozrodu. Gdybym chciał dalej ciągnąć wątek wieczoru, musiałbym skupić się na scenach erotycznych odbywających się w pomieszczeniach tamtego mieszkania. Jednakże celem opowieści, jak już rzekłem, nie jest orgiastyczny opis sobotnich wydarzeń lecz niedziela. Wspomnę jeszcze tylko o ostatnim zapamiętanym momencie wieczoru. Zdarzyła się rzecz poniekąd dziwna, ponieważ Ja, który najpierw wałęsałem się bez celu, później przez dłuższy czas siedziałem przy stole przysłuchując się rozmowom pełnym chichotów i podszczypywań... nagle, ni stąd, ni zowąd uruchomiłem ręce i waląc pięściami w blat stołu wrzasnąłem: ,,Bądźcie normalni!
Nie trzeba chyba mówić, że zapanowała pewna konsternacja odmalowująca się na nasączonych alkoholem twarzach dodatkową karnacją poszczególnego i uchlanego zdumienia. Konsternacja, Karnacja. Ale pomińmy rymy, bo w momencie kiedy się swym gardłem wydarłem, kiedy pokój za przykładem gardła rozszerzył się na wszystkie możliwe strony – ja poczułem się jak nigdy... - wyobcowany.
Nie wiedząc co robić - a chcąc koniecznie - z całą uwagą uczepiłem się procesu tworzenia śliny, oraz tego, jak podają ją sobie mięśnie gardła, by mogła wpaść w przełyk. Koszmar! Jednak koszmar trwający krótko, ponieważ szybko na pomoc przyszło to coś... - A to Coś - widząc jak przełykam ślinę, widząc niezrozumienie z jakim spotykam się prosząc tych ludzi o normalność, postanowiło najwidoczniej zlitować się i przerwać emisję rzeczywistości. Na moje oczy opadła czarna kurtyna...

Alkohol na Koń, po żyłach - po całym ciele Kornela goń,
przez noc i puszczę tkanek - pędź bez zmysłów i słów...

Tymczasem pijak, tak go nazwijmy może - z konia spada,
i miast spróbować ponownie na wierzchowca wskoczyć
by po wnętrznościach niby po stepach szaleńczo gnać i pędzić
on na podobieństwo drążenia w ziemi robaka
powoli wwierca się w ciało...

Nastała niedziela. Pora tego dnia, w której szare niebo umieszcza swą latarkę tak, by światłem najpierw rozbłękitnić siebie, a później wstąpić do mieszkania Bogdana. W nim porusza się wolniutko, tak jak czyni każdego pięknego dnia, kiedy mając dobre usposobienie przesuwa się z przedmiotu na przedmiot, pozostawiając za sobą ten złocisto-przeźroczysty płaszcz, co jest jak rozkwitający kwiat światła, a właściwie zaklęcie przywracające przedmiotom wczorajszy blask.
W chwili, kiedy leżałem na podłodze, a jakieś ręce wpychały do ust bułkę - słoneczne światło dopadło i mnie, lecz zamiast zewnętrznego rozpromienienia jakie było udziałem przedmiotów... ja poczułem przeszywający ból. Przemożna chęć wyzbycia się go przyczyniała się do otwierania ust i przyjmowania bułki. Dziś, korzystając ze sposobności, chcę wyrazić Bogdanowi podziękowanie za ową interwencję. Gdyby nie on, nie wiedziałbym jak poradzić sobie z tym cholernym kacem.

Do rytuału spotkań z Bogdanem należą próby rozstrzygania najróżniejszych kwestii. - Wówczas zwierzamy się sobie ze swoich życiowych spostrzeżeń. W tą niedzielę było podobnie. Z początku nie gadaliśmy o niczym konkretnym. Jednakże po dwóch godzinach, zaczęliśmy ni stąd ni zowąd zadawać pytania na temat czegoś, o czym dotąd nie rozmawialiśmy, a co dotykało wątku skończoności i nieskończoności wszechświata. Temat nalazł jakoś niechcąco, i nie wiedzieć czemu zaczął narastać. – Wraz upływem kolejnych kwadransów wzmógł się do tego stopnia, że coraz słabiej dochodziła do nas muzyka z adaptera. Ale nie tylko z muzyką zaczęło się coś dziać, bo z nami też - właściwie należy powiedzieć, że zadziewało się w całym mieszkaniu, ponieważ w całym mieszkaniu powietrze poczęło gęstnieć, zestrajając ze sobą wszystko do czego przylgnęło i przywarło. - Można rzec, iż stało się w tym mieszkaniu zaskakujące a podobne orkiestrze zestrojenie, jedność zgęstniałego powietrza i uczłowieczających się przedmiotów. Przedmiotów, które owszem, cały czas były przedmiotami - wszak nie zwariowałem, ale niech mnie licho ściśnie, jeśli nie sprawiały wrażenia jakby już nimi nie chciały być - słowem, jeśli nie chciały wyrwać się ze swej materialnej skóry! Czuliśmy coś takiego! - Także i to, że w nabierającej niesamowitości atmosferze nasze osobne Losy schodzą się w jeden wspólny, który ponadto, czegoś od nas żąda. Chce abyśmy umieścili swoje życie bądź to w skończoności bądź w nieskończoności kosmosu.
Konsekwencją przyjęcia wyzwania była wielogodzinna dyskusja, której czas tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że niczego nie da się przyspieszyć. Żaden rolnik nie posieje i nie zbierze w jednej i tej samej chwili. Takowo, nasze zmagania z początku przybierały postać pokracznych wywodów. Przykładem może być monolog wygłoszony przez Bogdana, który odnosił się do świata skończonego. Przytoczę go zrazu dlatego, że właśnie ten spośród wielu innych był pierwszą jaskółką rodzącego się tragizmu, pierwszym wyraźnym uświadomieniem sobie braku gruntu pod nogami, czyli braku świata, w którym można byłoby spokojnie lub też niespokojnie (w zależności od preferencji) - ale ISTNIEĆ! Bogdan powiedział mniej więcej tak:

Jak jest możliwe, żeby wszechświat był skończony? - Załóżmy, że postawimy kreskę, która koniec jego będzie oznaczać. - A co dalej? - Przecież logika mówi, że zawsze jest coś dalej - niechby przynajmniej próżnia! Ale próżnia odpada, gdyż i ona musiałaby zawierać się w jakiejś przestrzeni. A w ogóle, czy nie wydaje Ci się, iż pozbawienie Czegoś jego przestrzeni, byłoby jednocześnie pozostawieniem ,,jakiejś przestrzeni dla Czegoś innego? - I gdybyśmy odebrali ją Kosmosowi, to czy nie pozostawimy czegoś na jej podobieństwo. A jeżeli tak, to czy nie należałoby w takim razie poszerzyć owe pojęcie przestrzeni by lepiej wyrażało rzeczywistość?

- Po tego typu następujących po sobie przemowach wyrażających generalnie bezsilność, daliśmy sobie spokój z wersją, że świat jest gdzieś skończony.
Natomiast ze wszechświatem nieskończonym, poszło dużo łatwiej. Uznaliśmy go za nie do wyobrażenia przede wszystkim dlatego, że wiedzieliśmy, iż człowiek ma upodobanie do zaznaczania końca wszelakich rzeczy. Do tego stopnia, że gdy znane nam rzeczy próbują nas absorbować, kiedy walą się nam na głowę – wówczas my i tak nad rzeczą w chwili obecnej najbardziej nas zajmującą stawiamy mniejszą lub większą kropkę nad ,,i". - Homo Sapiens czuje ciągłą konieczność ustosunkowywania się wobec jakichś treści. Albo jest "za" albo "przeciw", rzadko mówi "nie wiem".
Tak więc, oba oblicza sklepienia niebieskiego, które na przemian pakowano nam do głów, a w które nie mieliśmy okazji zagłębiać się - teraz odrzuciliśmy jako teorie przerastające intelektualne możliwości pojmowania przez zwykłego, przeciętnego człowieka.
Kolejny już raz oczami wyobraźni zapuściłem się jakoby w sen, w którym to doszliśmy z Bogdanem do zarośniętego bluszczem sklepu gdzie prócz antyków i innych rupieci nasi nauczyciele kupują jeszcze zwietrzałe teorie:

Sprzedawca śpi. W miejscu gdzie stoję i skąd widzę jego wyciągnięte nogi, z sufitu między nie wyłuskanym groszkiem a bukietem kocanek zwisa coś co imituje kometę, lecz jest dzwonkiem, na którego dźwięk brodaty mężczyzna, jak się okazuje jest niezwykle wyczulony. Rozdzwaniam nim przestrzeń, na co brodacz mozolnie aczkolwiek bez ociągania się wstaje, i nie odpowiadając na uprzejme powitanie, równie leniwie jak podnosi swoje sto kilo, wyciąga teraz ręce po tkwiące za moją pazuchą teorie. I choć najwyraźniej widzę, że nie oczekuje z naszej strony żadnych wyjaśnień, to jednak z racji jakiegoś imperatywu ożywienia jego znudzonej miny postanawiam mu wytłumaczyć, iż teorie będące w naszym posiadaniu są zbyt wyabstrahowane. W tym celu wypowiadam około sześciu zdań, z których cztery w sposób apatyczny i bez cienia wskazującego na zrozumienie zostają powtórzone przez samego sprzedawcę. Myślę sobie, że to jakiś trup - wielkie, chodzące cielsko trupa. Z kolei powyższa myśl wzbudza we mnie agresję, toteż odwracając się ku wyjściu oświadczam, że jak chce to może sprzedawać te rzeczy jakimś pieprzonym frajerom – ale nie nam.

Sen na jawie umyka tak szybko jak się pojawił, zostawiając z pozoru absurdalne pytanie: Czyżby istnienie tego świata było niemożliwe? Lecz zanim uczciwie sobie na to odpowiedzieliśmy, musieliśmy dokonać jeszcze wielu pokrętnych dedukcji, których przytoczenia oszczędzę wam. Powiem jedynie, że pierwszym, bodaj siedmiomilowym krokiem - już pozwalającym zobaczyć ścieżkę, po której chcieliśmy kroczyć dalej, było pojawienie się myśli, że skoro odrzucamy przyjęte wersje wszechświata, to w zasadzie nie znaczy to nic innego, jak tylko to, że odrzucamy możliwość istnienia przestrzeni. I po krótkim o tym rozmyślaniu stało się dla nas jasne, iż przestrzeni zwyczajnie nie ma.

Bogdan: No dobra, nie ma przestrzeni. A materia? Przecież materia zawsze
zajmuje pewien obszar przestrzeni, czyż nie?
Ja: No tak!
Bogdan: Więc co, więc jej też nie ma?
Ja: Nie ma. - Nie ma materii, ponieważ nie może być jej w świecie w którym
nie ma przestrzeni.

Nie zapomnę jak rosła w nas gorączka zrodzona ze świadomości, że prowadzimy dyskusję nieprzewidywalną co do konsekwencji – dyskusja, która może przez wiele miesięcy rodzić owoce, a następnie zrzucać je niczym dojrzałe jabłka na trawiastą, ledwie dwudziestoletnią zieloność naszych umysłów.
W końcu dom Bogdana, a właściwie mieszkanie jego matki stało się naocznym świadkiem jednego wielkiego biegania, podczas którego nasze gardła wykrzykiwały: ,,Nie ma materii! Nie ma przestrzeni!

Wreszcie Bogdan przystanął, spojrzał na mnie ze strachem w oczach i spytał:

- A czas? Do cholery, co z czasem? - Czyżby i jego nie było?
- Przyjacielu - rzekłem po chwili, ale dysząc jeszcze
- Przecież czas przede wszystkim odnosi się do przestrzeni, jest jak gdyby relacją materii z przestrzenią. - Czyli jego też nie ma! Pomyśl! - Skoro ich nie ma, to nie ma prawa zaistnieć coś, co nazywamy odczuciem upływu czasu!

- Ta krótka wymiana zdań spowodowała ostateczną zmianę formuły krzyku, odtąd zamiast wykrzykiwać: nie ma materii, nie ma przestrzeni, krzyczeliśmy: ,,Nic nie ma! - świat nie istnieje!". - I to już nie była gorączka, to było istne szaleństwo! Pamiętam, że ani na chwilę myśli nie wyrywały się do domu, czy choćby aktualnie upatrzonej. Również nikt nie spoglądał na zegarek. Czas nie istniał, i z każdą chwilą nie istniał coraz dosłowniej. Bogdan jak przystało na posiadacza czujnego umysłu; z punktu widzenia dopiero co stwierdzonego: NIC NIE MA - rzekł po chwili:

- Coś jest do cholery! - Widać przecież, że coś jest!
- To wrażenie, że jest - powiedziałem, i naraz złapałem się za słowo, bo czułem, że nie Ja je wypowiedziałem, tylko jakiś przybysz to rzekł ustami moimi - jakby filozofii profesor, co to przypadkiem do nas wstąpił, a skoro wstąpił, to przy okazji potrzebnym słowem wsparł.
- wykrzyczałem: Właśnie - Wrażenie. To jest Bóg! Wrażenie jest Bogiem!

Złapał się tego również Bogdan; mówiła o tym jego rozdziawiona gęba. A patrząc się na rozdziawioną gębę ja kontynuuję:

- Nic nie ma. - Jest tylko Bóg. - Bóg, który jest wrażeniem. Jest tylko jedna Chwila: ,,Teraz", Chwila - Wrażenie, Chwila - Wieczność. Ale wieczność nie zajmująca najmniejszej przestrzeni, ani też najmniejszego ułamka czasu. Wszelki czas przeszły jest nierealny - co więcej - niebyły, gdyż jest tylko wrażeniem obecnej chwili ,,Teraz". - Słuchaj przyjacielu - mówię dalej. - Jeśli, to co ci nawijam jest prawdą, to jeden z wypływających stąd wniosków jest dla nas cholernie ciekawy, ponieważ dotyka nas nie inaczej jak fizycznie. - Otóż, My nie istniejemy! - Nie istniejemy, gdyż jesteśmy tylko częścią owego Wrażenia!

Po dłuższej zadumie, oczy Bogdana zabłysnęły zrozumieniem. Ale, by potwierdzić sobie słuszność takiego kompleksowego wyjaśnienia, Bogdan ponownie przytrzymał w bezruchu swoje wytrzeszczone gały - i... i... - Sprawdzał. Upewniał się, czy aby przypadkiem Kiełbowicz nie zrobił logicznego błędu, czy aby nadto się nie zagalopował, po czym z gał ponownie zrobiły się oczy, które zabłysnęły tak rzadko spotykanym u ludzi światłem przeczyszczonego umysłu.

,,ZROZUMIENIE ŚWIATA" cisnęło nas w głębie foteli abyśmy w całkowitym znieruchomieniu mogli raczyć się WRAŻENIEM. - Za moment każdy z nas był tym absolutnym Bogiem. - Bogiem zdającym sobie sprawę nie tylko z całkowitej nierealności tego co zobaczone, ale także z nierealności usłyszanego, odczutego, pomyślanego czy wyobrażonego. Ta cudowna chwila trwała ze dwie, trzy godziny - trudno określić. W każdym razie kiedy tym przepływającym, wiecznie teraźniejszym deszczem wrażeń nasyciliśmy się dosyć, wówczas pozwoliliśmy by popłynął z naszych głów zrazu malusieńki strumyczek, następnie rzeczka..., a w końcu wielka rzeka PRZECHWAŁEK. A przechwalaliśmy się, ponieważ zdawaliśmy sobie sprawę, jak wielu filozofów przez wieki próbowało wziąć za rogi, poskromić, i wreszcie zamknąć w systemie filozoficznym tego rozjuszonego byka jakim jest nasz świat - i że nigdy im się to nie udało, gdyż zawsze w klatkach dla tego zwierza, brakowało bodaj ostatniego pręta, który możliwość wymknięcia się przekreśliłby definitywnie. Nagle dziś - Ja i Bogdan dajemy ludzkości system całkowicie zamknięty, klatkę dla byka jak się patrzy, i co najważniejsze - własnej roboty!!
Nie zapomnę chichotu Bogdana, że siedząc z nogami nie zaopatrzonymi w skarpetki pokonał 20 tomów Lenina, dzieło Kanta, a nawet Chrześcijaństwo, że dokonał wielkiego czynu bez najmniejszego poszanowania autorytetów. - W tym miejscu, wszystkich, zdolnych do wywołania w sobie zgorszenia stosunkiem Bogdana do budowniczych europejskiej cywilizacji - śpieszę zapewniać, że rzecz miałaby się z pewnością inaczej, gdyby Bogdan wiedział wcześniej jak wielkiego dokonamy odkrycia, że z pewnością zrobiłby wszystko, aby na tę okoliczność okrywały nas przyzwoite garnitury. Ale nie zrobił tego, bo nie wiedział..., bo skąd miał wiedzieć...? - Skąd, człowiek może wiedzieć co pomyśli za dni kilka, kiedy nie wie nawet co pomyśli za sekundę, ba - za ułamek sekundy?!

Dalsza część wieczoru była już rodem z piekła. Po jakiejś godzinie po raz kolejny zapanowało znieruchomienie podczas którego znów zapadnięci byliśmy we "wrażeniu". Kto wie, czy te dziecinne przechwałki bezczelnie żartujące sobie z Kanta, Kartezjusza czy Hegla po prostu Lucyfera nie wywołały.
- Otóż chcę opowiedzieć następną historię, której wielu z was odmówi prawdy. Jednak niedowiarkom wybaczam - gdyż, przyznaję, iż sam bym nie uwierzył gdybym jej na własnej skórze nie odczuł. Lecz kto w ufność bogaty, niech swych oczu nie szczędzi. Co więcej, czytelniku, jeśli masz podobne doświadczenia, a do tego znasz możliwą przyczynę zjawiska, tedy już teraz czuj się poproszonym o pakowanie walizek i przyjechanie do dwóch głupców w celu ich oświecenia:
Otóż siedzieliśmy po przeciwległych końcach wielkiego pokoju ze spojrzeniami skierowanymi w swoją stronę. Dlaczego na siebie patrzyliśmy? - Nie wiem, i proszę abyście nie pytali o drobiazgi. Ważne jest co innego. - W którymś momencie patrzenia na Bogdana stwierdziłem, że coś jest nie tak... - coś się zmienia..., zaczynam widzieć nie to, nie to... – jestem w czymś innym... - w czymś! W miejscu twarzy przyjaciela zobaczyłem twarz obcego, czterdziestoletniego mężczyzny. Jedynym pocieszeniem, jeśli w ogóle o jakimś pocieszeniu można tu mówić - było to, że ten mężczyzna przyglądając się mi, wydawał się równie przestraszonym jak ja. Mimo to, lęku jakiego doznałem nie jestem w stanie opisać, i miast opisu posłużę się waszą wyobraźnią.
- Spróbujcie wyobrazić sobie, że znajdujecie się w pokoju z najbliższą osobą, że panuje przyjacielska atmosfera, że tak mijają dwie godziny i nagle, bez żadnych wcześniejszych symptomów ta osoba znika na rzecz kogoś obcego, takiego czterdziestoletniego intruza. - Ja to przeżyłem! Byłem w tak wielkim szoku, że i dzisiaj nie znajduję słów mogących to dobrze zrelacjonować. Nawet nie jestem w stanie powiedzieć czy nogi mi drżały, czy też odwrotnie -zesztywniały. - Czy serce waliło, czy zamarło. - Wszystko działo się zbyt szybko. W pamięci pozostał jedynie zarys tamtej chwili. - Pokój zaczął się chwiać, jakby nie był pokojem lecz kajutą jachtu w trakcie sztormu. Powietrze gęste, tworzące jakby przeźroczystą gąbkę próbującą przeszkadzać w widzeniu przedmiotów. Na domiar, ta przeźroczysta galareta wraz z przedmiotami i z zawartą w niej obcą personą - pulsowała. Niczym fantastyczny żyjący organ stawała się większa, to znów zmniejszała się, by za chwilę znowu powrócić do formatu największego! Ale to wszystko działo się w ułamkach sekund. Później był już tylko moment, powrotu do normalnego widzenia, powtórnie opatrzonego obrazem Bogdana. Stało się to dokładnie wtedy, kiedy w wielkim przerażeniu zerwał się z wersalki i wydobywając z siebie chorobliwy bełkot zaczął biegać po mieszkaniu,. Może się wydać komuś dziwnym, lecz to jego bieganie, nienormalne zachowywanie się zaczęło mnie uspokajać, bo pozwalało przypuszczać, że w przeżyciach nie jestem odosobniony. Pomyślałem, że ujrzenie obcego faceta, nie było wynikiem gwałtu dokonanego przez irracjonalny świat na moim umyśle - lecz, że taka była obiektywna rzeczywistość. To rosnące przeświadczenie pomagało mi w uspokajaniu przyjaciela, który wyrywając się mamrotał, by nie robić mu krzywdy. Przywrócenie Bogdana do stanu jako takiej psychicznej równowagi trwało długo. Kiedy jednak uspokoił się na tyle, by móc skupić się na moim palcu, a potem wypowiedzieć swoje nazwisko - zacząłem rychło badać całą rzecz od jego strony.
Relacja Bogdana potwierdziła moje przypuszczenie chwilowego sfiksowania rzeczywistości obiektywnej. On w momencie kiedy ja zobaczyłem czterdziestoletniego faceta, ujrzał odrażającego starca robiącego w jego kierunku przerażające miny. Na domiar złego ohydnemu dziadowi siedzącemu na moim miejscu w sposób zastraszająco szybki rosły włosy. Wyglądało to tak, jakby z czaszki wylęgały się długie białe robaki, które potem niczym węże zsuwały się w dół po ramieniu.
Nie mogliśmy dłużej pozostać w tym mieszkaniu. Nastrój był potworniejszy niż ten jaki odczuwałem po obejrzeniu horroru będąc dzieckiem. Czmychnęliśmy. Dopiero po jakiejś godzinie nieśmiało pojawiliśmy się z powrotem, i to tylko dlatego, że na dworze panował straszny ziąb. Wypiliśmy gorącą herbatę i postanowiliśmy spróbować usnąć. Wstaliśmy około południa. Byliśmy niewyspani i kompletnie ogłupieni. - Śmiejąc się, jak gdyby miniona noc była tylko snem - kłóciliśmy się co powinniśmy bardziej przeżywać, czy odkrytą przez nas filozofię, czy diabelskie wydarzenie.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



czyli co Ci się nie podoba? układ linijek, czcionka? ech... :/

A ja będę bronić trochę. Co prawda też nie doczytałam, bo męczą te dywagacje o wszechświecie, za dużo ich i są kompletnie niezrozumiałe (poza tym ja mało co na tym portalu doczytałam do końca, z różnych względów, dlatego też mało komentuję), ale bardzo podoba mi się styl. Właściwie uważam, że nie doczytawszy do końca tylko na ten temat mogę się wypowiedzieć. Styl jest bardzo gładki, miło się czyta, tylko treść trochę przeszkadza ;) moja rada: zrezygnować z całej tej zawiłej filozofii, napisać tym stylem jakąś ciekawą opowieść, wprowadzić więcej akcji, dynamiki, może więcej humoru. Styl jest fajny. Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Dziwnie - nie doczytałaś do końca (czemu?) męczą Cię dywagacje, które jak napisałaś są niezrozumiałe, a jednak piszesz że miło się czyta choć treść przeszkadza. Jakaś straszna ambiwalencja. U mnie ten tekst nie budzi dwuznacznych emocji. Oczywiście - nie odbieram ci prawa do własnego zdania i nie staram się narzucić swego. Sygnalizuję tylko, że w twój tok rozumowania jest nieco niekonsekwentny.


Autorze - jak chcesz przekonać mnie - początkującego pisarza, a przede wszystkim czytelnika, że Twój tekst jest godny uwagi? Wybacz, ale czytając poszczególne części bardzo się nudziłem. Zważywszy na fakt, iż w historii literatury powstało wiele doskonałych dzienników (Gombrowicz, Konwicki, Lem czy Topor to pierwsze lepsze przykłady), to poprzeczka zawieszona została wysoko. Przy szóstej części chciałem już żebyś był chociaż epigonem Gombro, a tu niestety nie udało się. Język poprawny, składnia zdań nie budzi raczej zastrzeżeń, jednak brak perełek. Brak frapujących przemyśleń i poglądów, które zmusiłyby do dyskusji (te filozoficzne dywagacje wzbudzają raczej odruch wymiotny i odstraszają od literatury pięknej; mam wrażenie jakbyś topił się we własnym sosie)

Jeżeli ktoś zabiera się do pisania dziennika, to musi mieć coś ciekawego do zaprezentowania albo jest znaną osobą i liczy zbicie kasy na swym dziele. Czy Don Cornellos jest sławny? Jeśli tak, to jego życiowe perypetie nie są jakieś niezwykłe.

Myślałem na początku tak – Don Cornellos to znany dziennikarz po czterdziestce, który skrył się za pseudonimem, po to by spisać dziennik zawierający kompromitujące dla ważnych w tym kraju person fakty. Błąd! To może jest to człowiek zamierzający wywołać jakiś skandal obyczajowy? Nie. Wierzyłem, że będziesz jak Salman Rushdie jak Monika Levinsky…. Jak Bridget Jones(?) ;)… to po pierwsze

Po drugie – napisałeś w jakimś komentarzu, że nosisz się z zamiarem wydrukowania dziennika. Podziwiam upór i cieszę się, iż znalazł się ktoś, kto opublikuje Twój tekst. Ja jednak go nie kupię.

Nazwałeś tekst „Dziennik nieco rubaszny”. Jakoś mało tej rubaszności. Wspomniałeś o scenach erotycznych. Czekam. Może one mnie jakoś zainteresują.

Nie biorę się za wytykanie błędów. Nie czuję się na siłach, bo przebrnięcie przez ten tekst, to byłaby dla mnie straszna mordęga.

Przemyśl sobie dokładnie koncepcję tego tekstu. Ujędrnij język. Przywal czymś. Jeśli wywody filozoficzne mają brzmieć jak ględzenie dwóch facetów przy wódce o sprawach, o których wydaje im się że mają pojęcie, to lepiej sobie odpuścić takie coś. Nic nowego takim wydziwianiem nie wniesiesz, a rezygnując z tych niekorzystnych dla twego tekstu zabiegów może przydasz sobie nowych czytelników.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Dziwnie - nie doczytałaś do końca (czemu?) męczą Cię dywagacje, które jak napisałaś są niezrozumiałe, a jednak piszesz że miło się czyta choć treść przeszkadza. Jakaś straszna ambiwalencja. U mnie ten tekst nie budzi dwuznacznych emocji. Oczywiście - nie odbieram ci prawa do własnego zdania i nie staram się narzucić swego. Sygnalizuję tylko, że w twój tok rozumowania jest nieco niekonsekwentny.



Spieszę z wyjaśnieniem :)

Napisałam, że styl mi się podoba. Miło sie czyta ze względu na styl, bo jest ciekawy, ale przeszkadza mi to, że treść jest taka strasznie filozoficzna. Gdyby autor opisał wydarzenia: imprezę, kaca, poranną wycieczkę po kefir, cokolwiek, czytałoby mi się zapewne bardzo dobrze i dokończyłabym. W tej sytuacji, żeby zrozumieć, o co chodzi z tymi koncepcjami nie-istnienia przestrzeni i materii, musiałabym jeden akapit czytać trzy razy, a to jest męczące. Nie wiem, może źle do tego podchodzę, może nie należy rozumieć tych fragmentów? Ale to jest dopiero dziwne. Styl jest bardzo interesujący i taki styl bardzo miło się czyta. Czy teraz nieco jaśniej? Mam nadzieję :)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Nie chodzi o to czy jaśniej czy ciemniej, tylko o konsekwencje w wypowiedzi, teraz bardziej sprecyzowałaś. Ja też dołączam się do twej opinii, że treść nudzi. Mnie jednak również styl nie poniósł. Resztę uwag napisałem wyżej. Czekam na odpowiedź autora.
Opublikowano

:) więc trzeba było napisac taki tekst, żeby poprawianie go było przyjemnością, żeby Cię nakręcało...
Jeśli Ty się przy nim tak męczyłeś, to pomyśl sobie co myśmy musieli czuc, gdy brneliśmy przez niego, w pocie czoła doszukując się jakiego milego akcentu, czegoś co było by na plus (tu akurat wypowiadam się we własnym imieniu), jakiego pozytywa...
A tu nic.. lipa straszna jak dla mnie.
Mimo to pozdrawiam serdecznie i życzę sukcesów.
M.

Opublikowano

1) Do pierwszych komentarzy Oxymorona i Krwawej-Mary nie mam zastrzeżeń. Dla mnie również poczucie nudy i męki to jedne z najważniejszych kryteriów subiektywnej oceny tekstu.

2) Komentarz Olesi natomiast jest albo wyrazem bardzo osobliwego poczucia humoru albo po prostu świadectwem totalnej głupoty i arogancji.

3) Brygida, ja również mało co doczytałem na tym portalu do końca. To wynika z wielu uwarunkowań, przede wszystkim chyba ze specyfiki internetowych portali literackich, gdzie utwory grafomańskie znajdują się na jednej półce razem z utworami rzeczywiście wartymi poczytania . Mimo tego, że dołączyłaś się do opini, że treść męczy - śmiem wierzyć, iż w formie papierowej część pierwszą mojego dziennika przeczytałabyś do końca. Cieszę się, że styl ci się podoba, a co do treści - cóż, każdy je pisze takie jakie chce.

4) Krwawa-Mary w drugim swoim komentarzu pisze, iż ma wrażenie, że autora śmieszy to co pisze - gdy tymczasem u niej pojawia się grymas na buzi. Potwierdzam, lubię pisać tak by samemu mieć z tego ubaw. Myślę, że takie podejście jest nie tylko zdrowe, ale wręcz pożądane. Inna sprawa, to różne u ludzi poczucie humoru. To co jednych bawi, może nudzić drugich - i na odwrót. Dla przykładu, wielu z moich znajomych zaśmiewa się oglądając film Bareji pt. "Miś" - gdy mnie dużo bardziej odpowiada humorystyka typu "Przystanek Alaska".
Niby oba filmy są nieco surrealistyczne, a jednak rządzi tam zupełnie różne poczucie humoru.

5) Sanestis natomiast zarzuca tekstowi brak frapujących przemyśleń i poglądów, które zmusiłyby do dyskusji. Według niego filozoficzne dewegacje w tekście wzbudzają raczej odruch wymiotny i odstraszają od literatury pięknej. W powyższym tekście dwaj chłopacy, posługując się logiką dostępną większości ludziom - dochodzą do wniosku, że przestrzeń, czas, i materia nie istnieją. A skoro te elementy nie istnieją, wywnioskowali, że Świata nie ma. Wszystko co widoczne i odczuwalne nazwali wrażeniem, które było dla nich tożsame z Bogiem i wiecznością będącą jedną chwilą.
Albo Sanestis pozjadał wszystkie rozumy, albo Sanestis nie wie, że na te tematy filozofowie dyskutują od tysięcy lat - również dzisiaj. Sanestis gdyby poczytał trochę więcej o Buddyzmie, zobaczyłby, że kosmologia buddyjska jest bardzo podobna do filozofii wrażenia, jaką stworzyli bohaterowie tekstu.
Sanestis zaraz się wścieknie i powie, że to już było... czy, że buddyzm trwa od tysięcy lat, więc po co ja o tym w dzienniku.
Ano Panie Sanestis, niech pan sobie wyobrazi, że ci chłopcy, o których piszę w tekście nie mieli zielonego pojęcia, ani o buddyzmie ani o innych teoriach, gdzie mówiłoby się o tym, że świat nie istnieje. Dla nich powyższe odkrycie jest przewróceniem ich świata do góry nogami. Stąd jest późniejsze topienie się bohatera we własnym filozoficznym sosie. Nie może być inaczej. Pan - panie Sanestis jesteś mądrym gościem, i pewnie coś kiedyś z filozofii wyczytał i może sobie przyswoił - oni natomiast nie mając żadnej wiedzy nagle uświadomili sobie, że świat nie istnieje. To wielka różnica. Myślę, że taką historię warto opisać. Chciałeś pan, żebym był chociaż epigonem Gombra? Nie chcę być niczyim epigonem, ale w moim tekście jest poniekąd próba spełnienia jednego z postulatów Gombrowicza, tego, by zajmować się ludzką niedojrzałością.
Mówisz pan jeszcze o ujędrnieniu języka, i przywaleniu czymś. Co do ujędrnienia, to sprawa stylu, który trudno zmienić z dnia na dzień. Jeśli chodzi o przywalenie, to moim zdaniem jest ono w ostatniej części powyższego tekstu, kiedy obaj chłopcy zmieniają się w potworów. Największe jednak przywalenie brzmi, że to nie fikcja literacka, lecz próba opisania rzeczywistych wydarzeń tamtego dnia. Sam się teraz zastanów, czy byś nie próbował tego opisać. Inna sprawa, to talent by temu podołać - albo się go ma w wystarczającej ilości albo nie. Moim zdaniem powyższa historia jest niesamowita, widocznie Panie Sanestis brakuje mi pisarskich umiejętności by zainteresować nią czytelników.

6) Pomimo odpowiedzi jakiej udzieliłem Sanestisowi, biorę sobie do serca wasze opinie, że tekst jest męczący i zbyt rozwlekły. Na pewno jeszcze będę nad nim pracował, ale będzie to polegało bardziej na skracaniu zdań niż przetrąceniu mu kręgosłupa.

Wszystkich Pozdrawiam, nawet Olesię - której nie widziałem, ale wiem, że jest brzydka :))

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




I każdy czyta te, które go zainteresują. Nie przesądzam o tym, czego nie czytałam; nie wątpię, że kolejne części dziennika (lub nawet to, co działo się po wywodach filozoficznych w tej pierwszej części) mogą być wartościowe i ciekawe. Ja w ogóle generalnie jestem na tak. Pozdrawiam :)
  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Tak, znam sie nieco na filozofii buddyjskiej (pewnie słabiej od autora) ale ową filozofię łykam jak pyszne ciasteczka a dziennika nie mogę strawić - ot taka różnica. Chciałbym dodać, że mój odbiór rubasznych treści jest ściśle subiektywny (nie uważam się za eksperta w dziedzinie literatury). Chciałem tylko zaznaczyć, że mnie nie przekonuje tego typu pisarstwo (dodatkowo w wydaniu pewnie książkowym). Sanestis swoje zarzuty podtrzymuje i nie chce wnikać dodatkowo w wywód don cornellosa, gdyż ma wakacje i nie chce mu się pisać kolejnego elaboratu. Tak więc pozdrawia autora i dziękuje za odpowiedź.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Leona okrutnie smutne... i bolesne. Ufam, że PL ma się dobrze, naprawdę.
    • Moją równowagą jest smutek  Moją powagą jest smutek Moją prostotą jest smutek    Taki niski   Kiedyś w złych sytuacjach bardzo chciałem być radosny    Są antydepresanty  Ale nie ma tabletek na wywoływanie płaczu    Nie rozumiem tego a to dużo mówi    Ta złość która żyje we mnie musi odejść  Ta frustracja  Ta niezgoda    Ostatnio smutek nawiedził mnie w romantycznym okresie mojego życia młodości  Byłem outsiderem    Teraz smutek przychodzi do nienawiści, jakby przywołany przez nienawiść    Jest, mam wrażenie tyle nieodkrytych sfer w moim odczuwaniu    Po kolei, było tak: nienawiść potem bunt i złość, potem użalanie się nad sobą i bycie ofiarą   Potem destrukcja, potem znowu złość i cierpienie    Teraz poddanie się i smutek.   Najpiękniejszy, najdelikatniejszy on nie stwarza fałszu, on mi pokazuje prawdę taką jaką jest , wybacza zamiast karać.   A gdzie jest teraz sumienie i wewnętrzny krytyk?    Niewiem jak to osiągnąłem, pozwoliłem sobie na uczucie miłości i wdzięczności w relacji przyjacielskiej   Dla mnie smutek jest wolnością  Jest powrotem zakochanego    Teraz to widzę - upadek nastał kiedy niegdyś zacząłem szukać pocieszenia    Czy możliwe że..... skoro teraz mam wiek Chrystusowy to można to interpretować tak, że zaczyna się dobre życie a ten smutek jest związany z nadchodzącym opuszczeniem ukochanego Człowieka, Bliźniego?   I.... może momentem samowiedzy, iż śmierć nie jest dla mnie końcem, przejściem ani nowym początkiem    Jest opuszczeniem ukochanego Człowieka.              
    • z trudnością się wyrasta przy małej ilości światła każdy zakalec wie dokładnie jak bardzo trzeba się naszarpać o odrobinę miejsca   wzdłuż wszerz w górę   mechanizmy tego klimatu nie są zbyt skomplikowane chelicery hoduje się własne a posila się bardzo rzadko na wstręt już nie zauważając   ani na własną okrutność   bo w ciemnym świecie żyje zwykle ciemne pożywienie i niejasne są przypadłości jakimi kieruje się posiłek znajdujący się tuż obok   może szuka odskoczni   gdzie wino nabiera mocy a na półkach obok niego kurzą się graty pośrupane imadło lub emaliowany garnek które nie chcą urosnąć   i nigdy nie potrzebowały  
    • @Maciej Szwengielski - mało osób potrafi właściwie zinterpretować Kazanie na górze, a przecież są dylematy, które tylko serce rozwiązuje właściwie. Wiele u Jezusa opowieści zilustrowanych przykładami, w których zawarto stosowne wskazówki – to pewnik. Czasem ewidentnie widać, że w danej sprawie należy się pokierować sercem, bywa, że nie ma wątpliwości. Duchowni krytykują z ambony modernizm, twierdząc, że to odejście od prawdziwej wiary. Czasem jednak wydaje się, że i u konserwatywnych filozofów katolickich jest za dużo wniosków na wyrost, a u duchownych – za dużo formalności. Kto ma czas zatrzymać się każdego dnia i przeczytać fragmenty, chociażby o rozmowach Chrystusa z faryzeuszami? Przecież tam Nazarejczyk mówi do każdego z osobna, to nauki o sercu. Przez miłość do Boga i ludzi. Po co to komplikować? Nie ma sensu mnożyć bytów ponad miarę.
    • Dedykuję wszystkim Polskim Asom przestworzy, którzy walczyli o wolność i honor dla Polski – niech ich odwaga i poświęcenie nigdy nie znikną z pamięci współczesnych Polaków. Jan Jarosław Zieleziński -----------------------------------------------------------------------------------------   Historia ta o Sprawie i Ludziach Honoru, ze zdjęć starych, pożółkłych – prawie bez koloru, O polskich pilotach wojny strasznych dni, Wolnych i walecznych – tak jak fri-ou-fri*. To historia o Polsce i jej losach w przestworzach, O sile i braterstwie będzie tutaj mowa. Przypomniemy Polaków bohaterskie dni, Z polskiego dywizjonu – asów fri-ou-fri. A więc, żeby nie przedłużać i zacząć od razu, Zasiądźmy za sterami i dodajmy gazu! Wzbijmy się angielskim myśliwcem w przestworza, Cząstki cień historii usłyszeć zza morza... Witold Urbanowicz, będąc nazbyt szczery, na zawodach, z Niemcami miał niezłe afery, Lecz pomimo dąsów i szwargotu pytań, do poziomu sprowadził pana Messerschmidta*. Potem w Anglii, będąc jako wing commander, RAFu opieszałość poznał całą prawdę. Miast czym prędzej Niemcom przypiłować śrubę, Cierpliwości Polaków RAF testował próbę*. Kapitan Paszkiewicz przerwał passę marną. Skrzydłami zahuśtał, po czym krzyknął: „Za mną!” I tak oto RAF z końcem dni sierpniowych, dopuścił dywizjon do lotów bojowych*. Znowu nas wysłali nad londyńskie doki, Blenheimy beztrosko suną przez obłoki... Znowu pilot „Paszko” wszystko to ogarnął. Klucz poderwał słowami: „Do ataku! Za mną!” Jan Zumbach w manewrze samolot przechylił. Już ma Szwaba w muszce! Ale cóż to? Chybił? „Coż to się tu stało?! A niech to cholera! Blokady ze spustu żem nie zdjął gdym strzelał!”* Skręcając dość silnie, aby się nie zderzyć, Blackoutu* doświaczył, lecz zdołał to przeżyć. Lecz co się odwlecze – to już nie uciecze... Cyk-cyk-cyk! – do Heinkla*, dym za nim się wlecze. Kanadyjczyk John Kent nos często zadzierał, By o mały włos Niemiec go ostrzelał, Pan Henneberg Zdzisław na niego nurkuje, Browning Hurricane’a Szwabu nos „pudruje”. „Dzięki, Sir” – Kent mówi (już podczas powrotu), „Żeś mi Messerschmidta zmusił do odwrotu.” „Nie ma za co, lecz poprawkę proszę małą wnieść: Sześć było tych Niemców. Nie jeden, a sześć.”* Stanisława Skalskiego Cyrk był niezłą hecą, Messerschmidtów chmara – Szkopy dzielnie lecą. Garstka polskich asów z nieba na nich spada! Strach Niemców obleciał – biada Niemcom, biada. Innym razem Skalski po podniebnych szrankach: radiostacja milczy, skrzydło ma w kawałkach, Hurricane’em swoim, gdzie zbiornik przecieka, Dotarł do Leconfield – tam już spokój czeka. Mechaników zespół złapał się za głowę: (Samolotu z akcji zostało z połowę) „Dziękuj Bogu na mszy metrową gromnicą! Bo Twój Hurricane, kolego, dziurawy jak sito...”* Zdecydować się na manewr „martwego silnika”*, To doprawdy rozterka pełna wszelkich pytań. Zabronionym manewrem, odwagą się wsławić, By maszynę wierną od śmierci ocalić. Pan Mirosław Ferić zapisał się chwałą, stworzył rzecz tak prostą jak i niebywałą, Dziennik dywizjonu, co się rzucał w oczy, Jerzy Szósty – Król Anglii – też inkaustem zroszył*. Dywizjonu dziennik chłonął wpisów inkaust i zgłoskami złotymi historię zapisał. Zaiste, alianci mogli Polakom zazdrościć – Dywizjonu 303 zwanego „Kościuszkowskim”. Jan Zumbach fantazji ułańskiej dochował, Tuż przy śmigle Kaczora pięknie namalował. Luftwaffe spogląda na raport wieczorem: „Zestrzelił nas ten podły samolot z kaczorem.”* „Johnny” wrócił „zawiany” po balandze nocnej, Do raportu stanął, RAF wkurzał wciąż mocniej. Jego para rąk się jednak w walce nada, Poleciał na akcję i zestrzelił Szwaba.* Wtem RAF raport słyszy przesuwając plansze: „Spokojnie, koledzy, ja go ciut postraszę.”* I już Zumbach serią zaczyna swe szycie, Kolejny Messerschmidt pożegnał się z życiem. Pan Josef František, co odłączał z szyku, stał się w RAF-ie pierwszym z takich samotników. Nad kanałem na Niemców często on polował, i kulami śmierci gęsto ich częstował.* Hurricane, Spitfire i inne maszyny, Tak zabójczo piękne jak alianckie dziewczyny*, Siekające ogniem karabinów Browninga*, Dobrych niemal prawie jak system Gatlinga*. Historia ta ma jednak gorzkie zakończenie: W Jałcie sojuszników zdrada cicho drzemie. Przywódcy aliantów tamtych strasznych dni – Churchill, Roosevelt, Stalin – ci nas zdradzili*. Defilada zwycięstwa i wolności znaków, Wszystkie armie świata, ale... bez Polaków. Ach! Nie sposób zdołać zawiłości tłumaczeń, Na pytanie starszej Lady: „Dlaczego pan płacze?”* -------------------------------------------------- Wiersz napisany na podstawie książki Lynne Olson i Stanley Cloud pt. "Sprawa honoru".

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      -------------------------------------------------- Wyjaśnienia do wiersza: [fri-ou-fri* – jest to swoista gra słów – otóż: liczba 303 wymawiana po angielsku w slangu wojskowym fonetycznie dokładnie tak brzmi, czyli: „three ou three”, natomiast paradoksalnie można ją czytać również jako „free, O! free...”, co w wolnym tłumaczeniu można by przetłumaczyć jako: <Polscy Piloci> „niosący wolność, którą tak ukochali”.] [*"do poziomu sprowadził pana Messerschmidta" -> patrz: opis incydentu przyłapania niemieckiego konstruktora Willy'ego Messerschmidta podczas wkroczenia na polskie zawody lotnicze NIELEGALNĄ i NIEPRZEPISOWĄ drogą, za co Witold Urbanowicz "ukarał" go upokorzeniem w postaci położenia się na ziemi pod groźbą użycia broni przez strażnika lotniska, gdzie odbywały się owe zawody lotnicze -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 57–58 (rozdział: „Polska „będzie walczyć”)] [*"Cierpliwość Polaków RAF testował próbę" -> patrz: opis odwlekania przez dowództwo RAF-u włączenia Polskich Pilotów do lotów bojowych -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 120–127 (rozdział: „Bitwa w Northolt”)] [*"dopuścił dywizjon do lotów bojowych" -> patrz: moment, kiedy dowództwo RAF-u – w obliczu wysokich strat własnych pilotów angielskich i brawurowej i udanej akcji zestrzelenia Messerschmidta – w końcu sierpnia 1940 roku zdecydowało się dopuścić Dywizjon 303 do lotów bojowych -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 127–128 (rozdział: „Bitwa w Northolt”)] [*„Klucz poderwał słowami: „Do ataku! Za mną!”” -> patrz: opis rozpoczęcia ataku na niemieckie bombowce (Blenheimy) przez klucz „żółty” prowadzony przez Kpt. Ludwika Paszkiewicza -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 139–140 (rozdział: „Mój Boże, oni naprawdę ich koszą!”)] [*„Blackoutu” -> czytaj: „blekautu”. „Blackout” jest to chwilowa utrata przytomności spowodowana nagłym spadkiem dopływu krwi do mózgu, najczęściej w wyniku przeciążeń, gwałtownych manewrów lub skrajnego stresu. Objawia się ciemnym „zamgleniem” w polu widzenia i utratą świadomości, która zwykle trwa kilka sekund. [*„Blokady ze spustu żem nie zdjął gdym strzelał!” -> patrz: próba otwarcia ognia ze swoich karabinów Browninga przez Jana Zumbacha i jego reakcję -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 140–141 (rozdział: „Mój Boże, oni naprawdę ich koszą!”)] [*„Heinkla” -> czytaj: „Hajnkla”. Heinkel He 111 był niemieckim bombowcem średniego zasięgu używanym w II Wojnie Światowej we wczesnych latach 40-tych] [*„(...) Nie jeden, a sześć.” -> patrz: opis ocalenia życia kanadyjskiemu pilotowi i jednemu z dwóch dowódców-nadzorców RAF-u Dywizjonu 303 (John Kent) przez polskiego pilota Dywizjonu 303 pana Zdzisława Henneberga -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 146–147 (rozdział: „Mój Boże, oni naprawdę ich koszą!”)] [*„(...) Innym razem Skalski (...)” -> o bohaterskich wyczynach Stanisława Skalskiego i jego Polskim Zespole Bojowym (ang. PFT = Polish Fighting Team, znanym częściej jako „Cyrk Skalskiego”) możemy dowiedzieć się z wielu źródeł, m.in.: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 268–269 (rozdział: „Wojna toczy się w Polsce”), lub np. książka pt. „Cyrk Skalskiego”, autor: Bohdana Arct (również polski pilot RAF PFT)] [*„manewr „martwego silnika”” -> był to zabroniony przez dowództwo RAF manewr polegający na zrestartowaniu silnika przez jego wyłączenie (i czasem ponowne załączenie). Manewr ten był często praktykowany (mimo kategorycznego zakazu dowództwa RAF) przez doświadczonych, polskich pilotów, w dwóch przypadkach: 1. Ocalenia maszyny po ciężkiej walce, kiedy maszyna była tak poszatkowana kulami wroga, że silnik ledwo „dociągał” do lotniska i wówczas piloci wyłączali silnik, żeby w końcowych kilometrach wylądować niczym szybowiec, LUB 2. Manewr ten był wykonywany w celu zyskania przewagi nad przeciwnikiem atakującym z dużą prędkością z ogona, kiedy to, wyłączając silnik np. Spitfire’a, polski pilot wykonywał manewr niemalże natychmiastowego zatrzymania Spitfire’a w miejscu (opór powietrza na wyłączone śmigło był znaczny), kiedy to wrogi samolot, np. Messerschmidt, dosłownie w ciągu 3-4 sekund wyskakiwał do przodu, stając się bardzo łatwym celem. Wadami tego manewru była wysoka zawodność silników Rolls-Royce Merlin, które miały problem z ponownym uruchomieniem w powietrzu. Pamiętać też należy, że w przypadku awarii na zbyt małej wysokości pilot myśliwca ginął, ponieważ wówczas nie było jeszcze systemu katapultowania się na spadochronie, a pilot, który chciał się uratować, musiał to zrobić ręcznie: otworzyć kabinę, wyjść/wyskoczyć i... PRZEŻYĆ, bo dość często zdarzały się przypadki rozstrzeliwania praktycznie bezbronnych pilotów opadających na spadochronie -> patrz: str. 62, książka pt. „Sprawa honoru”, rozdział: „Polska „będzie walczyć””] [*„Jerzy Szósty – Król Anglii – też inkaustem zroszył” -> patrz: opis złożenia wpisu przez Króla Anglii Jerzego VI w Dzienniku Dywizjonu 303 -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, str. 152 (rozdział: „Jak wiele im zawdzięczamy”)] [*„Zestrzelił nas ten podły samolot z kaczorem” -> Jan Zumbach na drzwiach swojego Spitfire’a na dziobie (a więc nieopodal śmigła samolotu) namalował Kaczora Donalda, wówczas popularnej bajki Walt’a Disney’a puszczanej jako filmy rozrywkowe w kinoklubach/messie oficerskiej -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, zdjęcie na str. 117 (rozdział: „Bitwa w Northolt”)] ["Poleciał na akcję i zestrzelił Szwaba." -> patrz: Jan Zumbach, „Ostatnia walka”, wspomnienia pilota Dywizjonu 303 – opis zestrzelenia niemieckiego bombowca podczas Bitwy o Anglię.] ["Spokojnie, koledzy, ja go ciut postraszę." -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, str. 150 (rozdział: „Jak wiele im zawdzięczamy”)] [*„Pan Josef František” -> był to pilot RAF-u czeskiego pochodzenia, ale pragnący latać w Dywizjonie 303 razem z – tak jak i on, nieco krnąbrnymi w kontekście sztywnych procedur RAF-u – Polakami. Zasłynął z tego, że często odłączał się z szyku, żeby „polować” na niemieckie samoloty, które „na oparach” paliwa wracały/uciekały w stronę niemieckich lotnisk -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 119–120 (rozdział: „Bitwa w Northolt”), oraz strony: 154–157 (rozdział: „Jak wiele im zawdzięczamy”)] [*„alianckie dziewczyny” -> mowa o wszystkich kobietach sił Aliantów, które swoją bohaterską postawą dołożyły się do zwycięstwa Aliantów w II Wojnie Światowej (w tym Polkach z polskich formacji wojskowych w kraju, tj. AK, NSZ czy BCh)] [*„karabinów Browninga” -> mowa o karabinach maszynowych stosowanych na pokładach samolotów myśliwskich. Choć wymienione zostały tutaj karabiny Browninga (najczęściej kaliber .303/7,7 [mm]) jako przykład, warto wiedzieć, że myśliwce dysponowały większym asortymentem rodzajów broni, jak np. CKM = Ciężkie Karabiny Maszynowe kalibru .50 (12,7 [mm]), działka Hispano kalibru 20 [mm], a nawet rakiety i bomby] [*„system Gatlinga” -> mowa o nowoczesnym typie ciężkich karabinów maszynowych wykorzystujących tzw. system Gatlinga, gdzie system zamka, spustu i budowy lufy umożliwia strzelanie amunicją wysokokalibrową tak, jakby to był bardzo szybki karabin maszynowy. Najbardziej znane przykłady to M-134 Minigun, czy działko Vulcan montowane m.in. we współczesnych myśliwcach F-16 Fighting Falcon.] [*„(...) ci nas zdradzili” -> patrz: historia zdrady honorowych przyrzeczeń wojskowych opartych na faktach na przykładzie Teheranu -> patrz: np. książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 275–277 (rozdział: „Wojna toczy się w Polsce”) oraz strony: 289–299 (rozdział: „Sprawa honoru”)] [*„Na pytanie starszej Lady: „Dlaczego pan płacze?”” - (czyt. "na pytanie starszej Lejdi: „Dlaczego pan płacze?”" -> patrz: opis defilady tzw. „wojsk sprzymierzonych” w kontraście do przepełnionego smutkiem Asa Polskich Pilotów Myśliwskich – Witolda Urbanowicza jako symbolu „zwycięskiej” Armii Polskiej, która na skutek nacisków Stalina i cichego przyzwolenia Roosevelta i Churchilla nie mogła uczestniczyć w zwycięskiej paradzie, która odbyła się 8 czerwca 1946 w Londynie -> patrz: np. książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 15–18 (rozdział: „Prolog”)]    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...