Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

No i stało się! Jakoś tak się stało, że macie przed oczami książkę zaopatrzoną w najróżniejsze moje, i nie tylko moje przygody. A pierwsza historia na jaką tu natraficie wydarzyła się w naszej Polsce w lutym 1989 roku, czyli wówczas gdy byłem niespełna dwudziestoletnim młodzieńcem. Cóż więcej można tytułem wstępu? - Może to, że w znacznej części dedykuję ten dziennik własnej sklerozie, innymi słowy – temu dziadkowi, którego prawdopodobnie za kilkadziesiąt lat z trudem mnie samemu przyjdzie skojarzyć z kimś, kogo wyśmienicie znało lustro młodości!
To tyle wstępem nikomu niepotrzebnym, a teraz moi drodzy i kochani – skoro już zaczęliście, to dalej popuszczajcie cugli czytelniczej manii!

8 lutego 1989 roku (środa)

W ubiegłą sobotę była impreza z okazji urodzin przyjaciela. Opowiem o tym wieczorze, bo od czegoś trzeba zacząć. Niemniej sobotnie przeżycia były niczym w porównaniu do tego co nastąpiło w niedzielę. A niedziela była tak niesamowita, że chyba każdego zmusiłaby, aby sięgnął po pióro i próbował coś o niej napisać.

Do Wolina, gdzie od niedawna mieszka Bogdan, przyjechałem późnym wieczorem. Kiedy po sprawdzeniu powrotnych pociągów opuszczałem kokon dworca w twarz uderzył mnie nadspodziewanie mroźny powiew. Ku mojej uciesze, on i chrzęst lodu pod stopami gwarantowały, że tego dnia obuwie mi nie przemoknie. Zerkając, to na migoczące gwiazdy, to na okna mijanych budynków, zaś w imieniu dziurawych butów zadowolony z siarczystego mrozu, chyba szybciej niż w tym zdaniu do kropki, dotarłem do bloku Bogdana. Wchodząc usłyszałem dziewczęce chichoty przebijające się z gwaru dochodzącego zza znajomych drzwi. Pomyślałem: „Będzie przyjemnie!”. Jednak pukanie i przyciskanie dzwonka nie odnosiło skutku. Poczułem niepokój. Odwróciłem się, zakreśliłem nerwowe kółko na korytarzu, po czym znów dopadłem dzwonka. I kiedy stwierdziłem, że on nie działa, wówczas z całej siły kopnąłem w drzwi, po czym usłyszałem czyjś głos wyrażający zdziwienie, że ktoś dobija się z zewnątrz.
Nie mija pięć sekund, drzwi w końcu otwierają się i widzę uradowanego solenizanta. Jego rozpostarte skrzydła i uśmiech od ucha do ucha zapraszają do środka. Wręczam Bogdanowi zamówioną przezeń książkę, po czym przystępuję do zapoznawania dziewczyn żywo rozmawiających ze sobą w kuchni, następnie witam się z chłopakami majstrującymi przy półmiskach i szkle w dużym pokoju. Towarzystwo wydaje się być nastawione przyjacielsko. Zresztą nie dziwię się – wyraźnie widzę, że są już dobrze wypici. Pozostaje mi tylko wtopić się w otoczenie. Jednak coś stoi na przeszkodzie. Sklep. – Tak. - Po drodze miałem kupić wódkę, ale jedyny nocny sklep w Wolinie był zamknięty. Tak więc, czuję się nieswojo, że do przybytku kumpla nie wniosłem żadnego trunku, i że muszę doganiać ekipę spijając żałosne resztki... - przedtem oczywiście potrząsać butelkami i sprawdzać czy na ich dnie jeszcze coś chlupocze. Tak..., musiał to być pożałowania godny widok. Miałem taką świadomość i nic nie mogło jej wymazać. Zamiast korzystać z nonszalancji wypitych łyczków i bajerować dziewczyny, ja jak jakiś ochlej włóczyłem się po pomieszczeniach z butelką w ręku. Byłem z wolna przemieszczającym się kretynem. Później z kretyna przeistaczałem się w mimowolnego świadka braku wstrzemięźliwości w dzieleniu się własnymi hormonami rozrodu. Gdybym chciał dalej ciągnąć wątek wieczoru, musiałbym skupić się na scenach erotycznych odbywających się w pomieszczeniach tamtego mieszkania. Jednakże celem opowieści, jak już rzekłem, nie jest orgiastyczny opis sobotnich wydarzeń lecz niedziela. Wspomnę jeszcze tylko o ostatnim zapamiętanym momencie wieczoru. Zdarzyła się rzecz poniekąd dziwna, ponieważ Ja, który najpierw wałęsałem się bez celu, później przez dłuższy czas siedziałem przy stole przysłuchując się rozmowom pełnym chichotów i podszczypywań... nagle, ni stąd, ni zowąd uruchomiłem ręce i waląc pięściami w blat stołu wrzasnąłem: ,,Bądźcie normalni!
Nie trzeba chyba mówić, że zapanowała pewna konsternacja odmalowująca się na nasączonych alkoholem twarzach dodatkową karnacją poszczególnego i uchlanego zdumienia. Konsternacja, Karnacja. Ale pomińmy rymy, bo w momencie kiedy się swym gardłem wydarłem, kiedy pokój za przykładem gardła rozszerzył się na wszystkie możliwe strony – ja poczułem się jak nigdy... - wyobcowany.
Nie wiedząc co robić - a chcąc koniecznie - z całą uwagą uczepiłem się procesu tworzenia śliny, oraz tego, jak podają ją sobie mięśnie gardła, by mogła wpaść w przełyk. Koszmar! Jednak koszmar trwający krótko, ponieważ szybko na pomoc przyszło to coś... - A to Coś - widząc jak przełykam ślinę, widząc niezrozumienie z jakim spotykam się prosząc tych ludzi o normalność, postanowiło najwidoczniej zlitować się i przerwać emisję rzeczywistości. Na moje oczy opadła czarna kurtyna...

Alkohol na Koń, po żyłach - po całym ciele Kornela goń,
przez noc i puszczę tkanek - pędź bez zmysłów i słów...

Tymczasem pijak, tak go nazwijmy może - z konia spada,
i miast spróbować ponownie na wierzchowca wskoczyć
by po wnętrznościach niby po stepach szaleńczo gnać i pędzić
on na podobieństwo drążenia w ziemi robaka
powoli wwierca się w ciało...

Nastała niedziela. Pora tego dnia, w której szare niebo umieszcza swą latarkę tak, by światłem najpierw rozbłękitnić siebie, a później wstąpić do mieszkania Bogdana. W nim porusza się wolniutko, tak jak czyni każdego pięknego dnia, kiedy mając dobre usposobienie przesuwa się z przedmiotu na przedmiot, pozostawiając za sobą ten złocisto-przeźroczysty płaszcz, co jest jak rozkwitający kwiat światła, a właściwie zaklęcie przywracające przedmiotom wczorajszy blask.
W chwili, kiedy leżałem na podłodze, a jakieś ręce wpychały do ust bułkę - słoneczne światło dopadło i mnie, lecz zamiast zewnętrznego rozpromienienia jakie było udziałem przedmiotów... ja poczułem przeszywający ból. Przemożna chęć wyzbycia się go przyczyniała się do otwierania ust i przyjmowania bułki. Dziś, korzystając ze sposobności, chcę wyrazić Bogdanowi podziękowanie za ową interwencję. Gdyby nie on, nie wiedziałbym jak poradzić sobie z tym cholernym kacem.

Do rytuału spotkań z Bogdanem należą próby rozstrzygania najróżniejszych kwestii. - Wówczas zwierzamy się sobie ze swoich życiowych spostrzeżeń. W tą niedzielę było podobnie. Z początku nie gadaliśmy o niczym konkretnym. Jednakże po dwóch godzinach, zaczęliśmy ni stąd ni zowąd zadawać pytania na temat czegoś, o czym dotąd nie rozmawialiśmy, a co dotykało wątku skończoności i nieskończoności wszechświata. Temat nalazł jakoś niechcąco, i nie wiedzieć czemu zaczął narastać. – Wraz upływem kolejnych kwadransów wzmógł się do tego stopnia, że coraz słabiej dochodziła do nas muzyka z adaptera. Ale nie tylko z muzyką zaczęło się coś dziać, bo z nami też - właściwie należy powiedzieć, że zadziewało się w całym mieszkaniu, ponieważ w całym mieszkaniu powietrze poczęło gęstnieć, zestrajając ze sobą wszystko do czego przylgnęło i przywarło. - Można rzec, iż stało się w tym mieszkaniu zaskakujące a podobne orkiestrze zestrojenie, jedność zgęstniałego powietrza i uczłowieczających się przedmiotów. Przedmiotów, które owszem, cały czas były przedmiotami - wszak nie zwariowałem, ale niech mnie licho ściśnie, jeśli nie sprawiały wrażenia jakby już nimi nie chciały być - słowem, jeśli nie chciały wyrwać się ze swej materialnej skóry! Czuliśmy coś takiego! - Także i to, że w nabierającej niesamowitości atmosferze nasze osobne Losy schodzą się w jeden wspólny, który ponadto, czegoś od nas żąda. Chce abyśmy umieścili swoje życie bądź to w skończoności bądź w nieskończoności kosmosu.
Konsekwencją przyjęcia wyzwania była wielogodzinna dyskusja, której czas tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że niczego nie da się przyspieszyć. Żaden rolnik nie posieje i nie zbierze w jednej i tej samej chwili. Takowo, nasze zmagania z początku przybierały postać pokracznych wywodów. Przykładem może być monolog wygłoszony przez Bogdana, który odnosił się do świata skończonego. Przytoczę go zrazu dlatego, że właśnie ten spośród wielu innych był pierwszą jaskółką rodzącego się tragizmu, pierwszym wyraźnym uświadomieniem sobie braku gruntu pod nogami, czyli braku świata, w którym można byłoby spokojnie lub też niespokojnie (w zależności od preferencji) - ale ISTNIEĆ! Bogdan powiedział mniej więcej tak:

Jak jest możliwe, żeby wszechświat był skończony? - Załóżmy, że postawimy kreskę, która koniec jego będzie oznaczać. - A co dalej? - Przecież logika mówi, że zawsze jest coś dalej - niechby przynajmniej próżnia! Ale próżnia odpada, gdyż i ona musiałaby zawierać się w jakiejś przestrzeni. A w ogóle, czy nie wydaje Ci się, iż pozbawienie Czegoś jego przestrzeni, byłoby jednocześnie pozostawieniem ,,jakiejś przestrzeni dla Czegoś innego? - I gdybyśmy odebrali ją Kosmosowi, to czy nie pozostawimy czegoś na jej podobieństwo. A jeżeli tak, to czy nie należałoby w takim razie poszerzyć owe pojęcie przestrzeni by lepiej wyrażało rzeczywistość?

- Po tego typu następujących po sobie przemowach wyrażających generalnie bezsilność, daliśmy sobie spokój z wersją, że świat jest gdzieś skończony.
Natomiast ze wszechświatem nieskończonym, poszło dużo łatwiej. Uznaliśmy go za nie do wyobrażenia przede wszystkim dlatego, że wiedzieliśmy, iż człowiek ma upodobanie do zaznaczania końca wszelakich rzeczy. Do tego stopnia, że gdy znane nam rzeczy próbują nas absorbować, kiedy walą się nam na głowę – wówczas my i tak nad rzeczą w chwili obecnej najbardziej nas zajmującą stawiamy mniejszą lub większą kropkę nad ,,i". - Homo Sapiens czuje ciągłą konieczność ustosunkowywania się wobec jakichś treści. Albo jest "za" albo "przeciw", rzadko mówi "nie wiem".
Tak więc, oba oblicza sklepienia niebieskiego, które na przemian pakowano nam do głów, a w które nie mieliśmy okazji zagłębiać się - teraz odrzuciliśmy jako teorie przerastające intelektualne możliwości pojmowania przez zwykłego, przeciętnego człowieka.
Kolejny już raz oczami wyobraźni zapuściłem się jakoby w sen, w którym to doszliśmy z Bogdanem do zarośniętego bluszczem sklepu gdzie prócz antyków i innych rupieci nasi nauczyciele kupują jeszcze zwietrzałe teorie:

Sprzedawca śpi. W miejscu gdzie stoję i skąd widzę jego wyciągnięte nogi, z sufitu między nie wyłuskanym groszkiem a bukietem kocanek zwisa coś co imituje kometę, lecz jest dzwonkiem, na którego dźwięk brodaty mężczyzna, jak się okazuje jest niezwykle wyczulony. Rozdzwaniam nim przestrzeń, na co brodacz mozolnie aczkolwiek bez ociągania się wstaje, i nie odpowiadając na uprzejme powitanie, równie leniwie jak podnosi swoje sto kilo, wyciąga teraz ręce po tkwiące za moją pazuchą teorie. I choć najwyraźniej widzę, że nie oczekuje z naszej strony żadnych wyjaśnień, to jednak z racji jakiegoś imperatywu ożywienia jego znudzonej miny postanawiam mu wytłumaczyć, iż teorie będące w naszym posiadaniu są zbyt wyabstrahowane. W tym celu wypowiadam około sześciu zdań, z których cztery w sposób apatyczny i bez cienia wskazującego na zrozumienie zostają powtórzone przez samego sprzedawcę. Myślę sobie, że to jakiś trup - wielkie, chodzące cielsko trupa. Z kolei powyższa myśl wzbudza we mnie agresję, toteż odwracając się ku wyjściu oświadczam, że jak chce to może sprzedawać te rzeczy jakimś pieprzonym frajerom – ale nie nam.

Sen na jawie umyka tak szybko jak się pojawił, zostawiając z pozoru absurdalne pytanie: Czyżby istnienie tego świata było niemożliwe? Lecz zanim uczciwie sobie na to odpowiedzieliśmy, musieliśmy dokonać jeszcze wielu pokrętnych dedukcji, których przytoczenia oszczędzę wam. Powiem jedynie, że pierwszym, bodaj siedmiomilowym krokiem - już pozwalającym zobaczyć ścieżkę, po której chcieliśmy kroczyć dalej, było pojawienie się myśli, że skoro odrzucamy przyjęte wersje wszechświata, to w zasadzie nie znaczy to nic innego, jak tylko to, że odrzucamy możliwość istnienia przestrzeni. I po krótkim o tym rozmyślaniu stało się dla nas jasne, iż przestrzeni zwyczajnie nie ma.

Bogdan: No dobra, nie ma przestrzeni. A materia? Przecież materia zawsze
zajmuje pewien obszar przestrzeni, czyż nie?
Ja: No tak!
Bogdan: Więc co, więc jej też nie ma?
Ja: Nie ma. - Nie ma materii, ponieważ nie może być jej w świecie w którym
nie ma przestrzeni.

Nie zapomnę jak rosła w nas gorączka zrodzona ze świadomości, że prowadzimy dyskusję nieprzewidywalną co do konsekwencji – dyskusja, która może przez wiele miesięcy rodzić owoce, a następnie zrzucać je niczym dojrzałe jabłka na trawiastą, ledwie dwudziestoletnią zieloność naszych umysłów.
W końcu dom Bogdana, a właściwie mieszkanie jego matki stało się naocznym świadkiem jednego wielkiego biegania, podczas którego nasze gardła wykrzykiwały: ,,Nie ma materii! Nie ma przestrzeni!

Wreszcie Bogdan przystanął, spojrzał na mnie ze strachem w oczach i spytał:

- A czas? Do cholery, co z czasem? - Czyżby i jego nie było?
- Przyjacielu - rzekłem po chwili, ale dysząc jeszcze
- Przecież czas przede wszystkim odnosi się do przestrzeni, jest jak gdyby relacją materii z przestrzenią. - Czyli jego też nie ma! Pomyśl! - Skoro ich nie ma, to nie ma prawa zaistnieć coś, co nazywamy odczuciem upływu czasu!

- Ta krótka wymiana zdań spowodowała ostateczną zmianę formuły krzyku, odtąd zamiast wykrzykiwać: nie ma materii, nie ma przestrzeni, krzyczeliśmy: ,,Nic nie ma! - świat nie istnieje!". - I to już nie była gorączka, to było istne szaleństwo! Pamiętam, że ani na chwilę myśli nie wyrywały się do domu, czy choćby aktualnie upatrzonej. Również nikt nie spoglądał na zegarek. Czas nie istniał, i z każdą chwilą nie istniał coraz dosłowniej. Bogdan jak przystało na posiadacza czujnego umysłu; z punktu widzenia dopiero co stwierdzonego: NIC NIE MA - rzekł po chwili:

- Coś jest do cholery! - Widać przecież, że coś jest!
- To wrażenie, że jest - powiedziałem, i naraz złapałem się za słowo, bo czułem, że nie Ja je wypowiedziałem, tylko jakiś przybysz to rzekł ustami moimi - jakby filozofii profesor, co to przypadkiem do nas wstąpił, a skoro wstąpił, to przy okazji potrzebnym słowem wsparł.
- wykrzyczałem: Właśnie - Wrażenie. To jest Bóg! Wrażenie jest Bogiem!

Złapał się tego również Bogdan; mówiła o tym jego rozdziawiona gęba. A patrząc się na rozdziawioną gębę ja kontynuuję:

- Nic nie ma. - Jest tylko Bóg. - Bóg, który jest wrażeniem. Jest tylko jedna Chwila: ,,Teraz", Chwila - Wrażenie, Chwila - Wieczność. Ale wieczność nie zajmująca najmniejszej przestrzeni, ani też najmniejszego ułamka czasu. Wszelki czas przeszły jest nierealny - co więcej - niebyły, gdyż jest tylko wrażeniem obecnej chwili ,,Teraz". - Słuchaj przyjacielu - mówię dalej. - Jeśli, to co ci nawijam jest prawdą, to jeden z wypływających stąd wniosków jest dla nas cholernie ciekawy, ponieważ dotyka nas nie inaczej jak fizycznie. - Otóż, My nie istniejemy! - Nie istniejemy, gdyż jesteśmy tylko częścią owego Wrażenia!

Po dłuższej zadumie, oczy Bogdana zabłysnęły zrozumieniem. Ale, by potwierdzić sobie słuszność takiego kompleksowego wyjaśnienia, Bogdan ponownie przytrzymał w bezruchu swoje wytrzeszczone gały - i... i... - Sprawdzał. Upewniał się, czy aby przypadkiem Kiełbowicz nie zrobił logicznego błędu, czy aby nadto się nie zagalopował, po czym z gał ponownie zrobiły się oczy, które zabłysnęły tak rzadko spotykanym u ludzi światłem przeczyszczonego umysłu.

,,ZROZUMIENIE ŚWIATA" cisnęło nas w głębie foteli abyśmy w całkowitym znieruchomieniu mogli raczyć się WRAŻENIEM. - Za moment każdy z nas był tym absolutnym Bogiem. - Bogiem zdającym sobie sprawę nie tylko z całkowitej nierealności tego co zobaczone, ale także z nierealności usłyszanego, odczutego, pomyślanego czy wyobrażonego. Ta cudowna chwila trwała ze dwie, trzy godziny - trudno określić. W każdym razie kiedy tym przepływającym, wiecznie teraźniejszym deszczem wrażeń nasyciliśmy się dosyć, wówczas pozwoliliśmy by popłynął z naszych głów zrazu malusieńki strumyczek, następnie rzeczka..., a w końcu wielka rzeka PRZECHWAŁEK. A przechwalaliśmy się, ponieważ zdawaliśmy sobie sprawę, jak wielu filozofów przez wieki próbowało wziąć za rogi, poskromić, i wreszcie zamknąć w systemie filozoficznym tego rozjuszonego byka jakim jest nasz świat - i że nigdy im się to nie udało, gdyż zawsze w klatkach dla tego zwierza, brakowało bodaj ostatniego pręta, który możliwość wymknięcia się przekreśliłby definitywnie. Nagle dziś - Ja i Bogdan dajemy ludzkości system całkowicie zamknięty, klatkę dla byka jak się patrzy, i co najważniejsze - własnej roboty!!
Nie zapomnę chichotu Bogdana, że siedząc z nogami nie zaopatrzonymi w skarpetki pokonał 20 tomów Lenina, dzieło Kanta, a nawet Chrześcijaństwo, że dokonał wielkiego czynu bez najmniejszego poszanowania autorytetów. - W tym miejscu, wszystkich, zdolnych do wywołania w sobie zgorszenia stosunkiem Bogdana do budowniczych europejskiej cywilizacji - śpieszę zapewniać, że rzecz miałaby się z pewnością inaczej, gdyby Bogdan wiedział wcześniej jak wielkiego dokonamy odkrycia, że z pewnością zrobiłby wszystko, aby na tę okoliczność okrywały nas przyzwoite garnitury. Ale nie zrobił tego, bo nie wiedział..., bo skąd miał wiedzieć...? - Skąd, człowiek może wiedzieć co pomyśli za dni kilka, kiedy nie wie nawet co pomyśli za sekundę, ba - za ułamek sekundy?!

Dalsza część wieczoru była już rodem z piekła. Po jakiejś godzinie po raz kolejny zapanowało znieruchomienie podczas którego znów zapadnięci byliśmy we "wrażeniu". Kto wie, czy te dziecinne przechwałki bezczelnie żartujące sobie z Kanta, Kartezjusza czy Hegla po prostu Lucyfera nie wywołały.
- Otóż chcę opowiedzieć następną historię, której wielu z was odmówi prawdy. Jednak niedowiarkom wybaczam - gdyż, przyznaję, iż sam bym nie uwierzył gdybym jej na własnej skórze nie odczuł. Lecz kto w ufność bogaty, niech swych oczu nie szczędzi. Co więcej, czytelniku, jeśli masz podobne doświadczenia, a do tego znasz możliwą przyczynę zjawiska, tedy już teraz czuj się poproszonym o pakowanie walizek i przyjechanie do dwóch głupców w celu ich oświecenia:
Otóż siedzieliśmy po przeciwległych końcach wielkiego pokoju ze spojrzeniami skierowanymi w swoją stronę. Dlaczego na siebie patrzyliśmy? - Nie wiem, i proszę abyście nie pytali o drobiazgi. Ważne jest co innego. - W którymś momencie patrzenia na Bogdana stwierdziłem, że coś jest nie tak... - coś się zmienia..., zaczynam widzieć nie to, nie to... – jestem w czymś innym... - w czymś! W miejscu twarzy przyjaciela zobaczyłem twarz obcego, czterdziestoletniego mężczyzny. Jedynym pocieszeniem, jeśli w ogóle o jakimś pocieszeniu można tu mówić - było to, że ten mężczyzna przyglądając się mi, wydawał się równie przestraszonym jak ja. Mimo to, lęku jakiego doznałem nie jestem w stanie opisać, i miast opisu posłużę się waszą wyobraźnią.
- Spróbujcie wyobrazić sobie, że znajdujecie się w pokoju z najbliższą osobą, że panuje przyjacielska atmosfera, że tak mijają dwie godziny i nagle, bez żadnych wcześniejszych symptomów ta osoba znika na rzecz kogoś obcego, takiego czterdziestoletniego intruza. - Ja to przeżyłem! Byłem w tak wielkim szoku, że i dzisiaj nie znajduję słów mogących to dobrze zrelacjonować. Nawet nie jestem w stanie powiedzieć czy nogi mi drżały, czy też odwrotnie -zesztywniały. - Czy serce waliło, czy zamarło. - Wszystko działo się zbyt szybko. W pamięci pozostał jedynie zarys tamtej chwili. - Pokój zaczął się chwiać, jakby nie był pokojem lecz kajutą jachtu w trakcie sztormu. Powietrze gęste, tworzące jakby przeźroczystą gąbkę próbującą przeszkadzać w widzeniu przedmiotów. Na domiar, ta przeźroczysta galareta wraz z przedmiotami i z zawartą w niej obcą personą - pulsowała. Niczym fantastyczny żyjący organ stawała się większa, to znów zmniejszała się, by za chwilę znowu powrócić do formatu największego! Ale to wszystko działo się w ułamkach sekund. Później był już tylko moment, powrotu do normalnego widzenia, powtórnie opatrzonego obrazem Bogdana. Stało się to dokładnie wtedy, kiedy w wielkim przerażeniu zerwał się z wersalki i wydobywając z siebie chorobliwy bełkot zaczął biegać po mieszkaniu,. Może się wydać komuś dziwnym, lecz to jego bieganie, nienormalne zachowywanie się zaczęło mnie uspokajać, bo pozwalało przypuszczać, że w przeżyciach nie jestem odosobniony. Pomyślałem, że ujrzenie obcego faceta, nie było wynikiem gwałtu dokonanego przez irracjonalny świat na moim umyśle - lecz, że taka była obiektywna rzeczywistość. To rosnące przeświadczenie pomagało mi w uspokajaniu przyjaciela, który wyrywając się mamrotał, by nie robić mu krzywdy. Przywrócenie Bogdana do stanu jako takiej psychicznej równowagi trwało długo. Kiedy jednak uspokoił się na tyle, by móc skupić się na moim palcu, a potem wypowiedzieć swoje nazwisko - zacząłem rychło badać całą rzecz od jego strony.
Relacja Bogdana potwierdziła moje przypuszczenie chwilowego sfiksowania rzeczywistości obiektywnej. On w momencie kiedy ja zobaczyłem czterdziestoletniego faceta, ujrzał odrażającego starca robiącego w jego kierunku przerażające miny. Na domiar złego ohydnemu dziadowi siedzącemu na moim miejscu w sposób zastraszająco szybki rosły włosy. Wyglądało to tak, jakby z czaszki wylęgały się długie białe robaki, które potem niczym węże zsuwały się w dół po ramieniu.
Nie mogliśmy dłużej pozostać w tym mieszkaniu. Nastrój był potworniejszy niż ten jaki odczuwałem po obejrzeniu horroru będąc dzieckiem. Czmychnęliśmy. Dopiero po jakiejś godzinie nieśmiało pojawiliśmy się z powrotem, i to tylko dlatego, że na dworze panował straszny ziąb. Wypiliśmy gorącą herbatę i postanowiliśmy spróbować usnąć. Wstaliśmy około południa. Byliśmy niewyspani i kompletnie ogłupieni. - Śmiejąc się, jak gdyby miniona noc była tylko snem - kłóciliśmy się co powinniśmy bardziej przeżywać, czy odkrytą przez nas filozofię, czy diabelskie wydarzenie.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



czyli co Ci się nie podoba? układ linijek, czcionka? ech... :/

A ja będę bronić trochę. Co prawda też nie doczytałam, bo męczą te dywagacje o wszechświecie, za dużo ich i są kompletnie niezrozumiałe (poza tym ja mało co na tym portalu doczytałam do końca, z różnych względów, dlatego też mało komentuję), ale bardzo podoba mi się styl. Właściwie uważam, że nie doczytawszy do końca tylko na ten temat mogę się wypowiedzieć. Styl jest bardzo gładki, miło się czyta, tylko treść trochę przeszkadza ;) moja rada: zrezygnować z całej tej zawiłej filozofii, napisać tym stylem jakąś ciekawą opowieść, wprowadzić więcej akcji, dynamiki, może więcej humoru. Styl jest fajny. Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Dziwnie - nie doczytałaś do końca (czemu?) męczą Cię dywagacje, które jak napisałaś są niezrozumiałe, a jednak piszesz że miło się czyta choć treść przeszkadza. Jakaś straszna ambiwalencja. U mnie ten tekst nie budzi dwuznacznych emocji. Oczywiście - nie odbieram ci prawa do własnego zdania i nie staram się narzucić swego. Sygnalizuję tylko, że w twój tok rozumowania jest nieco niekonsekwentny.


Autorze - jak chcesz przekonać mnie - początkującego pisarza, a przede wszystkim czytelnika, że Twój tekst jest godny uwagi? Wybacz, ale czytając poszczególne części bardzo się nudziłem. Zważywszy na fakt, iż w historii literatury powstało wiele doskonałych dzienników (Gombrowicz, Konwicki, Lem czy Topor to pierwsze lepsze przykłady), to poprzeczka zawieszona została wysoko. Przy szóstej części chciałem już żebyś był chociaż epigonem Gombro, a tu niestety nie udało się. Język poprawny, składnia zdań nie budzi raczej zastrzeżeń, jednak brak perełek. Brak frapujących przemyśleń i poglądów, które zmusiłyby do dyskusji (te filozoficzne dywagacje wzbudzają raczej odruch wymiotny i odstraszają od literatury pięknej; mam wrażenie jakbyś topił się we własnym sosie)

Jeżeli ktoś zabiera się do pisania dziennika, to musi mieć coś ciekawego do zaprezentowania albo jest znaną osobą i liczy zbicie kasy na swym dziele. Czy Don Cornellos jest sławny? Jeśli tak, to jego życiowe perypetie nie są jakieś niezwykłe.

Myślałem na początku tak – Don Cornellos to znany dziennikarz po czterdziestce, który skrył się za pseudonimem, po to by spisać dziennik zawierający kompromitujące dla ważnych w tym kraju person fakty. Błąd! To może jest to człowiek zamierzający wywołać jakiś skandal obyczajowy? Nie. Wierzyłem, że będziesz jak Salman Rushdie jak Monika Levinsky…. Jak Bridget Jones(?) ;)… to po pierwsze

Po drugie – napisałeś w jakimś komentarzu, że nosisz się z zamiarem wydrukowania dziennika. Podziwiam upór i cieszę się, iż znalazł się ktoś, kto opublikuje Twój tekst. Ja jednak go nie kupię.

Nazwałeś tekst „Dziennik nieco rubaszny”. Jakoś mało tej rubaszności. Wspomniałeś o scenach erotycznych. Czekam. Może one mnie jakoś zainteresują.

Nie biorę się za wytykanie błędów. Nie czuję się na siłach, bo przebrnięcie przez ten tekst, to byłaby dla mnie straszna mordęga.

Przemyśl sobie dokładnie koncepcję tego tekstu. Ujędrnij język. Przywal czymś. Jeśli wywody filozoficzne mają brzmieć jak ględzenie dwóch facetów przy wódce o sprawach, o których wydaje im się że mają pojęcie, to lepiej sobie odpuścić takie coś. Nic nowego takim wydziwianiem nie wniesiesz, a rezygnując z tych niekorzystnych dla twego tekstu zabiegów może przydasz sobie nowych czytelników.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Dziwnie - nie doczytałaś do końca (czemu?) męczą Cię dywagacje, które jak napisałaś są niezrozumiałe, a jednak piszesz że miło się czyta choć treść przeszkadza. Jakaś straszna ambiwalencja. U mnie ten tekst nie budzi dwuznacznych emocji. Oczywiście - nie odbieram ci prawa do własnego zdania i nie staram się narzucić swego. Sygnalizuję tylko, że w twój tok rozumowania jest nieco niekonsekwentny.



Spieszę z wyjaśnieniem :)

Napisałam, że styl mi się podoba. Miło sie czyta ze względu na styl, bo jest ciekawy, ale przeszkadza mi to, że treść jest taka strasznie filozoficzna. Gdyby autor opisał wydarzenia: imprezę, kaca, poranną wycieczkę po kefir, cokolwiek, czytałoby mi się zapewne bardzo dobrze i dokończyłabym. W tej sytuacji, żeby zrozumieć, o co chodzi z tymi koncepcjami nie-istnienia przestrzeni i materii, musiałabym jeden akapit czytać trzy razy, a to jest męczące. Nie wiem, może źle do tego podchodzę, może nie należy rozumieć tych fragmentów? Ale to jest dopiero dziwne. Styl jest bardzo interesujący i taki styl bardzo miło się czyta. Czy teraz nieco jaśniej? Mam nadzieję :)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Nie chodzi o to czy jaśniej czy ciemniej, tylko o konsekwencje w wypowiedzi, teraz bardziej sprecyzowałaś. Ja też dołączam się do twej opinii, że treść nudzi. Mnie jednak również styl nie poniósł. Resztę uwag napisałem wyżej. Czekam na odpowiedź autora.
Opublikowano

:) więc trzeba było napisac taki tekst, żeby poprawianie go było przyjemnością, żeby Cię nakręcało...
Jeśli Ty się przy nim tak męczyłeś, to pomyśl sobie co myśmy musieli czuc, gdy brneliśmy przez niego, w pocie czoła doszukując się jakiego milego akcentu, czegoś co było by na plus (tu akurat wypowiadam się we własnym imieniu), jakiego pozytywa...
A tu nic.. lipa straszna jak dla mnie.
Mimo to pozdrawiam serdecznie i życzę sukcesów.
M.

Opublikowano

1) Do pierwszych komentarzy Oxymorona i Krwawej-Mary nie mam zastrzeżeń. Dla mnie również poczucie nudy i męki to jedne z najważniejszych kryteriów subiektywnej oceny tekstu.

2) Komentarz Olesi natomiast jest albo wyrazem bardzo osobliwego poczucia humoru albo po prostu świadectwem totalnej głupoty i arogancji.

3) Brygida, ja również mało co doczytałem na tym portalu do końca. To wynika z wielu uwarunkowań, przede wszystkim chyba ze specyfiki internetowych portali literackich, gdzie utwory grafomańskie znajdują się na jednej półce razem z utworami rzeczywiście wartymi poczytania . Mimo tego, że dołączyłaś się do opini, że treść męczy - śmiem wierzyć, iż w formie papierowej część pierwszą mojego dziennika przeczytałabyś do końca. Cieszę się, że styl ci się podoba, a co do treści - cóż, każdy je pisze takie jakie chce.

4) Krwawa-Mary w drugim swoim komentarzu pisze, iż ma wrażenie, że autora śmieszy to co pisze - gdy tymczasem u niej pojawia się grymas na buzi. Potwierdzam, lubię pisać tak by samemu mieć z tego ubaw. Myślę, że takie podejście jest nie tylko zdrowe, ale wręcz pożądane. Inna sprawa, to różne u ludzi poczucie humoru. To co jednych bawi, może nudzić drugich - i na odwrót. Dla przykładu, wielu z moich znajomych zaśmiewa się oglądając film Bareji pt. "Miś" - gdy mnie dużo bardziej odpowiada humorystyka typu "Przystanek Alaska".
Niby oba filmy są nieco surrealistyczne, a jednak rządzi tam zupełnie różne poczucie humoru.

5) Sanestis natomiast zarzuca tekstowi brak frapujących przemyśleń i poglądów, które zmusiłyby do dyskusji. Według niego filozoficzne dewegacje w tekście wzbudzają raczej odruch wymiotny i odstraszają od literatury pięknej. W powyższym tekście dwaj chłopacy, posługując się logiką dostępną większości ludziom - dochodzą do wniosku, że przestrzeń, czas, i materia nie istnieją. A skoro te elementy nie istnieją, wywnioskowali, że Świata nie ma. Wszystko co widoczne i odczuwalne nazwali wrażeniem, które było dla nich tożsame z Bogiem i wiecznością będącą jedną chwilą.
Albo Sanestis pozjadał wszystkie rozumy, albo Sanestis nie wie, że na te tematy filozofowie dyskutują od tysięcy lat - również dzisiaj. Sanestis gdyby poczytał trochę więcej o Buddyzmie, zobaczyłby, że kosmologia buddyjska jest bardzo podobna do filozofii wrażenia, jaką stworzyli bohaterowie tekstu.
Sanestis zaraz się wścieknie i powie, że to już było... czy, że buddyzm trwa od tysięcy lat, więc po co ja o tym w dzienniku.
Ano Panie Sanestis, niech pan sobie wyobrazi, że ci chłopcy, o których piszę w tekście nie mieli zielonego pojęcia, ani o buddyzmie ani o innych teoriach, gdzie mówiłoby się o tym, że świat nie istnieje. Dla nich powyższe odkrycie jest przewróceniem ich świata do góry nogami. Stąd jest późniejsze topienie się bohatera we własnym filozoficznym sosie. Nie może być inaczej. Pan - panie Sanestis jesteś mądrym gościem, i pewnie coś kiedyś z filozofii wyczytał i może sobie przyswoił - oni natomiast nie mając żadnej wiedzy nagle uświadomili sobie, że świat nie istnieje. To wielka różnica. Myślę, że taką historię warto opisać. Chciałeś pan, żebym był chociaż epigonem Gombra? Nie chcę być niczyim epigonem, ale w moim tekście jest poniekąd próba spełnienia jednego z postulatów Gombrowicza, tego, by zajmować się ludzką niedojrzałością.
Mówisz pan jeszcze o ujędrnieniu języka, i przywaleniu czymś. Co do ujędrnienia, to sprawa stylu, który trudno zmienić z dnia na dzień. Jeśli chodzi o przywalenie, to moim zdaniem jest ono w ostatniej części powyższego tekstu, kiedy obaj chłopcy zmieniają się w potworów. Największe jednak przywalenie brzmi, że to nie fikcja literacka, lecz próba opisania rzeczywistych wydarzeń tamtego dnia. Sam się teraz zastanów, czy byś nie próbował tego opisać. Inna sprawa, to talent by temu podołać - albo się go ma w wystarczającej ilości albo nie. Moim zdaniem powyższa historia jest niesamowita, widocznie Panie Sanestis brakuje mi pisarskich umiejętności by zainteresować nią czytelników.

6) Pomimo odpowiedzi jakiej udzieliłem Sanestisowi, biorę sobie do serca wasze opinie, że tekst jest męczący i zbyt rozwlekły. Na pewno jeszcze będę nad nim pracował, ale będzie to polegało bardziej na skracaniu zdań niż przetrąceniu mu kręgosłupa.

Wszystkich Pozdrawiam, nawet Olesię - której nie widziałem, ale wiem, że jest brzydka :))

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




I każdy czyta te, które go zainteresują. Nie przesądzam o tym, czego nie czytałam; nie wątpię, że kolejne części dziennika (lub nawet to, co działo się po wywodach filozoficznych w tej pierwszej części) mogą być wartościowe i ciekawe. Ja w ogóle generalnie jestem na tak. Pozdrawiam :)
  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Tak, znam sie nieco na filozofii buddyjskiej (pewnie słabiej od autora) ale ową filozofię łykam jak pyszne ciasteczka a dziennika nie mogę strawić - ot taka różnica. Chciałbym dodać, że mój odbiór rubasznych treści jest ściśle subiektywny (nie uważam się za eksperta w dziedzinie literatury). Chciałem tylko zaznaczyć, że mnie nie przekonuje tego typu pisarstwo (dodatkowo w wydaniu pewnie książkowym). Sanestis swoje zarzuty podtrzymuje i nie chce wnikać dodatkowo w wywód don cornellosa, gdyż ma wakacje i nie chce mu się pisać kolejnego elaboratu. Tak więc pozdrawia autora i dziękuje za odpowiedź.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Z pamiętnika bezdomnego             Posłuchaj, niebo, posłuchaj: oto Twój syn, bezdomny, niepełnosprawny - niesłyszący, jednak: myślący, słuchaj, niebo, słuchaj - uważnie: główna przyczyna Jego dramatycznego losu leży w chorym systemie państwowym - Archiwum Akt Nowych (różne grupy wpływu - towarzystwa wzajemnej adoracji), wcześniej: jako legalny pracownik Zakładu Pracy Chronionej - funkcjonował On normalnie, potem: przez głęboko zakonspirowanego tchórza z jakże rudą brodą (teraz - białą) - stracił On kolegów, znajomych i przyjaciół, wtedy zorganizował sobie intelektualne życie w domowym zaciszu - zrównoważone, stabilne i opanowane, rozwijał osobiste zainteresowania - poezję, filozofię, aforyzmy, krytykę i recenzje, słuchaj, niebo, słuchaj - uważnie: pokonał On państwo, została wtedy uruchomiona intryga - szyta grubymi nićmi przez miasto stołeczne Warszawę, ona: prezydentka - była pracownica angielskiego banku - użyła swoich wpływów w Ministerstwie Finansów, Związku Banków Polskich i Ministerstwie Sprawiedliwości - narzędziem była administracja spółdzielcza, opieka społeczna i służby specjalne, miał On być pożyczkowym słupem - zlikwidowanym, adwokatka na Centralnej dostała polecenie z góry: Jego dokumenty należy wrzucić do niszczarki, a Jego samego należy wyrzucić na Dworzec Centralny - dożywotne odszkodowanie za utratę słuchu należy przelać na tajne konto Alior Banku (posiadam formalne dowody), była to próba ukradzenia Jego tożsamości z PESEL-em, niestety: On zawsze uprzedza fakty, które dopiero mają nastąpić, jest On zapobiegliwy - przewidujący, przekorny i przenikliwy, nadal żyje, posiwiał (36 lat) - napisał już testament, On doskonale wie, że nie wygra z nimi: walczy na miarę swoich możliwości, On nie odczuwa jakiegokolwiek strachu - gardzi nimi, On nigdy w życiu nie pęknie - posiada rogatą duszę, tak więc: związek przyczynowo-skutkowy wygląda w sposób następujący, jakby inaczej: kościół, rodzina, archiwum, samorząd, komornik, policja, opieka, skarbówka i lichwa - bankierzy, posłuchaj, niebo, posłuchaj: oto Twój syn, bezdomny...           Co mam jeszcze zrobić? Pracować? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Wziąć ślub kościelny? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Uznać bezprawny wyrok sądu najwyższego? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Wszystkich naokoło słuchać i przepraszać i szanować? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Codziennie kupować kobietom kwiaty? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Udawać osobę słyszącą? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznawać wszystkim rację? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Kochać wielkie pieniądze? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Mam zrobić prawo jazdy? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Zrezygnować z własnych poglądów życiowych - doświadczenia? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Milczeć? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Uznawać wyższość głupoty nad mądrością? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznać, że jestem cwanym złodziejem? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznać, że jestem osobą karaną? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznać, że jestem lekomanem i alkoholikiem i narkomanem? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznać, że mam długi finansowe? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznać, że jestem chory psychicznie? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznać, że jestem ojcem nieznanego mi dziecka? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznać, że jestem odpowiedzialny za tą Kurwę - Polskę!!!? Potem: chodzić wesoły i zadowolony i miły!!!? Jak najbardziej porządku - zgoda, pamiętajcie: robiąc coś wbrew własnej woli - jestem wtedy smutny i zrezygnowany i obojętny, moje ciało i umysł i dusza odrzuci tzw: narodową integrację społeczną, tak po prostu reaguje mój organizm - instynkt, więc: zgoda!!!?           Oto ten to: wielki Szymon Maler lub Miler, to tak zwany: opiekun, wychowawca i taki jaki - ważniak, a jego zewnętrzny wygląd: głowa - paskudnie podgolony mop, ciemne okulary - kokaina niszczy wzrok, kuleje - strzykawki, zęby - żółtawe i broda - żydowski krasnal, psikutas na krótkiej smyczy psów i jak mówi, to: wydziela gówno i pluje śliną - miałem odruchy wymiotowania, matkojebca - lubi poniżać takich jak ja, śmieć - jego ciuchy służą mu za maskę ochronną, ukrywa podziurawione ciało od narkotyzowania własnego życia, teraz: z bagna awansował i wszyscy muszą słuchać jego bełkotliwego wycia - obrzydliwej gęby.           Wczoraj padał obfity deszcz, podwórko schroniska zostało zalane do głębokości kostki stopowej, a za bramą kompletne bagno, on do mnie wrzaskiem:   - Śmiecie z kuchni do śmietnika lub natychmiastowa wyprowadzka!             Wybrałem to drugie, nie będzie moralny śmieć łamał mi moralnego kręgosłupa - gnoił i poniżał i gnębił i jeszcze ty, panie Sławku, kucharczyku - z takimi wielkimi oczami jak zboczeniec: lubisz temu śmieciowi obciągać, przecież: już dwa razy mnie bezpodstawnie zakapowałeś, a za pana Romana siedziałeś cicho na tchórzliwej dupie, bo on był po mojej stronie? I co mi zrobicie, obywatele trzeciego świata, złożycie pozew do najwyższego sądu rzeczypospolitej o obrazę godności osobistej? Najpierw: czy w ogóle ją macie - wartość i godność i wolność? Wy!?           Kim tak naprawdę jestem - ja? Byłym pracownikiem Archiwum Akt Nowych - miałem tutaj kontakt z Krzysztofem Naimskim, a w tym czasie jego ojciec był członkiem Biura Bezpieczeństwa Narodowego przy prezydencie Lechu Kaczyńskim, mogłem powyższą znajomość wykorzystać w osobistych celach życiowych, jednak: nie zrobiłem tego - nie akceptuję rodzinnego nepotyzmu na każdym szczeblu władzy państwowej, samorządowej i kościelnej, ukończyłem również kurs archiwalno-kancelaryjny pierwszego stopnia z dobrą oceną, więc: posiadam upoważnienie do wglądu niejawnych dokumentów państwowych, samorządowych i kościelnych - duplikat, oryginał został mi ukradziony, tak: obowiązuje mnie do końca życia tajemnica służbowa nawet jako osobę prywatną, dalej: każdy zainteresowany może sprawdzić dostępny życiorys Piotra Naimskiego, jasne: mam zamiar wysłać podanie o pracę finansową do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego po otrzymaniu należnego lokalu, teraz już wiecie, jestem mocno odporny na każdą intrygę miłosną, werbunkową i hakową. Kim tak naprawdę jestem - ja? Osobą aktualnie bezdomną, niepełnosprawną - niesłyszącą, jednak: myślącą...           Prowokatorzy polityczni posiadają parasol - ochronny, ludziom myślącym wmawiają - paranoję, tak: nie przyjmują merytorycznych argumentów, jęczą: tobie nic nie można powiedzieć, przeciwnie, powiedzieć - można, jednak: wpłynąć na mnie - nie można, inaczej: przejąć nade mną kontrolę w celu kształtowania mi osobistego życia, dalej: wmawiać mi różne pierdoły - nie można, ostrzeżenie: pierwsze poczucie winy i psychologia wstydu i drugie poczucie winy - jest charakterystyczne dla każdej monoteistycznej sekty: judaizmu, chrześcijaństwa i islamu - nie można mnie zwerbować, ogłupić i nawrócić.           A oto ofiara terroru politycznego - cielesnego i umysłowego i duchowego - niewiarygodnie wtórnych analfabetów: biurokratów, a tak poważnie - oni: cały czas stosują wobec mnie przemoc psychiczną (nękanie, plotkowanie, znęcanie, wyśmiewanie i okłamywanie, także: ciągłe odwlekanie mojej sprawy - odkładanie formalnych dokumentów na archiwalną półkę urzędniczą, również: robienie nieprzyjemnych złośliwości), więc: co ma robić w tej sytuacji zdrowy, silny i mądry człowiek? Po prostu nic - zaczyna pić, a oni: patrzcie, oto to ten pijak... Tak, ostatnio jestem pijakiem, a jakie ma wyjście motyl wśród stada much, które lecą do każdego gówna?           I dostałem niezły spadek: moja ukochana babcia w testamencie przekazała mi ponad milion polskich złotych, potem: zrobiłem dobry interes - kupiłem cztery mieszkania w największym mieście polskim, płacę comiesięczny czynsz: pięćset polskich złotych za sześćdziesiąt metrów kwadratowych, moja mamusia jest komornikiem, mój tatuś jest radcą, mój wujek jest policjantem i dodam jeszcze dziadka - jest on sędzią, ładnie poprosiłem ukochaną rodzinę o dobrowolną pomoc wolnorynkową - mieszkaniową, kochani: potrzebuję dziesięciu ludzi bezdomnych, aby wynajmować im moje drogie lokale - czterdzieści metrów kwadratowych za tysiąc polskich złotych, pięćdziesiąt metrów kwadratowych za tysiąc pięćset polskich złotych i sześćdziesiąt metrów kwadratowych za dwa tysiące polskich złotych, więc: pomożecie? Tak, synku, pomożemy - powyrzucamy niewinnych obywateli: nieźle będziesz zarabiał...           W dzisiejszych czasach człowiek jest bezwzględnie wykorzystywany jako zniewolony przedmiot gospodarczy: jego ciało służy firmom ubraniowym i kosmetycznym i tatuażowym, jego umysł służy firmom reklamowym i propagandowym i muzycznym, jego dusza służy firmom sekciarskim i dogmatycznym i religijnym i to wszystko jest jego - tak mu wmawiają: to twój wybór, więc: chowajcie zarobione pieniądze do bardzo głębokiej kieszeni, a najlepiej nie pracujcie na ich konto, tak: aktualnie jestem bez złamanego grosza, niestety: póki nie otrzymam lokalu - fundamentu i dachu i bezpieczeństwa - nie będę pracował: prędzej wybiorę śmierć, inaczej: duma czy głód - prawda czy fałsz?           A jak mi zawieszą dożywotnie odszkodowanie za utratę zdrowego słuchu, to: powinni mieć pełną świadomość - decyzja będzie nieodwracalna, inaczej: nie będę już chciał tych pieniędzy razem z należnym lokalem socjalnym - piętnaście metrów kwadratowych za dwieście złotych miesięcznie, a jeszcze tym bardziej - nie będę pracował, dalej: jeśli ktokolwiek będzie sobie wypłacał moje dożywotnie odszkodowanie, także: głodową łaskę podatników - będzie doskonale wiedział, że jest najgorszego miotu skurwysynem - złodziejem, słowem: okradł osobę niesłyszącą i bezdomną i osamotnioną, tak: mentalnie jest po prostu głęboko zakonspirowanym tchórzem - ludziom bogatym włazi w niemiłosiernie brudną dupę, natomiast - biednych: okrada, jasne - ja: będę miał czyste sumienie jak święta łza duszy, oczywiście: ich będzie gryzło i śmierdziało i gniło - po pewnym czasie będą wyjątkowo mocno agresywni - na siłę będą szukać winnego: ofiary - mnie, niestety: będzie - za późno, nie wiem: skąd będziecie comiesięcznie brać tysiąc trzysta złotych na utrzymanie osoby bezdomnej - silnej i zdrowej i mądrej, nie wiem: skąd będziecie comiesięcznie brać pięćset złotych na wynajęcie jakiegoś pokoju na wolnym rynku mieszkaniowym, nie wiem: skąd będziecie comiesięcznie brać na opłaty cudzego gospodarstwa - gaz i wodę i prąd, wiem: nie będę pracował jako osoba bezdomna - całkowicie bezprawnie wyrzucona, zapewniam: mogą mi odebrać powyżej wymienione pieniądze bez żadnej podstawy prawnej - będą używać argumentu: pan nigdzie nie mieszka, moich: merytorycznych dowodów opartych na formalnych dokumentach urzędowych - nie będą przyjmować i najprawdopodobniej taki będzie rozwój mojej życiowej sytuacji - same fakty mówią za siebie, świadczą - na całkowitą moją korzyść i po tym co przeżyję - naprawdę będę chciał powrotu do poprzedniego stylu życia - bytu?           Proszę pamiętać, że istnieje instytucja obrony koniecznej: artykuł prawny zezwalający obywatelom używać samoobrony fizycznej i werbalnej i psychicznej w celu ratowania osobistego życia, więc: mam święte prawo odpierać ataki, jeden: używając argumentów logicznych i dwa: używając argumentów filozoficznych i trzy: używając argumentów poetyckich i cztery: używając argumentów merytorycznych i pięć: używając argumentów prawnych i sześć: używając argumentów konstytucyjnych i siedem: używając argumentów psychicznych i osiem: używając argumentów duchowych i dziewięć: używając argumentów werbalnych i dziesięć: używając argumentów erotycznych, dalej: na samym końcu - fizycznych, włącznie: pozbawiając agresora życia, pytanie: czy nieczuły psychopata i żywy trup i niedojrzały emocjonalnie dwunożny ssak agresywny jest ze swojej natury człowiekiem?           Po pierwsze: jestem osobą samodzielną, po drugie: jestem osobą świadomą i po trzecie: moja bezdomność jest całkowicie nielegalna, której pod każdym względem nie akceptuję - zostałem bezprawnie wyrzucony: sąd rejonowy dla Warszawy Mokotowa (sędzia Agata Puż, ona: ukończyła studia prawnicze na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu - ledwo otrzymała trójkę) - wydał wyrok solidarnie i zastosował zbiorową odpowiedzialność karną, więc: nie uznaję bezprawnego wyroku, czekam tylko i wyłącznie na umowę o najem lokalu socjalnego, wtedy: formalnie przestanę być osobą bezdomną, również: znajdę pracę zarobkową na skromne pół etatu - legalnie, dalej: jak można osobę samodzielną i nielegalnie bezdomną pod pozorem propozycji udzielenia pomocy zmuszać do wzięcia udziału w tak zwanej resocjalizacji - pomagać jej wyjść z tak zwanej bezdomności i uczyć jej tak zwanej samodzielności, przecież: pod tą maską jest coś innego, dokładnie: kontrola - życia osobistego: intelektualnego i seksualnego i materialnego, oczywiście: otrzymane pismo biurokratyczne wylądowało w urzędowym koszu - moja czarna teczka nie będzie już zbierała jakichkolwiek śmieci.           Aktualnie panującą ustawa zasadnicza - Konstytucja: jak najbardziej jasno mówi w kilkudziesięciu artykułach prawnych, dokładnie: osobom niepełnosprawnym przysługuje lokum socjalne (piętnaście metrów kwadratowych) i zasiłek pielęgnacyjny (głodowa łaska podatników) i renta socjalna (dożywotnie odszkodowanie finansowe za utratę zdrowego słuchu z winy państwowego szpitala), dalej: uczciwie pracowałem zarobkowo w Zakładzie Pracy Chronionej i Archiwum Akt Nowych i Narodowym Klubie Libertyńskim, zapewniam: rzetelnie oddawałem podatki na utrzymanie biurokratów systemowych - płaciłem miesięczny czynsz i posiadałem miejską kartę komunikacyjną i robiłem miesięczne zakupy, słowem: byłem jak najbardziej samowystarczalny - posiadałem skromny byt życiowy, tak: posiadam niezłą emeryturę na stare lata, dekada mojej pracy: kolekcja niezłych książek i banknotów i monet, także: filmów, muszę jeszcze dodać - twardy fundament i brata mniejszego i własność intelektualną, niestety: wszystko zostało mi bezprawnie zniszczone - ukradzione, sam - zostałem bezczelnie wyrzucony na warszawską kostkę brukową: całkowitą odpowiedzialność ponoszą za moje Osobiste Życie trzy instytucje - Rodzina i Administracja i Temida, oni - odmawiają mi jakiejkolwiek obowiązkowej pomocy, gorzej: kradną formalne dowody świadczące na moją czystą korzyść, oczywiście: jestem osobą bezdomną, niepełnosprawną - niesłyszącą, jednak: myślącą - samodzielnie i jako ofiara powyższych instytucji - uczciwie pracowałem społecznie, wymieniam: Schronisko Betania i Towarzystwo Pomocy Świętego Brata Alberta i Otwarte Drzwi - Dom Rotacyjny i Stowarzyszenie Monar - Markot i Państwowa Noclegownia Skaryszewska - wyjątkowo piekielnie cierpiałem za obce mi winy i grzechy i błędy, zrozumcie: trzeba mi było pozwolić w styczniu tego roku wyjechać nad morze, potem: emigrować - mielibyście mnie już dawno z własnej: świętej i głupiej i pokornej - głowy, cóż: sami tego chcieliście - teraz będę ostrym kolcem w waszych zakłamanych sumieniach, zapamiętajcie: już nie ustąpię i nie będę pracował jako osoba bezdomna - wyrzucona całkowicie bezprawnie, a jeszcze tym bardziej - utrzymywał darmozjadów urzędowych i po raz kolejny zaczynał wszystko od samego początku i brał odpowiedzialność za to - czego nie zrobiłem, bo: to wy, kurwa, to wy - zniszczyliście mi zrównoważone i opanowane i ustabilizowane Osobiste Życie, pewnie: Praktyka Błędnego Koła to wasz świat bytu - nudzący i śmiertelny i pusty, nie mój, dotarło!?           I nie uznaję bezprawnego wyroku sądu rejonowego dla warszawskiej dzielnicy mokotowskiej w składzie głównego przewodniczącego - sędzi Agaty Puż, tak: wyrok został wydany solidarnie - zastosowano wobec mnie zbiorową odpowiedzialność karną, inaczej: uznając powyższy wyrok - musiałbym wziąć odpowiedzialność za to - czego nie zrobiłem, jednocześnie: musiałbym uznać własną bezdomność, a tym samym: całkowicie świadomie zrezygnować z należnego lokalu socjalnego, słowem: temida złamała kilkanaście praw, artykułów i paragrafów, więc: to ona jest odpowiedzialna za taki stan rzeczy - nie jestem wielbłądem, to znaczy: nie będę udowadniał własnej niewinności, dodam: aktualnie obowiązującą ustawa zasadnicza zezwala mi być oskarżycielem z całkowicie wolnej stopy, oczywiście: dowody złamania prawa cały czas posiadam w mokotowskim urzędzie miejskim - Wiktorska.           Przypominam: zostałem bezprawnie wyrzucony - zastosowano wobec mojej osoby zbiorową odpowiedzialność karną, wyrok został wydany - solidarnie: sędzia Agata Puż i komornik Olga Rogalska-Karakula i protokolant Aleksandra Zawadzka - Sąd Rejonowy Dla Warszawy Mokotowa na wniosek administracji spółdzielczej "Pod Kopcem" - nie znajdą państwo nigdzie danych osobowych powyższych władz publicznych ze spółdzielni mieszkaniowej, tak: człowiek posiadający czyste sumienie - nie ukrywa własnej tożsamości, dalej: jestem osobą nielegalnie bezdomną, niepełnosprawną - niesłysząca, jednak: myślącą - samodzielnie, nie posiadam jakiegokolwiek stałego miejsca zamieszkania - meldunku, jutro idę spełnić obowiązek patriotyczny - oddać głos wyborczy, nie wiem jak to wszystko będzie wyglądało, wiem: nikt nie ma prawa odbierać mi jakichkolwiek praw publicznych, legalna ustawa zasadnicza - konstytucja: każdy ma prawo do pełnej wolności słowa i rozpowszechniania zdobytych informacji, jasne: będę nagrywał skład komisji wyborczej.           Składając formalnoprawny wniosek o odwołanie zaocznego wyroku - musiałbym uznać bezprawny wyrok, a tym samym: wziąć pełną odpowiedzialność za to - czego nie zrobiłem, przypominam: warszawski sąd rejonowy nie udowodnił mi jakiejkolwiek winy, tak: zastosował zasadę zbiorowej odpowiedzialności karnej wobec mojej skromnej osoby - wyrok wydał solidarnie, złamał: kilkanaście artykułów ustawy zasadniczej i kilkanaście paragrafów kodeksu prawa karnego i kilkanaście punktów własnego regulaminu - warszawskiego sądu rejonowego, zignorował rzymską filozofię prawa: nullum crimen sine lege, przyjął - katolicką filozofię prawa: vox populi, dalej: jestem po trzech legalnych pracach - posiadam niezłą emeryturę na odległe stare lata, także: dożywotnie odszkodowanie za utratę słuchu z winy państwowego szpitala w postaci renty socjalnej, przeszedłem trzy pozytywne weryfikacje ze strony następujących podmiotów systemowych: administracyjnej komisji mieszkaniowej i zakładu ubezpieczeń społecznych i agencji bezpieczeństwa wewnętrznego, natomiast: dwadzieścia pięć metrów kwadratowych lokalu socjalnego kosztuje dwieście złotych miesięcznie, jasne: aktualnie panujący system bezkarnie odbiera mi konstytucyjne prawa obywatelskie, potem: świadomie blokuje mi drogę do obrony własnych praw - prowadzi grę na jedną stronę, tak po prostu działa ten system: towarzystwa wzajemnej adoracji - układy i znajomości i wpływy, niestety: wiosną wyjadę na bezpowrotną emigrację - sami tego chcecie, po pewnym czasie: żałujecie - jesteście kompletnie nienormalni: zadajecie ogromny ból niewinnemu człowiekowi, a za chwilę: płaczecie - tak ma wyglądać moje życie, które w rzeczywistości jest waszym życiem?           Najwyższe prawo zasadnicze - konstytucja: zabrania, aby osoby niepełnosprawne mieli na głowie problemy osób pełnosprawnych, jednocześnie: zabrania osobom pełnosprawnym wykorzystywanie osób niepełnosprawnych pod pozorem udzielenia pomocy, dalej: jestem osobą nielegalnie bezdomną, niepełnosprawną - niesłyszącą, jednak: myślącą - samodzielnie, zostałem bezprawnie wyrzucony przez brak jakiejkolwiek odpowiedzialności ze strony matki - Katarzyny Jasińskiej (alkoholizm) i ojca - Wiesława Jasińskiego (alkoholizm) i brata - Jakuba Jasińskiego (bezrobocie), tak: Rodzina i Administracja i Temida - oni są odpowiedzialni za mój życiowy los: oni - odebrali mi trzy podstawowe świętości: twardy fundament i brata mniejszego i własność intelektualną, oni - perfidnie ściągnęli mnie w bardzo głęboki dół, oni - jak najbardziej świadomie zrobili ze mnie systemowego niewolnika i oni - wykorzystują moją witalność cielesną i umysłową i duchową, a ja - jako niewinna ofiara nie mam jakiegokolwiek życia prywatnego i seksualnego i kulturalnego, cierpię - robię coś wbrew własnej wolnej woli, bo: nie mam żadnego wyboru - mam zamieszkać pod warszawskim mostem?           W lutym wyciągnęłam matkę z głębokiego dna bezdomności - teraz mieszka ona w katolickim schronisku wolskim: nie pije alkoholu - pracuje, natomiast: ojciec i brat - uciekli, tak: w tym chorym kraju złodzieje są ponad obowiązującym prawem, gorzej: prawo ich chroni, a ludzie uczciwi nie mają żadnych szans na jakiekolwiek godne życie... Teraz muszę czekać na pisemną informację telefoniczną (SMS) ze strony wydziału lokalowego - wewnętrzna rada urzędników ma podjąć formalną decyzję, które mieszkanie przyznać panu Łukaszowi Jasińskiemu, potem: zaproszenie i obserwacja i decyzja - akceptacja, dopiero: na samym końcu wchodzi ekipa remontowa, nie wiem jak długo będę czekał, wiem: po co mieszkanie osobie wykończonej - cieleśnie i umysłowo i duchowo? Wybieram - emigrację, jeśli nic z tego nie wyjdzie - bezdomność, tak: wolę - schronisko.           W dniu drugiego listopada o godzinie dwunastej dziesięć mój telefon komórkowy został zablokowany przez aktualnie panujący system - nielegalnie zatrudnionego hakera, cały ekran był czarny - robił jasne błyski, nie: nie był to wirus - jego łatwo usunąć, przypominam: taka sytuacja nie pierwszy raz zaistniała w moim osobistym życiu, jasne: ciągle mnie blokują, aby uniemożliwić mi jakąkolwiek walkę - cały czas używam merytorycznych argumentów opartych na formalnych dokumentach biurokratycznych, dalej: wyjątkowo ciężko pojąć ich rozumowanie współczesnego świata - logikę, dokładnie: oni dają tobie jakieś auto, pismo, religię i serial, potem: natychmiast ciebie blokują - całkowicie zabraniają ci zwracania uwagi, także: krytykowania decyzji systemowej władzy, inaczej: samodzielności, zauważ: zostały ci odebrane - formalnoprawne narzędzia samoobrony, ty: nie mając jak odrzucić, uniknąć i odepchnąć niechcianych produktów materialnych, dogmatycznych i komercyjnych - zostajesz workiem na emocjonalne, przeterminowane i ideologiczne śmiecie, twoje ciało, umysł i dusza, jakby inaczej: cud - zaczyna źle funkcjonować, czujesz wtedy obcy ciężar - niestrawny, zaczynasz nieświadomie chorować: atakuje ciebie cywilizacyjna agresja, frustracja i depresja, zrozum: odebrano ci możliwość - społecznej komunikacji obywatelskiej, jednak: posiadasz ogromne pragnienie życia - kupujesz nielegalną broń palną na czarnym rynku warszawskim, bo: tylko ona ci pozostała i tuż za chwilę: o godzinie dwunastej czterdzieści wyjąłem baterię i włożyłem ją - w to samo miejsce, a za pięć minut: mój telefon komórkowy wrócił do normalnego trybu działania.           Na dobry początek - Łukasz Jasiński, zacznijmy więc od bardzo głębokiego źródła przyczyny: w dwutysięcznym siedemnastym roku zostałem bezprawnie wyrzucony na miejski bruk warszawski, a jestem osobą niepełnosprawną o umiarkowanym stopniu - niesłyszącą (posiadam całkowity ubytek słuchu: miałem operację na nosie w dziecinnym wieku - około cztery lata, została źle użyta narkoza - znieczulenie), dalej: odpowiedzialność za moją aktualną sytuację życiową ponoszą trzy publiczne instytucje o charakterze prawnym, wymieniam: Rodzina, Administracja i Temida, po raz kolejny przypominam - światu: zanim doszło do całkowicie bezprawnej eksmisji - próbowałem uprzedzić fakty: zgłosiłem sprawę mokotowskiej policji (Podchorążych i Maszewskiego), zgłosiłem sprawę mokotowskiej opiece społecznej (Iwicka i Sielecka) i zgłosiłem sprawę administracji spółdzielczej (Zwierzyniecka) - nikt nie udzielił mi jakiejkolwiek przysługującej pomocy: organy władzy publicznej postąpiły wbrew kulturze osobistej, prawu karnemu i ustawie zasadniczej - konstytucji (w urzędzie miejskim na Wiktorskiej znajdą państwo Moją Sprawę - Życie, dokładnie: Wydział Zasobów Lokalowych - nr: Sto), natomiast: wy, państwo, wy - jako system Opieki Pomocy Społecznej - świadomie, perfidnie i złośliwie utrudniacie mi normalne funkcjonowanie bytowe - życie (ukrywanie dokumentów, przerzucanie mojej sprawy z dzielnicy na dzielnicę i granie na czas - liczenie na przekroczenie ustalonej granicy dochodu w postaci tysiąc dwieście złotych miesięcznie, wtedy: nie otrzymam lokalu socjalnego), słowem: patrzycie na moją osobę jak na winną - odpowiedzialną za jakąś zbrodnię, każecie mi płacić trzysta złotych miesięcznie za górne łóżko w domu dla osób bezdomnych - schronisku, chociaż: dwadzieścia metrów kwadratowych lokalu socjalnego kosztuje dwieście złotych miesięcznie! Kim wy jesteście, aby decydować o moim życiu!? Nie wiecie!? Powiem wam: jesteście najgorszym miotem biurokratów - prymitywnym, wrednym i upośledzonym - cieleśnie, intelektualnie i duchowo, zaprogramowanymi żywymi trupami - bez jakiegokolwiek serca, jesteście wtórnymi analfabetami - darmozjadami, pasożytami i krwiopijcami i niewolnikami chorego systemu! Mam już dość!!! Proszę więc przyjąć moja rezygnację z bezterminowego zasiłku pielęgnacyjnego w postaci: sto osiemdziesiąt cztery złotych miesięcznie - nie chcę już waszej głodowej łaski!           Przyczyna: zostałem bezprawnie wyrzucony na miejski bruk warszawski - jestem osobą nielegalnie bezdomną, dalej: piętnasty miesiąc czekam na należny lokal socjalny, sito systemu zabija mnie jako zdrowego człowieka - niedługo będę kaleką cielesną, umysłową i duchową z winy aktualnie panującego systemu, tak: takie doświadczenie nauczyło mnie tylko jednego - pogardy dla dwunożnych zwierząt agresywnych bez względu na ilość posiadanych kont bankowych, tymczasem: jako osoba niepełnosprawna o stopniu umiarkowanym - niesłysząca - nie mogę pracować na jakichkolwiek stanowiskach, które zagrażają mojemu bezpieczeństwu - życiu, niestety: moje prawne, merytoryczne i logiczne argumenty nie docierają do jakichkolwiek wtórnych analfabetów - betonu, właściwie: powinien używać siły fizycznej wobec intelektualnych padalców, nawet: zabijać - strzałem w potylicę, nomen omen: taka śmierć jest bezbolesna, szybka i humanitarna, przecież: tu chodzi o moje zagrożone życie, skutek jest jednocześnie diagnozą: "podejrzenie wyrośli chrzęstno-kostnej końca bliższego kości piszczelowej po stronie przyśrodkowej i skręcenie stawu kolanowego - lewego", inaczej: coś mi skacze w lewym kolanie przy szybkich ruchach - muszę nosić opaskę stabilizacyjną, także: nie mogę dźwigać, jasne: bezpośrednim sprawcą bólu na moim ciele jest kierownik schroniska, pośrednim: Rodzina, Administracja i Temida - system, który ponosi odpowiedzialność za moją aktualną sytuację życiową, jednocześnie: pogarsza ją, więc: czego ten system ode mnie jeszcze oczekuje?           Wiesz, przechodniu, prawda wyzwala energię - moc, dzisiaj: skrzyżowanie alei Solidarności i ulicy Żelaznej - miejsce niewybaczalnej zbrodni: sklep, tak: w prostej linii sto metrów - sąd rejonowy dla warszawskiej dzielnicy mokotowskiej - Ogrodowa, dalej: szczegół po szczególe - fakt po fakcie: robię drobne zakupy, płacę kartą bankomatową i wychodzę... Nagle szybki błysk - czerwona lampka w lewym rozumie, inaczej: logicznej półkuli mózgowej, ona: nie oddała mi karty! Wracam i zwracam jej uwagę, ona: oddałam ją panu - pan ją schował! Pokazuję puste kieszenie - nie mam jej! O! Tu leży! Zapomniał pan - wrednym paluchem wskazuje! A ta druga: ma pan jakiś problem!? To wy, kurwa, macie wielki problem! Jesteście paskudnymi złodziejami! A najłatwiej jest okradać bezdomnych - nie wstyd wam!? Sklep posiada kamery - nagrywa wszystkich złodziei, wiesz, przechodniu, prawda wyzwala energię - moc, pamiętaj: sprzedawca posiada obowiązek oddać tobie kartę do twojej łaskawej dłoni, ona - tego nie zrobiła, najpierw: ukradła, potem: zaczęła mi wmawiać, że oddała mi ją - schowałem ją, a na samym końcu: to pan zapomniał! Jest to charakterystyczne dla wszelkiej maści złodziei, jednocześnie: zastosowała ona wobec mojej osoby psychomanipulację - próbowała na mnie wpłynąć, inaczej: zdyskredytować, wzbudzić poczucie winy i zasugerować chorobę psychiczną - pan ma problem! Tak, takie zachowanie jest jak najbardziej dla dwunożnych zwierząt agresywnych, których gryzie sumienie - szukają oni wtedy Boga, przepraszam: ofiary, również: współwinnego - ich winy, grzechu i błędu, tekst jest spójny logicznie: jest tutaj psychologia, teologia i socjologia - zachowanie stadne, religijna wiara i rola społeczna. Szalom, pardon: na wieki wieków święty - Amen!           Powtarzam: zostałem bezprawnie wyrzucony jako osoba niesłysząca o umiarkowanym stopniu niepełnosprawności na miejski bruk warszawski przez spółdzielczą organizację prawników w składzie głównego przewodniczącego - sędzi Agaty Puż, dalej: wyrok został wydany solidarnie, zastosowano wobec mojej osoby zbiorową odpowiedzialność karną, biegły nie zrobił wywiadu rodzinnego, odmówiono mi prawa do jakiejkolwiek obrony własnych racji i nie przysługuje mi żaden lokal socjalny, tymczasem: nie wolno wydawać wyroków solidarnie, stosować zasady zbiorowej odpowiedzialności karnej, biegły miał obowiązek zrobić wywiad rodzinny, przysługuje mi jako osobie niepełnosprawnej urzędowy adwokat, urzędowy tłumacz języka migowego i urzędowy biegły, przysługuje mi status oskarżyciela z całkowicie wolnej stopy, status świadka koronnego i status ofiary systemu - odszkodowanie i przysługuje mi normalny lokal socjalny - przydział, jasne: jako reprezentanci systemu chcieliście mi dać prawdziwą lekcję życia - bezkarnie, nielegalnie i bezczelnie zniszczyliście życie człowiekowi dojrzałemu: samodzielnemu, odpowiedzialnemu i świadomemu - to wy gotujecie mi niewiarygodne piekło, kończąc: ta wasza lekcja życia nauczyła mnie tylko jednego, dokładnie: POGARDY!   Łukasz Jasiński (Warszawa: 2017-21)
    • @Arsis ponura, poruszająca wizja  niecodzienna rozbudowana metafora...
    • @Stukacz a dlaczego źle? inaczej:)
    • @Bożena De-Tre Wszystko możesz, Poetko - na przykład w jednym wersie uśmiercić i Boga i Nietzschego (obu po raz drugi).
    • Czekają. Stłoczone ciasno w zastygłej procesji, w urojonych widmach bezmiernej nocy. W pokoju. W tym pokoju stłoczone aż po brzegi. Wchodzą na ściany, na to drzewo wyrastające z podłogi. Stojąca w kącie plątanina martwych rur. Poskręcane gałęzie, odrosty. Żeliwne. Milczące artefakty...   Pełzną wysoko w swojej nieruchomej kreacji. Te zwidy rozczapierzone. Złapane w krótkim ujęciu. W milisekundowym błysku wypalającym oczy.   Są jedne na drugich. Obok siebie. Tuż obok. Bądź wyrastają z siebie bez jakiejkolwiek koncepcji, jakiegokolwiek sensu.   Ciasno. Bardzo ciasno…   Jak niezliczone polipy w jelicie. Zrakowaciałe. Całkowicie obce, nawet dla siebie samych. Całkowicie obce ciała rosnące w swojej i tak obcej egzystencji.   Mnożą się bez ustanku, wyrastając z siebie w nieskończonych powtórzeniach. W szmerze nieskończonego wzrostu...   Zasuszone widma. Kreatury pajęcze… Których odnóża… - Boże, jakże ich wiele!   Sięgają nimi, poprzez grzybnię pleśni, sufitu, jak nieba… Wspinają się. Wspinają, ku wielkiej mistyfikacji, ku tajemnicy największej.   Albowiem rozpościera się z wysoka coś, co jest niepodobne do niczego.   Co to takiego? Jakaś iluzja, deliryczna ekstaza…   Stając u stóp tego gigantycznego konstruktu podobnego do krzyża... - z kamienia, ze stali. z drewna…   Z żelbetonu poznaczonego brunatnymi plamami nuklearnej reakcji. Zmartwychwstania?   Być może samego Boga...   Słychać jeszcze echo. Pogłos pędzącego wiatru. Wtedy, co pędził w ogromnym huku totalnej anihilacji.   Tuż przede mną mur nieskończonego wzniosu. Rozpostarte ramiona (odnóża?) Rozwarte szeroko. Szeroko… - czegoś, co już dawno skonało, mimo że jest wieczne. mimo że żyje, pomimo ewidentnej śmierci.   Jakieś truchło. Zasuszone. W szacie pajęczej.   W powiewających płachtach. W czarnych od kurzu. Od pyłu. Od brudu zionących ciszą zatęchłych katakumb…   W przeciągu, w powiewie.   W półmroku…   Spogląda z wysoka wielookie oblicze. Czarne oczodoły w zdeformowanej czaszce.   I coś jeszcze.   Coś, co przeczy fizycznemu istnieniu.   Spod sufitu spada na mnie absolutna martwota, kiedy klęczę, kiedy leżę, kiedy pełzam jak wąż, jak dżdżownica, jak wielonoga skolopendra…   Co tu jest mną, a co kim innym? Albo czym?   Kto tu jest?   Mnoży się coraz więcej tej całej bezgranicznej iluzji, która we mnie. Która wszędzie…   Odchylam głowę do tyłu. Odchylam. Odchylam… … aż trzeszczą kręgi w szyi...   Wykrzywiając twarz w morderczym grymasie, w potęgującym się orgazmie trupiego rozkładu...   … moje oczy...   Te czarne otwory. Te czarne. Bezkreśnie czarne…   … jak noc lodowata…. jak noc…   (Włodzimierz Zastawniak, 2026-06-07)      
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...