Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zapach tanich papierosów wypłukiwany z pończoch co rano przyprawiał ją o mdłości. Miała dobrze po 40 i była przerażona tym, że tu i ówdzie pojawiały się zmarszczki głębsze niż chciałaby mieć, że skóra posmutniała o opadła jej z ciała, obciągając teraz kanciaste, przerażająco białe kości. Widziała je w lustrze tego ranka- bezmięsne gałęzie ramion osłaniały przed jej własnym wzrokiem sflaczałe piersi i brzuch który zdobiła biaława pręga wytartej przez niezliczonych kochanków skóry. Wtedy płakała po raz pierwszy- skulona w kącie miedzy wanną a kiblem wyła jak zwierze, jak dziecko- śliniąc się, pozwalając by makijaż spłynął jej w potoku łez i smarków. Kiedy przerażenie zmieniło się we wściekłość, a poczucie straty w kolejną butelkę słodkiego, lepkiego likieru w kieliszku, który mógłby być kryształowy, ale był wyrznięty ze szkła- H. wpadła na cudowny pomysł.
Ugrzęzła w łazience na kolejne godziny, układając resztki włosów tak, żeby osłaniały łysiejącą czaszkę, nacierała skórę wszystkim, co miała pod ręką, rozpaczliwie czepiając się nadziei, ze zostało jej jeszcze kilka lat Życia- opinała brzuch gorsetem mocniej niż mogła znieść, wypychała obwisłe piersi wyżej, niż kiedykolwiek były, szczypała boleśnie sutki, żeby odznaczały się spod wydekoltowanej bluzki. Żeby nie było widać żylaków- założyła ciemne, matowe pończochy i buty na tak wysokiej szpilce, że dobre pół godziny musiała uczyć się jak w nich chodzić. Ostrą żyletką zgoliła krzywe brwi i odrysowała tłustą, czarna kreską dwa cienkie, jaskółcze skrzydła. Skropiła się piżmowymi perfumami przekonana ze i tak czuć od niej pleśnią. Wąskie usta narysowała na nowo wspaniałym, karminowym kolorem, mając nadzieję, że posunięcie się poza granice sztuczności pozwoli jej coś jeszcze odzyskać.
Mąż odszedł od niej sześć miesięcy wcześniej- nigdy nie ukrywał, że oczekuje od niej tylko jednego- jako wysoko postawiony oficer wlókł ją ze sobą z przyjęcia na przyjęcie- niemą, piękna kobietę o pustych oczach- dodatek do munduru. Nie tłumaczył, dlaczego odchodzi, a ona nie chciała rozumieć. Przysyłał jej pieniądze na dzieci, które żyły we własnym świecie, gdzieś poza granicą jej postrzegania- z początku małe, czerwone, wrzeszczące potwory, później dwie porcelanowe laleczki, które istnieją tylko w niedzielne popołudnia, kiedy przebrane w falbaniaste sukienki spacerują z nią po parku. Nie bała się samotności- lekarstwem na nią byli mężczyźni, którzy zostawali czasem miesiąc, czasem tylko jedną noc, zostawiając po sobie zapach potu, spermy i gorzki posmak w ustach. Wystarczało jej to- chwilowy błysk w oku, które nie znało ciepła, zwierzęcość- nigdy nie czuła się skrzywdzona pożądaniem, przeciwnie- to dla niego żyła.
Zawsze była dumna ze swoich paznokci. Szponiaste, czerwone, drapieżne- utwierdzały ją w przekonaniu, że to ona panuje nad sytuacją, kiedy w szale łamała je na ciałach kolejnych kochanków. Kiedy ci sami kochankowie bili ją po twarzy i krew z nosa mieszała się w jej ustach z krwią zlizaną z ich pleców i piersi. Nawet, kiedy rzygała krwią skrzepłą w jej przełyku w ciemne szkarłatne grudki- była z siebie zadowolona.
Zmieniona godzinami ciężkiej, gorączkowej pracy w niemal idealna imitację piękna, jeszcze raz spojrzała w lustro i uśmiechnęła się do siebie. Narzuciła czerwony wełniany płaszcz i pod wielką parasolką o mahoniowej rączce wyszła w deszcz.
Nie była pewna, gdzie mieszka. Nigdy nie spytała, ale strzępki informacji, które chciwie łowiła w salonach dawnych przyjaciółek- ciepłych gniazdach z ogniem w kominku, wielkim psem cierpliwie znoszącym wrzaski roześmianych dzieci i dzwoniący w uszach śmiech, którego w jej domu nigdy nie było- musiały wystarczyć. Zabłocona ulica rozmywała jej się przed oczami, kiedy brnęła przez noc. Nic z jej pracy nie zostało zniszczone- skorupa włosów była tak twarda, kreski imitujące twarz tak tłuste, a gorset zaciśnięty tak mocno, że choćby leżała pod wodą miesiąc nie zmieniłaby się. Chciała znów poczuć się jak drapieżny kot i udało jej się to- na palcach omijała kałuże, stukając obcasami płoszyła zimno, które chciało wkraść się pod przemoczony płaszcz. W końcu znalazła.
Dom stał na końcu ulicy obsadzonej starymi, rozłożystymi kasztanowcami- był niewielki, z ogrodem pełnym jeszcze umierających kwiatów i sękata jabłonią, na której wisiała huśtawka. Otworzyła furtkę, przeszła ścieżką wyłożoną kamieniami o mało co nie łamiąc sobie nóg, kiedy wysokie obcasy zamiast stukać kusząco grzęzły w rozmokłej ziemi. Zapukała do drzwi.
Otworzył i rozdziawił usta ze zdziwienia. Nie wierzył, że kiedykolwiek przyjdzie. Z początku czekał- nie z tęsknoty za nią, ale z przyzwyczajenia. Przez lata nauczyli się siebie tak dobrze, że wystarczało mu kilka minut na podłodze w kuchni, żeby przestał odczuwać fizyczność i mógł spokojnie iść do pracy. Odszedł, bo fizyczność zaczęła go mierzić, też odwiedzał cudze gniazda i w żadnym nie było mu tak zimno jak w swoim własnym. Budził się z koszmarnych snów przesiąknięty zapachem rozkładu i przerażony jak mały chłopczyk. I tak jak chłopczyk- szedł tam, gdzie była ona- jeszcze zimniejsza niż on i brał ją, wszystko jedno jak i gdzie- żeby nie czuć zimna. Z początku pomagało. Wydawało mu się, że widuje słońce, ze jego uśmiechy są szczere, zdobył się nawet na rozmowę z jednym z tych dzieci, które podobno były jego i był zdziwiony, że zna aż tyle słów. Powiedział dziewczynce ze ja kocha i nawet nie zauważył, ze skłamał.
Był pewien ze został uleczony z zimna. Jego żona przestała odwiedzać kochanków- tak, wiedział, że z nimi sypia, tak jak ona wiedziała, że zostawia swój zapach na ciele pewnej młodej krawcowej z ulicy obok, płacąc jej nadzieją, że odejdzie od H. i weźmie ja do siebie. Zostawił dziewczynę w jej zakurzonej szwalni pewnego popołudnia, kiedy był już pewien ze nie odejdzie od żony- zapłakaną, koślawą, owiniętą wokół stołka z twarzą spuchniętą od płaczu i rany ropiejącego dziąsła.
Jakiś czas później, kiedy leżał z H. w rozgrzebanej pościeli i udawał, ze nie słyszy szlochania zza ściany, zauważył długą, głęboką jak wąwóz zmarszczkę za szyi żony. Dotknął jej palcem, próbował rozciągnąć, wygładzić, ale nadal tam była- jak rana poderżniętego gardła raziła jego oczy. Starał się na nią nie patrzeć, pewien ze to wystarczy, żeby nie widzieć powolnego więdnięcia, żeby móc się z nią kochać, żeby nie było mu zimno, ale szybko przekonał się ze im bardziej zamyka oczy, tym wyraźniej widzi trupio zapadnięte policzki, rozlewające się bezwładnie piersi, pierwsze siwe włosy i prześwitującą przez nie miejscami gładką czaszkę. H. wyglądała coraz bardziej jak trup, nocami, leżąc pełen obrzydzenia widział jak jego żona rozkłada się, jak z jej wyschniętych ust wypełzają białe, tłuste larwy. Czuł się wtedy jakby sam leżał w zimnym, przerażającym grobie- wszystko pachniało pleśnią i rozkładem. Pewnej nocy wstał, ubrał się i wyszedł, żeby nigdy więcej nie musieć na nią patrzeć.
A teraz stała tu, taka jak kiedyś, cudownie żywa, barwna wśród szarej ciemności, z piękną twarzą, z szyją bez skazy, z tymi swoimi szponami, które w młodości łamała na jego ciele. Przyciągnął ja do siebie i było jak kiedyś- było zwierzęco, ciepło jak jeszcze nigdy- nie rozebrał jej nawet- wziął ją po prostu, jak rzecz, tak jak lubiła, ostre krawędzie połamanych paznokci poraniły mu twarz i plecy, ale czuł się znów żywy, czuł się tak jak zawsze chciał się czuć- potrzebny, silny.
Kiedy się rozpletli nadal wyglądała tak samo- nieruchoma twarz, nienagannie ułożone włosy- jak u lalki. Przesunął palcem po jej ustach, po przymkniętych powiekach i odskoczył jak oparzony. Czerwień ust rozmazała się kreską aż na policzek, brwi spłynęły z trupiobladej twarzy do pustych oczodołów przykrytych sinozielonymi powiekami. Kiedy otworzyła oczy były zimniejsze niż kiedykolwiek. Rozciągnęła usta w drapieżnym, przerażającym uśmiechu, wstała i podeszła do niego. Obcasy stukały po kamiennej posadzce. A. sięgnął po pistolet i strzelił. Kobieta upadła z głuchym odgłosem na podłogę, plamiąc ją strużką sczerniałej krwi, rozkładając ramiona jak męczennica. A. stał i patrzył przerażony, jak krew wypływa i krzepnie wokół niej jak ciemniejąca aureola, jak włosy spięte dotąd klamrą rozpływają się w niej, jak ciało zastyga w biały, marmurowy pomnik świętej rozpiętej na niewidocznym krzyżu, z raną po włóczni pod żebrem. Patrzył zesztywniały ze strachu jak białe gołębie jej dłoni drgają w skurczach i jak usta wyginają się w ciepłym uśmiechu, którego nie znały nigdy wcześniej.
Wdychał z dziwną euforią piżmowy zapach swojego osobistego mesjasza, podczas gdy jego obłąkane dłonie pełzły ku podłodze. Położył pistolet obok głowy H. i zaczął nimi pożerać jej sztywne lekko ciało. Była teraz taka niewinna- nigdy nie widział jej takiej czystej i nieśmiałej- wstydziła się nawet otworzyć oczy, uda musiał jej rozchylić siłą. Kochała się z nim bez zwykłych udawanych jęków, czuł się jakby odbierał jej dziewictwo- trzewia rozdzierały mu jednocześnie pożądanie i strach przed zbrukaniem tej nieziemskiej, jaśniejącej istoty. Kiedy po raz pierwszy poczuł się z nią naprawdę blisko, rozlewając się w jej duszy, piękniejszej niż kiedykolwiek, podniósł pistolet i strzelił sobie w głowę.

  • 3 tygodnie później...
Opublikowano

Autorka musi być bardzo młoda. Przed dwudziestką wydawało mi się, że po czterdziestce popełnię samobójstwo. Ale to właśnie kiedy przekroczyłam czterdziestkę kochali się we mnie faceci. Dziewczyno, przed tobą całe życie. Ale pisarstwo - nie.

Opublikowano

Autorka nie jest bardzo młoda, złociutka :) Zero zrozumienia- nie wymagam go- patrzysz na tekst przez pryzmat starzenia sie, a to zupełnie nie w tą stronę, oboje mogliby mieć równie dobrze po 20 lat, ale chciałam im dać czas na popadniecie głębiej w paranoję. Nie twierdzę ze tekst jest szczególnie udany... a jako prozaik stawiam drugie kroki.. chwiejne, ale jednak... i nadal wszystko przede mną, niezależnie od tego jak na mnie nakraczesz kochaniutka:)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Dokąd zmierzasz świecie…? Jak karawana na pustyni, po niknących śladach szukasz próżno oazy.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Gdy falujące morza i oceany kłaniają się wyspom naprzeciw, ty wciąż nie dostrzegasz celu.   Człowiek pręży się i maskuje, łamie rozum, by pojąć boże zamysły, stawiając siebie na piedestale.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Wieża Babel dawno upadła, jakże jesteś nierozumny, jak Ikar, zbyt blisko słońca.
    • @Migrena

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Idiotka     Ewa J., obecnie wyższa urzędniczka w ministerstwie kultury, swojego przyszłego męża poznała na plaży w Międzyzdrojach, gdzie na wypoczynek skierowała tę dwudziestoczteroletnią panienkę jej macierzysta firma. Wpadł jej w oko już pierwszego dnia. Elegancki, chociaż tylko w slipach, spacerował po plaży i czasami tylko udawał się na płytkie wycieczki w morze. Ewa J. umieściła swój kocyk w kratę właśnie obok „majdanu” przystojniaka w slipach. Reszta urlopu młodej pracownicy ministerstwa upłynęła na towarzyszeniu poznanemu na plaży chłopcu – chociaż może akurat było odwrotnie. Przedstawił się jako Jasiek C. Dowiedziała się jeszcze od niego, że skończył prawo i jest pracownikiem Ministerstwa Obrony, a jakże. Po samochodowym powrocie z urlopu (Jan C. był zmotoryzowany) romans trwał w najlepsze i po roku zakończył się bardzo kameralnym weselem. Młoda mężatka przeprowadziła się do eleganckiego, chociaż architektonicznie siermiężnego, tak zwanego dolarowca, do mieszkania męża. Dwa lata później Ewa C. urodziła chłopca, któremu dano na imię Piotr. Po wykorzystaniu urlopu macierzyńskiego młoda mama wróciła do pracy, a małemu Piotrowi wynajęto bardzo drogą, bo dobrze wykształconą opiekunkę. Lata płynęły. Państwo C. spędzali razem urlopy, powodziło im się doskonale, byli kochającym i czułym małżeństwem. Mieli własny jacht na Mazurach oraz domek myśliwski zagubiony gdzieś w bieszczadzkich lasach. Czasami przyjmowali gości, ale byli to zawsze znajomi pani Ewy. — Mąż, ze względu na tajny charakter swojej pracy, nie ma przyjaciół — mawiała do swoich przyjaciółek pani Ewa. — A co to za praca? — dopytywały zaciekawione. — Sama nie wiem, ale to jakaś osobliwa wojskowa tajemnica — odpowiadała. 23 lata po ślubie Ewa C. zjawiła się nieproszona na policji i zażądała rozmowy z oficerem, bo to, co ma do przekazania, jest rewelacyjnie ważne i niezwykle tajne. Policja chętnie nadstawia ucha, bo bardzo sobie ceni donosy, a szczególnie takie, w których żona donosi na własnego męża. Ewa C. zeznała, że odkąd poznała Jana C., on zawsze pracował w ministerstwie obrony. Miał legitymację służbową przedłużaną w grudniu na następny rok. Ale w 23. roku wspólnego życia pani Ewa C., urzędniczka w ministerstwie, udawała się do swojego chorego szefa, dyrektora departamentu, w celu zasięgnięcia jego opinii w sprawie służbowej. Było to przed południem, przed ekskluzywnym budynkiem mieszkalnym, ostatnio oddanym do użytku w Warszawie. Zobaczyła mianowicie swojego męża w garniturze i z czarną teczką w dłoni (tak właśnie o tej porze roku wychodził do pracy), jak sprężystym krokiem przemierza przeszklony korytarz na pierwszym piętrze, zatrzymuje się, otwiera jakieś drzwi i wchodzi do czyjegoś, jak sądziła, mieszkania. Przyjrzała się dobrze tym drzwiom. Były identyczne jak siedem pozostałych. Pospiesznie załatwiła swoje sprawy z pryncypałem, ale do pracy już nie wróciła. Zaintrygowana i pobudzona siedziała w samochodzie, obserwując znajome drzwi z numerem, za którymi zniknął mąż. Kilka minut po szesnastej elegancki pan, czyli właśnie Jan C., wyszedł z mieszkania, przemierzył korytarz, zjechał windą na parking, wsiadł do swojego samochodu i odjechał, a czatująca żona podążała za nim. Pan Jan podjechał pod dom państwa C. i niespiesznie się do niego udał. Chwilę po nim do domu weszła małżonka. Nie dała po sobie poznać, że oto poznała jakąś męża tajemnicę. Standardowe pytania: jak w pracy, wszystko dobrze, obiad, syn na randkę z dziewczyną lub chłopakiem, lektura gazet, kolacja, telewizor, łóżko. Rano Jan C., jak co dzień, wychodzi pierwszy, ale tuż za nim wybiega Ewa C. Podróż małżonka kończy się pod domem z wczorajszych obserwacji Ewy C. Pan Jan opuszcza samochód, idzie chwilę korytarzem i znika za drzwiami mieszkania, czy diabli wiedzą czego, oznaczonego numerem sześć. Żona idzie za nim, podchodzi pod drzwi, nasłuchuje, ale nie dobiegają do niej żadne dźwięki. Jest cicho. Wsiada do swojego samochodu, jedzie do pracy, bo dzisiaj akurat musi, ale wychodzi wcześniej, jedzie na Mazurską (tak ją tutaj nazwijmy). Tuż po szesnastej wychodzi mąż, wsiada do samochodu i jedzie do domu. Ale zaraz po obiedzie żona pyta męża, czy u niego w pracy wszystko w porządku. — Oczywiście, jest spokojnie — odpowiada. Jest klasycznie spokojnie i dodaje jakąś ciekawostkę o generale, którego żona zna tylko z telewizora. I jest następny dzień. Rano małżonkowie, oboje, ale oddzielnie, jadą na Mazurską, ale tym razem Ewa C. dzwoni do ministerstwa, że dzisiaj do pracy nie przyjdzie, bo – delikatnie mówiąc – niedomaga. Siedzi osiem godzin przed pracą, a raczej przed sama nie wie czym swojego męża, aż wreszcie kilka minut po szesnastej pracownik ministerialny opuszcza, powiedzmy, że pracę i jedzie do domu. Małżonka jedzie za nim. W poniedziałek Ewa ze swoją koleżanką z pracy podjeżdża na Mazurską. Poinstruowana kobieta idzie do mieszkania nr 6 i dzwoni. Otwiera jej mąż Ewy C. (ona go zna, on jej nie) w samej koszuli, krótkich spodenkach i na bosaka. Koleżanka żony pyta, czy zastała Stefana. Jan C. bardzo grzecznie, z uśmiechem na twarzy i na luzie odpowiada, że tutaj nie ma nie tylko Stefana, ale nawet żadnego innego mężczyzny. Ewa C. analizuje swoje życie, a raczej życie swojego męża, Jaśka. Chodzi codziennie przez 23 lata do tej samej pracy, zawsze ubrany elegancko, wręcz wytwornie, jak na człowieka z dużą klasą i na stanowisku przystało. O jego pracy nigdy szeroko nie rozmawiają, bo to są tajemnice i lepiej dla niej, aby nic nie wiedziała. Nie ma przyjaciół ani kolegów. Małżonkom nie zbywa na niczym. Mąż jest czuły i troskliwy, a więc jest świetnym partnerem i ojcem. Każdego miesiąca oddaje do domowego budżetu swoje zarobki w bardzo przyzwoitej wysokości. Ale w rzeczywistości do pracy nie chodzi, bo z tego, co ona się orientuje, to jeszcze u nas tak nie ma, żeby ministerstwo zlecało swoim pracownikom chałupnictwo. A więc tak, myśli Ewa C.: albo w grę wchodzi jakiś niezrozumiały romans z kobietą, albo mąż jest uwikłany w bardzo nieczyste interesy. Pewnego popołudnia, kiedy mąż jest w domu, jedzie na Mazurską i dzwoni do drzwi z numerem 6. Cisza, chociaż dzisiaj modnie byłoby napisać, że słyszy ciszę. Nie ma spisu lokatorów. Jeździ tak kilka razy, ale nigdy jej nikt nie otwiera. Wtedy jedzie na policję, która skrupulatnie spisuje jej zeznania, na koniec prosząc o dyskrecję. Oni się do niej odezwą. Policjanci szybko orientują się, że jeżeli w grę wchodzi pracownik Ministerstwa Obrony, o którym oni sami w swoich aktach mają pustkę, to sprawę należy przekazać do kontrwywiadu wojskiem. Agenci kontrwywiadu, wietrząc szpiegostwo na dużą skalę, zakładają na Jana C. całkowitą inwigilację. W nocy wchodzą do mieszkania na Mazurskiej i skrupulatnie je przeszukują. Jest to 90-metrowy apartament, bardzo bogaty i wykwintnie wyposażony w najlepsze włoskie meble skórzane, super sprzęt audio, kino domowe, obrazy, puszyste dywany... Jednym słowem, mieszkanie jest urządzone z niebywałym przepychem, aczkolwiek z zachowaniem niebanalnej elegancji. Na półkach stoją tysiące dysków z filmami i muzyką jazzową. Na powierzchni około 20 m² rozłożona jest instalacja kolejki elektrycznej. Nie są to jednak tanie zabawki z dawnego NRD czy chińska tandeta. Te kolejkowe zabawki wytwarzane są na zamówienie w Japonii przez firmę produkującą je dla bardzo zamożnej klienteli. Tory są szersze niż w normalnych zabawkach, lokomotywy i wagoniki wykonane z dbałością o każdy szczegół, jest komputerowe zarządzanie ruchem, a całość ma wartość luksusowego samochodu osobowego. W rogu stoi najnowsze dziecko firmy Lockheed Martin, przeznaczone dla dużych i bardzo bogatych chłopców. Jest to wart kilkadziesiąt tysięcy dolarów symulator lotniczy do walk w powietrzu, bombardowań, atakowania czołgów i tak dalej. W klaserach na półkach są zbiory monet. Jak szybko orientują się agenci, są to monety najdroższe na świecie. A więc, pomyśleli agenci przeszukujący mieszkanie, człowiek tu mieszkający pławi się w luksusie, na jaki stać tylko ludzi najbogatszych. W mieszkaniu z numerem 6 instalowane są podsłuchy głosowe i wizyjne. Jan C. zostaje zaś poddany totalnej inwigilacji. Prześwietlone zostaje życie obserwowanego od jego narodzin. Obserwuje się również jedyną bliską mu osobę, czyli jego matkę, Kazimierę C. Jest ona byłą urzędniczką do spraw bezpieczeństwa i higieny pracy w centrali PKP, aktualnie – ale od 21 lat – na rencie po stracie nogi w wypadku kolejowym. Kobieta ta pobiera 1920 zł renty, jest domatorką, nigdy i nigdzie nie wyjeżdża. Agenci szybko ustalili, że Kazimiera C. jest właścicielką wartego 950 tysięcy zł mieszkania na Mazurskiej oraz luksusowego, sportowego mercedesa GLE Coupe wartego pół miliona złotych, jakiego używa jej syn Jan. W mieszkaniu Kazimiery C. zjawia się agentka podająca się za pracownika Urzędu Skarbowego, pytając, skąd posiadała ona pieniądze na zakup mieszkania i samochodu. Kobieta nie jest speszona ani zdenerwowana pytaniami. Odpowiada, że o wszystko należy pytać jej syna, czyli Jana C. Groźby i perswazje nie rozwiązują jej języka. Trzymiesięczna totalna inwigilacja, podsłuchy i nagrania nie odpowiadają na żadne istotne pytania służby wojskowej. Wiadomo jedynie, że Jan C. nie tylko aktualnie nie pracuje, ale w ogóle nigdy i nigdzie nie pracował. Kontrwywiad ustala też, że obserwowany prowadzi niezwykle ustabilizowane życie. Każdego dnia jedzie do „pracy”, czyli na Mazurską, bawi się tam jak chłopiec, ogląda filmy, słucha jazzu, czasem się zdrzemnie i wraca po „pracy” – czyli po wszystkim, co w swoim, a właściwie swojej mamy mieszkaniu robił – do domu. Sprawia wrażenie człowieka bardzo pewnego siebie, ale ciepłego i miłego. Nie ma znajomych, z nikim się nie kontaktuje, nikt go nie odwiedza. Kontrwywiad zwraca sprawę policji, a ta decyduje się na zatrzymanie Jana C. Na pierwszym przesłuchaniu zatrzymany opowiada policji bajkę o tym, że kilkadziesiąt lat temu, kiedy zażywał życia w lenistwie, bo właśnie rzucił liceum po drugiej klasie szkolnych trudów, spotkał na ulicy szczupłego mężczyznę, który powiedział mu mianowicie, że jest jego ojcem. Powiedział też synowi, że porzucił matkę i jego, kiedy syn miał 5 lat. Dzisiaj przychodzi tu, aby nadrobić krzywdę, jaką mu wyrządził swoim odejściem. Powiedział też, że nie zapomniał o chłopcu i z bagażnika poloneza wyjął niewielką skórzaną torbę, wręczając ją synowi. — Masz tutaj ogromny majątek — powiedział — bądź tylko mądry, a wystarczy ci na całe życie. Chociaż Jasiek C. nie rozpoznał w nieznajomym ojca, to jednak po wypytaniu mamy, jak wyglądał tata, zorientował się, że to był właśnie on. W skórzanej teczce znajdowało się kilkadziesiąt papierowych pakunków, w każdym z nich było po kilka szlifowanych kamieni. Były to brylanty. Jan C. kupił odpowiednią literaturę, odwiedzał sklepy jubilerskie i powoli docierało do niego, że naprawdę został właśnie bogaczem. Pewnego dnia z dwoma niedużymi kamyczkami udał się do złotnika. Ten obejrzał towar i powiedział, że to dla niego zbyt poważny interes i nie jest zainteresowany zakupem, ale może skontaktować sprzedającego z odpowiednią osobą. Osoba ta zjawiła się na umówione spotkanie. Był to mężczyzna mówiący po angielsku, ale znał też wiele słów polskich. Obejrzał i zważył małą wagą jubilerską kamienie i powiedział, że może za obydwa zapłacić jakąś astronomiczną dla Jana C. kwotę. Transakcja doszła do skutku. Wtedy Jan C. powiedział Anglikowi, że niebawem będzie miał do sprzedania znowu dwa kamienie. Kupujący pozostawił swoją wizytówkę i powiedział, że czeka na telefon. Przez 25 lat Jan C. dzwonił do Anglika kilkanaście razy. Nauczył się mówić po angielsku. Przyzwyczajeni jednak do trochę bardziej realistycznych bajek policjanci zaproponowali w rewanżu za opowieść Janowi C. areszt. Prokurator wystąpił o jego zastosowanie do sądu, ale ten nie znalazł ku temu podstaw prawnych. Jana C. zwolniono. W kilka dni później został jednak ponownie zatrzymany pod zarzutem podrabiania dokumentów, a mianowicie legitymacji służbowej Ministerstwa Obrony. Zatrzymany przyznał się do zarzucanych czynów i zeznał, że wykonał ją sam, korzystając z drukarki i maszyny do foliowania. Co roku wypełniał też odpowiednie rubryki, co miało świadczyć o ważności legitymacji w kolejnym roku, własnoręcznie wykonaną pieczątką. Należy jednak stwierdzić, co przyznał również prokurator, że wygląd zrobionej przez zatrzymanego legitymacji bardzo daleko odbiegał od oryginału, a nawet był do niego zupełnie niepodobny. Zatrzymany przyznał się do zarzucanego czynu i chociaż prokurator sporządził wniosek do sądu o zastosowanie wobec podejrzanego aresztu, to jednak sąd nie znalazł ku temu odpowiedniego powodu. Jeszcze raz policjanci próbowali nakłonić Jana C. do uwiarygodnienia swojej opowieści przez okazanie pozostałych brylantów. — Będzie panu lżej, panie Janie — przekonywali. — Nie bądźcie panowie śmieszni — odpowiedział grzecznie zatrzymany i udał się do domu. W jakiś czas później Jan C. otrzymał wezwanie do prokuratury i udał się tam ze swoim świetnym adwokatem. Prokurator przedstawił podejrzanemu akta sprawy przed skierowaniem do sądu. Z akt Jan C. dowiedział się, że za całą sprawą stała jego żona Ewa, składając na własnego męża donos na policję. Wkrótce odbyła się sprawa sądowa, a sąd, z powodu małej szkodliwości społecznej czynu, sprawę umorzył. Jan C. przeprowadził rozmowę z żoną. — Słuchaj, wiem, że to ty na mnie doniosłaś. Zachowałaś się jak ostatnia zdzira, ale ci wybaczam, bo cię kocham — powiedział, a w odpowiedzi usłyszał to, czego ona dowiedziała się od policji. — Jak ja mogłam tyle lat żyć z prostakiem bez zwykłej matury?! Jesteś dla mnie oszustem! Jak mogłam wyjść za człowieka z gminu?! — krzyczała nie tylko mężowi w twarz, ale w kilka dni później również prosto w oczy swoim bardzo licznym a ciekawskim przyjaciółkom. Jan C. jak stał, tak wyszedł ze swojego mieszkania. Nigdy już do niego nie wrócił. Wkrótce z wniosku pani Ewy odbyła się sprawa rozwodowa i już na pierwszej rozprawie sąd zarządził rozwód. Ewa C. wytoczyła następnie swojemu byłemu mężowi sprawę o podział majątku. „Mieszkanie i samochód jest byłej teściowej, ale my z mężem mamy luksusowy jacht i dom myśliwski w lesie” – napisała w pozwie Ewa C. Łączna wartość majątku małżeństwa została oszacowana na sześć milionów złotych. Na sprawie świetny, ale bardzo drogi adwokat męża przedstawił zaświadczenie, że trzy miesiące temu na jachcie, którym płynął jej mąż, wybuchła butla gazowa i doszczętnie go zniszczyła. Jana C. wyłowiła z wody łódka wędkarska, a zaraz potem przyjęła go na pokład motorówka policji wodnej. — Tutaj jest cała dokumentacja zdarzenia — powiedział i położył na stole sędziowskim plik dokumentów. — Tylko przez zwykłe przeoczenie Jan C. zapomniał o opłaceniu ubezpieczenia wypadkowego — dodał mecenas. — Ale jest jeszcze dom! — darła się w sądzie Ewa C. Adwokat z kamienną twarzą położył przed sędzią notatki z policji i straży pożarnej stwierdzające, że w dniu takim a takim, prawdopodobnie od zwarcia instalacji elektrycznej, wybuchł pożar, po którym wspaniały dom myśliwski zamienił się w stertę gruzu. — On to spalił! — wrzeszczała przed sądem Ewa C., mając widocznie na myśli swojego byłego męża. — Bardzo wątpię — powiedział adwokat i położył na stole sędziowskim dokumenty stwierdzające, że w dniu pożaru Jan C. towarzyszył swojemu mercedesowi w wymianie oleju w autoryzowanym serwisie, setki kilometrów od uroczego domku w lesie. Syn małżonków C., Piotr, kupił sobie na raty – aczkolwiek, jak głosi plotka, za pieniądze tatusia – mieszkanie i zamieszkał tam ze swoją dopiero co poślubioną żoną. Kolorowe gazety doniosły ostatnio, że śliczna młoda aktorka, grająca już nie tylko w serialach, poślubiła przystojnego i bogatego, chociaż już starszego pana. Chodzi właśnie o Jana C. Idiotka Ewa J., dawniej Ewa C., mieszka obecnie w wynajętej, obskurnej kawalerce gdzieś na Ursynowie. Głupota towarzyszy ludzkości od samego jej początku, małostkowość zaś jest tym jej elementem, który potrafi zniszczyć życie nie tylko śmieciarza, doktora habilitowanego czy prostego magistra, ale również ministerialnej urzędniczki. I to byłoby na tyle.              
    • zima nadeszła za wcześnie. rozpalone płatki śniegu, rozkładają się w podłożu.   nie przyjdzie więcej, nareszcie... lata spędzone w szeregu, marsz do zbiorowego grobu.   pamięć twa nałogiem, chodnik twym cmentarzem, cegła twym nagrobkiem.   głoś więc w szczelinach na wpół skremowany, ostatnie kazanie oddechem urwanym. niech wiedzą, że papież nie został wybrany, a ty wiedz, że byłeś, tym razem, ostatnim.  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Nieco z góry, wszystko wyda się mile i słodkie, w tej naszej imagino manipulacji zwanej kreacją ;) Z rozmachem, niezwykle. Pozdrawiam

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...