Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

są różne róże
przecudnej barwy
wręczane w miłości i bez
jako zapowiedź
peccatum veniale
jak spełnienie
czczych łez

lecz twoja róża jeszcze w ogrodzie
jeszcze ogrodnik o nią się troszczy
jeszcze podlewa, ciągle dogląda
jeszcze nie przyszedł jej zew

Opublikowano

temat róży jest już strasznie wyeksploatowany w poezji; Ty nie wniosłeś do niego nic nowego; nie trafia to do mnie; nie widzę w tym wierszu nic głębszego;
do tego:
"różne róże" --> brzmi to kiepsko, naprawdę
no i po co ta łacina, żeby popisać się, że umiem?
czczłe łzy, przecudna barwa - to także jest nieco banalne i nieciekawe przede wszystkim
co do drugiej części - brzmi nieźle (rymy, rytmika), ale sens wg mnie okropny i wyjątkowo oklepany;

i taka mała rada, lepiej nie wklejać do Warsztatu tylu wierszy naraz, jest wtedy mniejsza szansa, że ludzie Ci te wiersze skomentują i ocenią - lepiej pojedynczo :)

pozdrawiam serdecznie

Opublikowano

"temat róży jest już strasznie wyeksploatowany w poezji"

Jak lubię taką precyzję....

Pisanie czegoś takiego jak wiersze też jest strasznie wyeksploatowane, wogóle po co gadać...

gość dobrze napisał, dobrze użył symboli i formy.... powiedział coś nowego, mógłby i o kapuście napisać - ale napisał o róży i w miarę świeżo....


;o)

Opublikowano

Trudno, do dzis chodują róże i do dziś daja je sobie ludzie, to uniwersalny język... i nie można go wykluczać z kultury ot tak sobie.....

Dobrze jak nie jest podany w sposób ściśle oklepany... a tu nie jest tak źle....

a napadam, bo charakter mam i temperament, nic osobistego...

;o) pozdrawiam....

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...