Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano
Otwórz okno - to chłodne, nocne powietrze jest interesujące.
Pozwól by cały świat zajrzał do środka, kto dba oto, kto co widzi.
Jestem Twoim pasażerem, jestem Twoim pasażerem.

(Deftones - Passenger)


Cz. I

- Odprowadź mnie do domu. Jestem zmęczona i boli mnie głowa. Mieli okropne piwo. Chyba się porzygam. – stwierdziła. Jej brązowe oczy nie prosiły. One rozkazywały. Zawsze stawiała mnie przed faktem. – Dlaczego tak na mnie patrzysz?
- Weź mnie za rękę – błagałem. Tylko o tym marzyłem. Znaliśmy się dwa miesiące. Kochałem ją, choć nie wierzyłem w istnienie miłości.
- Robert. Nie – odpowiedziała zdawkowo. – Przecież wiesz.
- Tak być nie może. Ciągle myślisz o tym chamie? On cię zdradził z inną. – W tej chwili przekonałem się, że mężczyznę też można strasznie zranić i chciałem, aby cały świat w to uwierzył. Potrafiłem ją pokochać. Zaopiekować się tą rudą dziewczyną ze Śląska. Bronić jej przed nachalnymi facetami w barach. Mogłem ją przenieść na rękach przez rozżarzone palenisko. Gdyby tylko zechciała. – Aniu…
- Nie Robercie. Wracajmy. Późno już.
- Skoro nalegasz. – odpuściłem sobie. Wiedziałem, że jeśli będę naciskał, to tylko pogorszę swoje i tak kiepskie położenie.
- Wezmę taksówkę. Poradzę sobie – powiedziała do mnie. Jak zwykle pewna siebie. Pocałowała mnie w czoło, co mnie dodatkowo rozdrażniło. Odsunąłem się od niej niczym rażony piorunem.
- Aniu. Zaczekaj – ocknąłem się. – Muszę ci to powiedzieć. Jeśli nie kochasz mnie, to przynajmniej mi powiedz czy jest jakaś szansa…
- Niestety – przerwała mi. – Dwa dni temu myślałam, że coś z tego będzie, ale się najwidoczniej myliłam. Przykro mi.
- Przykro ci? Chcesz tak po prostu zakończyć naszą znajomość? Powiedz mi to!
- Robert.
- Jestem twoim pasażerem. Wywozisz mnie na pustkowie. Pozostawiasz bez wody. I odjeżdżasz z uśmiechem na twarzy. – Zacisnąłem pięści. Zimny wiatr zawiał mi prosto w twarz. Wsiadła do samochodu i odjechała.

Zerwałem się z kolan i wybiegłem z kościoła. Pojechałem tramwajem na Kazimierz. Drzwi otworzyła jej współlokatorka. Była ekskluzywną kurewką.
- Anka nie chce z tobą rozmawiać. Idź sobie.
- Uderzyć cię?! – podniosłem rękę i wcisnąłem się na siłę do środka. Wściekłość zmieszana z namiętnością ogarnęły mój umysł. Mała iskierka mogła teraz spowodować ogromny pożar. Tak naprawdę nie było odwrotu. Anna siedziała przy komputerze. Znowu rozmawiała z jakimś obcym facetem na czacie. Sprawiało jej radość podrywanie tych głupich fagasów. Wysyłała im nawet prawdziwe zdjęcia. Opowiedziała mi kiedyś, że umówiła się nawet z jednym z nich. Była królową uwodzenia.
- Możemy porozmawiać? – spytałem.
- O rany! Robert, ależ mnie wystraszyłeś. – odwróciła się nagle w moją stronę. Szybko zmierzyła mnie wzrokiem z góry do dołu, a następnie wstała z krzesła - Co tu robisz? –
z fałszywą przymilnością zaprosiła mnie do salonu. Pozbierała z sofy bieliznę.
- Nie mogę bez ciebie żyć. – wyłkałem. Wiedziałem, że mężczyzna, który wypowiada takie słowa, jest na straconej pozycji. Wysyła sygnał, który informuje kobietę o jego bezbronności.
- Nie zaczynaj. – odpowiedziała. - Już sobie wszystko wyjaśniliśmy. Nie mam zamiaru do tego wracać. – Z jej twarzy znikł obłudny uśmiech.
- Aniu, czy on cię denerwuje? – spytała zdenerwowana Daria. Dopiero teraz dostrzegłem, że cały czas przysłuchiwała się rozmowie. W dłoni trzymała tłuczek do mięsa i przyglądała się mi bardzo uważnie.
- Odłóż to. Nic się złego nie dzieje. – uspokoiła ją Ania.
Dziewczyny wyszły na chwilę do kuchni. Rozmawiały bardzo intensywnie. Wiatr za oknem przybrał na sile. Zbliżała się wichura. Podszedłem do okna. Zagrzmiało gdzieś daleko. Postanowiłem, że nigdzie się nie ruszę, dopóki Ania nie porozmawia ze mną poważnie.
- Robercie, chyba musisz opuścić to mieszkanie – powiedziała Daria. – Wkrótce przyjdzie Andrzej.
- Kim jest Andrzej? – zapytałem. Poczułem się źle. Miałem ochotę zwymiotować na podłogę.
- To przyjaciel. – uśmiechnęła się drwiąco. Zauważyłem, że Daria ma ładne piersi. Bardzo jędrne. Dwie bliźniacze wieże wykonane przez wybitnego architekta życia.
- Posłuchaj skarbie. Zadzwoń do Andrzejka i powiedz mu, żeby dzisiaj nie przychodził na pogaduchy. Mam względem was inne plany.
- Przestań! – zirytowała się Daria. W przedpokoju zobaczyłem cień Ani. Powiedziała, że musi na chwilę wyjść i za niedługo wróci. Za oknem rozszalała się burza.

Poczułem kobiecą rękę w spodniach. Rozpięła mi rozporek i zaczęła się bawić moim członkiem. Ścisnęła go mocno, a potem włożyła do ust. Leżałem na wielkiej sofie z zamkniętymi oczami. Wyobrażałem sobie, ze jestem teraz z Anią, i że delikatnie pieszczę jej twarz. Byłem niestety w tym momencie z inną kobietą i w dodatku z dziwką.
- Dobrze ci, hm? Oh. A teraz mnie wyliż. – poprosiła.
- Usiądź mi na twarzy – zaproponowałem.
- Miau. – mruknęła.
- Podoba ci się?
- O tak. Pieprz mnie. Rżnij mnie mocno. Wbij się we mnie. Tak. Cała drżę. Głębiej.
Oh! – jęczała bardzo głośno. I gdy skończyliśmy, to pozostawiłem na stoliku nocnym dwie stówy, ale ich nie przyjęła. – Nie idź jeszcze. – Zostałem wiedząc, że miłość mojego życia pieprzy się teraz z jakimś Andrzejem, który ma prawdopodobnie wygląd chłopczyka z reklam golarek.

Pragnąłem zostać Jamesem Deanem. Kupiłem nawet stare Porsche. Obciąłem włosy i zaczesałem do góry. Nieodłącznym elementem mojego nowego stylu bycia stał również specyficzny chód Jimmiego oraz jakieś outsiderskie nawyki. Zwykłem bowiem siadać z boku na spotkaniach ze znajomymi. Izolowałem się od towarzystwa.
Samochód kupiłem z odszkodowania z wypadku. Cudem przeżyłem zderzenie czołowe na autostradzie. Źle się czułem ze świadomością, iż kierowca z drugiego auta zginął. Jednak policja nie znalazła podstaw, ażeby wszcząć przeciwko mnie jakieś postępowanie. Kompletny brak dowodów. Po całym zajściu nie zrezygnowałem z brawurowej jazdy. Gdy wciskasz gaz do dechy nie ma taryfy ulgowej. Albo ty, albo ktoś inny. Zwycięzca może być tylko jeden.
Myślałem o zmianie nazwiska na Bergman. Był taki reżyser. Gdybym się tak nazywał, to wszyscy by mnie szanowali. Imponowałbym Ani. Obecnie traktowała mnie jak bogatego bubka. Syna swojego ojca. Nieodpowiedzialnego gnojka Roberta Berga.
Zacząłem się spotykać z Darią. Nie zależało mi na niej. Chciałem być blisko Ani. Miało to jedną wadę. Obserwowałem biernie jak wzrasta w niej uczucie do Andrzeja. Nigdy gnojowi ręki nie podałem. On myślał, że Dostojewski jest rosyjskim ambasadorem w Warszawie. Urodą nadrabiał braki mózgu.

Pełne zaciśnięte wargi przywodzą mi na myśl zimę. Pojechaliśmy do Zakopanego. To się działo po miesiącu naszej znajomości. Zasłoniłem ci oczy. Śmiałaś się głośno. Tańczyliśmy przy ognisku rozpalonym na polanie pośród śniegu. Nie docierało do nas zimno. Twoje rude kręcone włosy falowały, gdy podnosiłaś jedną nogę na przemian z drugą, aby w końcu upaść na biały puch.
Rozmawialiśmy całe noce o Schopenhauerze i filozofii wschodu; dyskutowaliśmy namiętnie o kinie azjatyckim, zachwycając się mimiką twarzy japońskich aktorów; planowaliśmy wyjazd w podróż życia kolejką transsyberyjska, która miała potrwać dwa tygodnie. Wmawiałaś mi, że człowiek z natury jest zły, a jak na ciebie patrzyłem, to wątpiłem w te słowa.
Chowaliśmy się przed światem w małym drewnianym pokoiku na poddaszu. Czerpałem radość z obcowania z tobą. Zadawałaś mnóstwo pytań, a ja nie potrafiłem odpowiedzieć na większość z nich. Zahipnotyzowany twoim głosem płynąłem w nieznane.

- Dzwoniłam do domu. Jutro idę na operacje. – powiedziałaś.
- Będę trzymał kciuki. – Wiedziałem, że to nic poważnego, a jednak się martwiłem. Siedziałem całe popołudnie z telefonem w ręku. Pisałem smsy do znajomych. Grałem w gry sportowe i zdobywałem mistrzostwo świata w piłce nożnej, jednak w życiu byłem ciągle na etapie eliminacji. Musiałem jakoś wypełnić czas. Patrzyłem więc tępo na album z pracami surrealistów. Salvador Dali miał Galę. Ja miałem Anię. Zrozumiałem podczas tego wyczekiwania w jak ogromnym stopniu jesteśmy do siebie podobni.
Mróz nie odpuszczał. Prezenter pogody tradycyjnie straszył niezbyt optymistyczną prognozą pogody. Zima miała trwać pół roku.
- Halo. To ja, Robert. Dzwonie, bo nie odpisałaś mi na sms. Jak się czujesz? To się cieszę. Kiedy się spotkamy? Jak to nie chcesz? Aniu! Halo? – Gdy odłożyła słuchawkę, uświadomiłem sobie, że znów jestem sam. Straciłem pokrewną duszę. Wykręciłem ponownie ten sam numer. Nikt nie odebrał.

Na początku kwietnia przewidywania specjalistów od chmur i wyży barycznych powędrowały do lamusa. Wiosna wcisnęła się w umysłu par, które oblegały ławki. Przemykałem szybko przez miasto. Nie mogłem znieść tego zjawiska. Kiedy ktoś zainstaluje dla par jakieś parkometry? Niech poznają jaką cenę trzeba zapłacić za uczucie.
Miłość dla mnie stała się przegniłym jabłkiem, które można obkroić, pozbawiając tym samym najcenniejszych kawałków lub po prostu wyrzucić i zapomnieć jak o zeszłorocznym śniegu
Wieczorem poszedłem do STAVANGROS. Spotkałem Tomka i Zosię. Wypiliśmy po kilka piw. Zamówiliśmy greckie karamas i smażone kalmary.
- Kiedy ty sobie znajdziesz dziewczynę? – spytał Tomek. Wiedział, że nie lubię tego typu rozmów, ale uparcie naciskał na mnie. – Niedawno powiedziałeś nam o jakieś uroczej osobie. Miałeś nam ją przedstawić.
- Daj mu spokój. Nie widzisz jak wygląda. – próbowała łagodzić sprawę Zosia.
- Dam sobie radę. – odrzekłem. Dopiłem piwo i wstałem od stolika – Czasami lepiej być samotnym szczęściarzem niż cierpieć w duecie. – Poszedłem do toalety. Dlaczego Zosia to powiedziała? Co było nie tak ze mną? Dziś w lustrze prezentowałem się całkiem przyzwoicie. I chyba moja pewność siebie pokonała zdrowy rozsądek.
- Mam na imię Karina. – wyszeptała mi do ucha jakaś blondynka, gdy przechodziłem obok baru.
- Robert. Postawić ci drinka?
- A na co cię stać koguciku? – spytała zalotnie. Pomyślałem sobie, iż nie warto takiej okazji przepuścić. – Whisky, koniak, Wermut. Nie wiem, co lubisz.
- Koniaczek. – Miała słodki głos. Kilka godzin spędzonych z nią w łóżku przekonało mnie też do jej gorących ust. Robiła nimi cuda.

Obudziłem się na potwornym kacu. Założyłem spodnie. Robercie, ależ z ciebie
ogier – pomyślałem i pierwszy raz od kilku dni uśmiechnąłem się. Podarowałem jakieś drobne żebraczce. Nie czyniłem tego zazwyczaj, lecz dziś był wyjątkowy dzień. Nastąpiło odrodzenie. By uczcić dzień, zjadłem wystawne śniadanie, wybrałem kilka krawatów na wieczór.
- Panu we wszystkim do twarzy – kokietowała mnie sprzedawczyni. Nadmiar doznań erotycznych i niedawna lektura Markiza De Sade nie pozwoliły mi przeoczyć uroczego elementu jej garderoby. Przez czarną sukienkę prześwitywała biała koronkowa bielizna.
- Nazywam się Bergman, Robert Bergman – skłamałem.
- Lidia. – odpowiedziała kobieta. Speszyła ją trochę moja bezpośredniość.
- To jest moja wizytówka. Zadzwoń. – Obdarowałem sprzedawczynię hollywoodzkim uśmiechem, bo w końcu moje zęby kosztowały 30 000zł, więc lubiłem się nimi chwalić.
- Oto pański zakup – Z oblicza Lidii zniknęły wszelkie objawy niepewności. Skryła się za maską oficjalności. Ja jednak wiedziałem, że w głębi siebie jest nieśmiałą dziewczynką, którą ktoś przebrał w to zabawne wdzianko, żeby udawać poważną kobietę.
- Do zobaczenia. – zabrałem torbę i wyszedłem.

Lidia miała jednak styl. W dzielnicy willowej wynajmowała stary dom. Kupiła kilka rzeźb. Miała świra na punkcie świeczników. Nie na pierwszej, a na drugiej randce poznałem uroki jej sypialni. Była kiepską kochanką. Szybko dochodziła i momentalnie zasypiała. W tej znajomości chodziło bardziej o przyjaźń niż o seks.
- Kiedyś stąd wyjdziesz i nie wrócisz. – stwierdziła pewnego ranka i nie myliła się. Za dwa dni już nie przyszedłem. Dowiedziałem się od Tomka, który też robił zakupy w tym samym butiku, iż zmieniła pracę. Podobno pewnego dnia przyszła do sklepu w koszuli nocnej. Szukała krawatów. Zakręcona neurotyczka.
- Wiesz czemu zostawiłem te wszystkie kobiety? – zapytałem Tomka.
- Nie musisz mi mówić. Domyślam się. – Po raz pierwszy zachował się jak na dobrego kumpla przystało.
- Jutro do niej pójdę. – powiedziałem. Siedzieliśmy przy stoliku na zewnątrz. Wrzucałem kostki cukru do filiżanki i odjechałem swoim surrealistycznym pojazdem wyobraźni gdzieś daleko.
- A jeśli nie będzie chciała z tobą rozmawiać? – spytał Tomek. Ocknąłem się. Popatrzyłem mu w prosto w oczy i zrobiłem minę sprzedawcy odkurzaczy, któremu bardzo zależy na finalizacji transakcji.
- Spróbuję. – wyrzekłem.

Wyciskałem z mojego samochodu ile się dało. Miałem wrażenie, iż nie jadę sam. Duża prędkość podniecała mnie bardziej od seksu. Ponad dwieście kilometrów na godzinę. Zbliżam się do Ani. Za chwilę powiem jej jak bardzo ją kocham. Uklęknę przed nią jak to zwykłem czynić w kościele. Jestem przekonany, że tym razem mnie przyjmie. Gdzieś tu mam płytę Deftones. Uwielbiam ten utwór. Passenger. 220 km/h. Przelatuję nad pasem zieleni. Porsche odrywa się od ziemi. Kocham to uczucie. Człowiek jest zły z natury. Co za brednie. Skłamałem. Wcale się nie oderwałem. Uderzyłem chyba w coś…
Opublikowano

"- Kiedyś stąd wyjdziesz i nie wrócisz. – stwierdziła pewnego ranka i nie myliła się. Za dwa dni już nie przyszedłem."

trzeszczy mi coś i to

"rudą dziewczyną ze Śląska" z reklamą kojarzy się

może tylko mnie?

+

Opublikowano

- Odprowadź mnie do domu. Jestem zmęczona i boli mnie głowa. Mieli okropne piwo. Chyba się porzygam. – stwierdziła. Twoje brązowe oczy nie prosiły. One rozkazywały. Zawsze stawiałaś mnie przed faktem. [...]
– W tej chwili przekonałem się, że mężczyznę też można strasznie zranić i chciałem, aby cały świat w to uwierzył. Potrafiłem pokochać.

Drzwi otwarła jej współlokatorka - otworzyła

Zwykłem bowiem siadać na spotkaniach ze znajomymi z boku. -brzmi jakby znajomi pochodzili "z boku" np. na spotkaniach ze znajomymi zwykłem siadać z boku.

++

Opublikowano

przyznaję, że bardzo mi się spodobało. oto kolejna osoba
z forum od której muszę się wiele nauczyć :D

Konradzie, opowiadanie miejscami bardzo mnie wzruszyło / to chyba wspomnienia powracają
chwiejnym krokiem/, łezka w oku się zakręciła jak bioderka w sambie :P. oj, raczej przy Stonesach, których teraz słucham :). czekam na kolejną część, bo wciąga

zdrówka i serdeczności Espena Sway :)

  • 3 tygodnie później...
Opublikowano

Całkiem zgrabne i genialny utwór jako przewodni wybrałeś. Ale nie zapominaj, że to nie tylko Deftones, lecz ktoś z nimi nagrał i warto to zaznaczyć ;)
Jeszcze tylko kilka wytknięć:
"Zakręcona neurotyczna" - A nie neurotyczka?
"- Jutro do niej Pojdę" - pójdę ;)

Pozdrawiam i pisz dalej ;)

Opublikowano

Witaj po dłuższej przerwie!
Błędy poprawiłem. Kolejne części się tworzą, więc zapraszam do czytania.
Utwór oczywiście świetny i dla niewtajemniczonych dodam, że pochodzi on z płyty "White Pony" (2000, Maverick). Gościnnie śpiewa James Keenan Maynard (wokalista Toola).

Opublikowano

Wiosna wcisnęła się w umysłu par, które oblegały ławki.- coś nie tak z tym zdaniem

Nie czyniłem zazwyczaj, lecz dziś był wyjątkowy dzień. - czego nie czynił?

za dużo tego "iż", wymień w niektórych momentach na "że". jeśli chodzi o dalszą estetykę, to masz dziwny układ w dialogach - raczej nie stawia się kropki w pół zdania, jak to robiłeś. np.
- Robert. Nie.(ta niepotrzebna, KULA;) – odpowiedziała zdawkowo. – Przecież wiesz.

itd. z tymi kropkami.
pozdr.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Za moimi plecami pojawił się enkawudzista. Był w doskonałym humorze. I nie wiedziałem tylko czy to z powodu tego, że wiedział o tym, że Żerebcow wywołuje  tak wielkie uczucie strachu, czy może z powodu  rozkazów jakie mu przekazano.   Wychodź Żerebcow. Koniec wycieczki. Kota zostaw nie będzie Ci potrzebny,  mały, czarny pluszak. Teraz będziesz co najwyżej tulił się z zimna do ciał kolegów w baraku.   Żerebcow już miał zamiar prostować kolana, gdy enkawudzista poklepał mnie  zuchwale po ramieniu.   Rozkazy się zmieniły lejtnancie. Góra nie chcę już więcej o nim słyszeć  ani przerzucać go z miejsca w miejsce. Dość już jego wątpliwej legendy. Podobno nie można go zabić. Podobno odradza się zawsze po egzekucji. Drugi pieprzony Rasputin. Ale nie ma takiego Diabła,  którego nie potrafiłby zgładzić  ludowy komisariat obrony. Prawdziwy człowiek radziecki  i piekło może zamrozić jeśli tylko chcę. Plan jest taki. Wy lejtnancie jedziecie z nim do lasu. Kierowca zna miejsce. Moi ludzie już wszystko tam przygotowali. Wysiadacie wieczorem. On klęka, wy strzelacie.  Moi dobijają bagnetami. Nawet go nie grzebcie. Wilki i niedźwiedzie  posilą się krwawą padliną. Wracacie w nocy. Spisujemy raport. Wychylamy kilka szklanek  za dobrze wykonaną robotę. W tajemnicy Wam powiem lejtnancie, że za zabicie tego wrzoda  na radzieckim organizmie, dostaniecie order czerwonego sztandaru, sam towarzysz Beria za tym optował. A nie powiecie mi chyba, że nie chcielibyście dostać  przepustki do stolicy. Tu tylko jaja można sobie odmrozić. A tam będziecie towarzysz i gieroj. Bohater naszych czasów. Ta akcja nie może czekać. Jeździe już teraz. Dopilnuję obozu przez te kilka godzin.   Uścisnął mi rękę i prawie siłą  wepchnął na pakę ciężarówki. Chciałem więcej wyjaśnień, omówić plan działania. Zamierzałem się sprzeciwić. Ale co mógł prosty czerwonoarmista  wobec potęgi komisariatu obrony. Wobec całej potężnej maszyny śmierci.    Kierowca rzucił okiem za siebie  i zauważył że usadowiłem się niemrawo prawie dokładnie naprzeciw literata.   Jeśli coś będzie nie tak lejtnancie, krzyczcie a najlepiej  bijcie dłonią w ścianę szoferki. Ja mam tu pistolet. Spojrzałem z niedowierzaniem  na enkawudzistę    Jak mam eskortować więźnia bez broni? Chcę wrócić po pistolet i proszę o eskortę w postaci dwóch dodatkowych ludzi. Moich zaufanych ludzi.   Enkawudzista machnął tylko ręką.   Eskorta do Żerebcowa?! On nigdzie nie ucieknie. Zresztą dokąd? Do najbliższej większej osady przeszło osiemdziesiąt kilometrów. Do miasta trzysta. A na termometrze dziś  prawie minus trzydzieści pięć stopni. Zresztą on nawet nie jest związany. Nie musi. Nie wie na jakim świecie jest. Nie odzywa się słowem od tygodni. Zresztą zobaczcie sami.   I faktycznie Żerebcow stwarzał pozór osoby obłąkanej i zupełnie nieobecnej w rzeczywistości. Nie wiem czy rozumiał o czym rozmawialiśmy. Czy wiedział o tym, że za kilka godzin zginie? Czy rozumiał cokolwiek  z tego co się wokół działo. Siedział i z błogim uśmiechem małego chłopca,  głaskał kota,  który zdążył zasnąć na jego kolanach. Widać literat i kot  byli razem w siódmym niebie. Ciężko było dyskutować o tym  co powinno się zrobić  i jak powinno się teraz postąpić. To był rozkaz,  którego nie mogłem zlekceważyć.   Jechaliśmy już przeszło godzinę. Kilka minut temu, rozpadał się ostry, wirujący dziko na wietrze śnieg. Przesiąkłem odorem paki. Wszystko wokół cuchnęło. Na dodatek opary paliwa  łatwo przechodziły na tył pojazdu i powodowały astmatyczne napady  duszności i kaszlu. Żerebcow nie reagował. Miał zamknięte oczy  i odchyloną delikatnie głowę. Ale nie spał. Wydawało się jakby słuchał tej ciszy. Jak gdyby delektował się podróżą  w swoich własnych myślach. Może pisał w nich kolejny wiersz. List pożegnalny. A może jednak był pewny ocalenia. Kolejnej cudownej ucieczki  i oszukania systemu. Tutaj jednak mógł usłyszeć go jedynie  Bóg i Diabeł. No i ja, gdyby tylko  chciał wreszcie cokolwiek powiedzieć.   Kierowca jechał bardzo ostrożnie  a mimo to ciągle łamaliśmy pod kołami, powalone pnie, korzenie i zbitą zmarzlinę, która była tutaj po prostu drogą do nikąd. Byłem bardzo zdenerwowany a nie miałem przy sobie  nawet grama tytoniu i bibuły. Wódki też nie. A zająłbym chociaż czymkolwiek, ciągle drżące z przejęcia dłonie. Nagle, zupełnie bez zapowiedzi, z rogu paki wypłynęło źródło głosu. Były to słowa wypowiadane  starannie, powoli wręcz sennie. Był to głos cichy lecz mocny. Wychodzący jednak jakby spod ziemi.     Lejtnancie… zaczął cicho Paweł Fiodorowicz, nie odrywając wzroku  od narzuconego brezentu  Mówi Wam coś nazwisko Levenstern?  Był Waszą ostatnią ofiarą, prawda?   Drgnąłem, gdzieś wewnątrz. Serce zakuło mnie w piersi  a w krtani narosła twarda kula. Nie winy. Nie wstydu. A paraliżującego strachu. Jak to możliwe?! To nazwisko powinno leżeć w ciszy tajgi. Nikt o tym nie mógł wiedzieć. Nikt!   Skąd o nim wiecie, Żerebcow?  Wychrypiałem nie patrząc na pasażera. Co wam do niego?   Był szpiegiem niemieckim w czasie wojny...  a raczej tak właśnie sfabrykowano dowody.   Kontynuował literat  z tym samym niepokojącym spokojem,  jakby czytał nekrolog w porannej gazecie.   Zastrzeliliście go dokładnie tam,  dokąd mnie teraz zabieracie.  Widzę go, Lejtnancie.  Stoi tam i czeka na towarzystwo.     Poczułem, jak pot spływa mi po karku,  mimo dojmującego mrozu.  Kim on jest? Świętym? Przeklętym? Carskim upiorem dawnej epoki? A może sumieniem kata? Bo nie literatem. Był mistrzem z piekła rodem.   Nawet jeśli, Żerebcow...  to już niedługo Wy zajmiecie jego miejsce ostatniego w wyliczance.   Uciąłem brutalnie,  odzyskując na moment pewność siebie.    Kierowca o mało co nie wywrócił nas do rowu, którego nie zauważył przed nosem pojazdu. Zawieszenie jęknęło, koła po lewej stronie oderwały się od podłoża i bardzo opornie wracały na swoje pierwotne miejsce. Dopiero teraz Żerebcow  jakby ocknął się z maligny. Wyjrzał do szoferki i radośnie oświadczył w przestrzeń lub do rozmówcy w swoim umyśle.   Był ostatni.  Szepnął radośnie.  Gładząc się po skołtunionych włosach.   Będzie ostatni.  Odpowiedział trzeci głos.   Zamarłem jak panujący wokół mrok i mróz To nie był głos Żerebcowa,  ani tym bardziej, przerażonego kierowcy.  To był dźwięk niski, chropowaty,  wibrujący jak pomruk nienasyconego pieca.  To było absolutne szaleństwo ale zwróciłem powoli wzrok na ostatniego pasażera.   Kocur zdawał się spać,  pogrążony w błogim spokoju,  ale gdy mój wzrok spoczął na jego futrze, zwierzę powoli otworzyło prawe oko.  Było złote, głębokie  i pełne nieludzkiej wiedzy.  Kot nagle puścił do mnie oczko  a na jego pyszczku wykwitł  ten sam podle ludzki uśmiech,  który zwiastował koniec pewnego świata.    Przecież... to tylko kot. Wybełkotał kierowca,  ale jego głos utonął w wyciu silnika,  który nagle wszedł  na nienaturalnie wysokie obroty,  jakby chciał uciec  z tego przeklętego Studebakera. Żerebcow cicho przytaknął a kocur znów zamknął oko,  mrucząc rytmicznie Ostatni... ostatni…   Znów każdy pogrążył się w swoich myślach. Jego milczenie denerwowało mnie. Doskonale już teraz wiedziałem, że on wie dosłownie o wszystkim. Zna moje ofiary, moje troski i problemy, czuje mój strach, widzi całe moje życie. Dlatego jego milczenia nie odbierałem w kategorii spokoju i harmonii  a drwiny z mojej osoby. Żerebcow znów oparł wysoko głowę  i wbił wzrok w sufit paki. Chciałem zasypać go pytaniami. O twórczość, której szczerze nie znałem. O to czy ma jakąś rodzinę albo dzieci. O jego liczne ucieczki i cudowne ocalenia. Przecież mówi się,  że to piekło we wszystkim mu pomaga. I przynajmniej kot,  jest jakąś częścią tego diabelskiego planu. Ale Żerebcow? Tak nie wygląda Diabeł. Nie wiem jak mógłby wyglądać,  lecz z pewnością nie tak. Nie jak człowiek. Znudzony, zmęczony, dziwnie spokojny zupełnie zwyczajny  a zarazem głęboko niezwykły.   Wreszcie ciężarówka wykonała  ostatnie półkole wokół,  wyrwanej z trudem tajdze polany. Silnik zachłysnął się ostatni raz i zgasł. Naprzeciw naszego pojazdu, zaparkowany był Zis z oddziałem żołnierzy. Nasz kierowca wysiadł do nich pierwszy  i z wyraźną ulgą po opuszczeniu szoferki, ściskał im kolejno dłonie. Byli w szampańskim humorze. Srogo pochlali. Krzyczeli, śmiali się, podskakiwali  i oklepywali ciała,  zamaszystymi ruchami ramion, próbując się ogrzać.   Nie musiałem nic robić z więźniem. Żerebcow zrozumiał, że to finalny postój i wygramolił się niezdarnie na zewnątrz. Kot czmychnął jego śladami. Gdy ja wreszcie uwolniłem się  z tej brezentowej klatki. Stanąłem twarzą w twarz z Żerebcowem. Ten w ogóle nie przejmował się  zadymką śnieżną i stał dumnie wyprostowany i zupełnie nieczuły na wszystko. Oczy literata były jednak inne. Wreszcie pytały i one.   To moja mogiła lejtnancie?  Doskonała. Chłopcy spisali się na medal albo nawet order i wakacje w Odessie.   Zadziwił wszystkich gdy zbliżył się do rowu, wykopanego nierównomiernie i na tempo. Padł przy nim na kolana,  nachylił się i zawołał do ciemni.   Levenstern przyjacielu,  za chwilę będziesz miał towarzystwo.   Chciał jeszcze wstać, lecz dwóch strażników doskoczyło do niego  i brutalnie popchnęli go  nad samą krawędź,  skutej lodem czerni grobu. Nie bronił się, nie wołał Boga ani łaski. Poprawił tylko kołnierz palta. Wywinął go z taką formą etykiety, jak gdyby wchodził na przedstawienie leningradzkiego baletu czy teatru. Przygładził jeszcze włosy, dłuższe kosmyki powędrowały za uszy. Odetchnął jedynie głęboko. Nie z ulgą a ze zniecierpliwienia. Widać skoro mu było w objęcia śmierci, lub do jakiś kolejnych magicznych sztuczek. Jeden ze strażników wręczył mi pistolet.   Wasza kolej towarzyszu lejtnancie. Koniec jego ziemskiej wycieczki. Tym razem Diabeł się nie wywinie. Jeden strzał w głowę  a my dokończymy jeśli będzie trzeba.  Spojrzałem jeszcze za siebie na kierowcę. Gdyby mógł to krzyczałby. Ruchy, ruchy lejtnancie. Moskwa czeka. Gdzieś na granicy polany  zaświeciło się coś złotego. Owalne jak moneta lecz bezsprzecznie żywe. Oko czarnego kocura. Patrzył cały czas. Trzeba będzie też go zastrzelić  razem z jego panem. Tak by mieć spokojne sumienie.   Wyciągnąłem pistolet.  Moja dłoń, dotąd tak karna  i posłuszna systemowi,  drżała w sposób haniebny.  Nie z powodu mrozu.  Czułem, jakby tysiące niewidzialnych mrówek chrzęściło pod moją skórą,  paraliżując każdy nerw.  Spojrzałem na Żerebcowa.  Zgarbiony, spokojny,  z tym samym  błogim uśmiechem małego chłopca,  czekał na uderzenie ołowiu.   Podniosłem broń.  Wycelowałem w potylicę studenta.  Świat wokół zamarł.  Czas przestał biec do przodu,  a pętla fatum zacisnęła się na mojej krtani. Pociągnąłem za spust. Huk rozdarł ciszę tajgi,  a ciało poety runęło bezwładnie  w przygotowany rów. Strażnicy rzucili się do mogiły  jak wściekłe psy. Kuli ciało raz za razem, aż do momentu omdlenia ramion.   A potem nastał poranek. Mgła przedświtu,  gęsta i szara jak dym z podłych papierosów, osiadła nisko nad polaną. Nad polaną na której  nie pozostawiono tylko ciała literata  w płytkim grobie. Śnieg wokół był pełny  czarnego brudu lub sadzy. Drzewa miały okopcone pnie. Wszędzie wokół unosił się także,  drażniący smród siarki. Studebaker i Zis nadal stały frontem do siebie. Nie było wokół nikogo. Ani na polanie ani w lesie, ani na pakach czy w szoferkach. Lejtnant i strażnicy  nie wrócili z akcji do obozu. Oficer czekał na ludzi i raport. Nie było gratulacji, obietnicy awansu. Nie było niczego. Poza ciszą.  Martwą i złowrogą. Wysłano więc kolejny oddział na miejsce. W końcu robota  mogła być wykonana wzorowo. Żerebcow nie żył  a oni w drodze powrotnej, mieli wypadek albo zgubili drogę  w śnieżnej zamieci. Drugi oddział strażników  przybył na miejsce egzekucji z opóźnieniem, klucząc Studebakerem  pośród zwalonych pni.  Gdy żołnierze wysiedli z wozu,  nienaturalna cisza lasu  sparaliżowała ich kroki.     Nad otwartą, czarną mogiłą  stały dwie postaci. Paweł Fiodorowicz Żerebcow,  nienagannie młody,  z czujnym i bystrym wzrokiem petersburskiego filozofa,  trzymał na rękach wielkiego, czarnego kocura. Na jego brudnym palcie  nie było śladu krwi,  a czas wydawał się omijać jego oblicze szerokim, lękliwym łukiem. Obaj z kotem trwali w milczącej zadumie, spoglądając w dół,  do wnętrza ziemnego grobu. Tam, na dnie lodowatego rowu,  pośród grud zmarzliny,  spoczywało ciało lejtnanta.  Jego oczy były szeroko otwarte,  wybałuszone w ostatecznym,  pośmiertnym zdziwieniu,  a na ustach zastygał krwawy spazm paranoi. Martwy kat leżał dokładnie tam,  gdzie kilka godzin wcześniej  miał spocząć poeta.   Żołnierze zamarli na linii drzew,  niezdolni do oddania choćby  jednego strzału z pepesz.  Wtedy, pośród arktycznego milczenia Syberii, czarny kocur uniósł poszarpane lewe ucho, spojrzał na Żerebcowa  i przemówił ludzkim, chropowatym głosem, który wibrował jak  pomruk nienasyconego pieca.   Fatalnie… fatalnie tak mój drogi przyjacielu, stracić zupełnie głowę  dla godnej pożałowania sprawy.   A Żerebcow tylko cicho mu przytaknął,  po czym obaj odwrócili się plecami  do armii straceńców  i odeszli wolnym, dystyngowanym krokiem  w gęstniejącą mgłę tajgi.   Nikt za nimi nie pobiegł ani nie strzelał. Zjawa była wolna. I było tylko kwestią czasu, gdy znów ją schwytają  gdzieś w ciemni rozpadającej się komunałki. Z maszynopisem w jednej dłoni A z kartą wiersza w drugiej.      
    • wiosną koniku wio sną niech wstają ptaszki chcą paszki a może jest morze i rosa i maj i rosną watry wiwaty i wiatry i mają się dobrze kwiaty i krople dżdżu wyłażą dżdżownice i rośnie radośnie tak ona i on jak ja i ty w deszczową toń „Jeśli deszcze w maju, wszystko rośnie jak w gaju” 
    • @Stukacz, @Berenika97, @viola arvensis, @violetta, @Poet Ka  dziękuję bardzo
    • @viola arvensis dziękuję
    • @viola arvensis dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...