Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano
[u]PIERWSZY TRIP[/u]

12 Września 2004

Rozpocząłem pisanie od wypicia szklanki tokaju. Wydaje mi się, że dobrze zrobiłem. Sięgając po wino, próbowałem zabić ślady pamięciowe, jakie pozostały po ostatnich wydarzeniach, których byłem świadkiem. Niestety nie udało się, więc zdecydowałem się opisać to, co przytrafiło się w tym roku. Wskazówki muszą się cofnąć, aby móc rozpocząć podróż w czasie.

11 Września 2004

Czekam na przystanku na autobus i nie do końca orientuję się w anatomii swego ciała. Czy to moja prawa ręka obściskuje tę blondynkę? Chyba zaraz połknę język, tak bardzo się kurczy i powoli się zapada w głąb jamy, a na zegarze już prawie północ. Obym tylko nie zasnął. Czerwone oczy rozpoznają jakieś śmieszne stworki skaczące po pasie zieleni, to z pewnością Teletubisie. Ten niebieski popchnął różowego. Żółty zaczął odgryzać skrzydełka gołębiom. Widzieliście o północy tyle gołębi? Jakaś pięknisia woła mnie. Wsiadam do pojazdu czterokołowego zdalnie sterowanego, nie wiem dokąd jadącego, lecz mocno trzęsącego. Jestem teraz pasażerem bez własnego języka. Wkładam palce do przełyku, próbuję coraz głębiej. Nic to nie daje. Wymuszam odruch wymiotny i resztki pizzy lądują na szybie, a jęzora jak nie było, tak nadal nie ma. Nawet nie mogę przekląć. Autobus skręca gwałtownie w lewo, więc moja twarz ląduje w… Widzę jak za zakrętem znikają Teletubisie. Żółty triumfuje, otwierając szeroko usta, pokazuje język, na którym powstała mieszanka śliny z piórami. Autobus po kilku minutach zatrzymuje się i otwierają się drzwi. Wychodzę i przewracam się na chodnik.

10 Września 2004

Wpadłem do piwnicy pełnej ludzi. Najpierw oszołomił mnie huk muzyki, a później poczułem na sobie łokcie kobiet pchających się na parkiet. Tak, to była ostra impreza. Ani jednej trzeźwej osoby. Dwie panie zaciągnęły mnie do stolika, na którym stał pełen kufel piwa. Zaszumiało mi w głowie. Czas stanął w miejscu, zrobił sobie dzień wolny. Ot tak, po prostu zapaliłem papierosa. Wciągnąłem do płuc dym i powiedziałem sam do siebie, że jestem gotowy. Wyskoczyłem na parkiet i zacząłem tańczyć. Początkowo zauważałem innych ludzi, ale później oddałem się samotnej zabawie. Kręciłem się, skakałem, podążałem za światłami, obijałem się o ściany. Pomieszczenie stawiało się coraz to mniejsze, aż w końcu widziałem je przez okrąg wielkości dziurki od klucza. Malutcy ludzie, niewielkie nogi. Mniejsze, jeszcze mniejsze, najmniejsze. Wszystko zniknęło. Stałem w ciemnym pustym pomieszczeniu. Gdzieś z oddali dobiegały dźwięki czegoś w rodzaju hiszpańskiej gitary. Kiedy miałem udać się w stronę dochodzących odgłosów, dwie poznane wcześniej panie, wzięły mnie pod rękę i poprowadziły ku źródłom doznań węchowych. Pizza Pescatore wylądowała w moich ustach. Jadłem zachłannie, a z każdym kęsem traciłem apetyt. Ostatecznie pozostałem samotnie w nieznanej pizzerii, niczego nie widząc, nie czując i nic nie słysząc.

9 Września 2004

Postanowiłem pojechać do wielkiego miasta, by móc zobaczyć prawdziwego Teletubisia odgryzającego głowę gołębiowi. Włożyłem do kieszeni kilka różnych tabletek: meskalinę, narkazynę oraz kilka pigułek psychotropowych.


[u]DRUGI TRIP[/u]

Dzień X

Ten dzień mógłby się nie zdarzyć, ale jednak się przytrafił. Był to trip pociągowy i trwał godzinę. Natomiast intensywność emocji rozciągnęła go w czasie. Faza pierwsza: mam ostatnio dziwne przeżycia z kobietami, bowiem większość z nich dopatruje się we mnie adoratora; nawet gdybym unikał kontaktu wzrokowego, to zawsze jakimś nieświadomym gestem, mimiką twarzy bądź słowem narażam się na nadinterpretację ze strony pań. Co zatem mam zrobić? Ukryć się? Jeśli jedna tak źle odbiera moją uprzejmość to jeszcze pół biedy, ale kiedy prawie wszystkie… ty kręcisz do mnie albo do niej, ty jesteś zafascynowany nią, patrz jak do niej zarywa, no – chyba do mnie startował na imprezie… Faza druga: siedziałem w rzeczonym pociągu i mi nawet przez myśl nie przeszło, że kogoś spotkam, jednak myliłem się; dwie koleżanki usiadły koło mnie, a trzecia rozsiadła się naprzeciw nas, tej ostatniej nie trawię (powiedziała mi po 30 sekundach znajomości, iż ma faceta, a nie pytałem jej o to, co mnie to obchodzi!?); koleżanka nr jeden coś tam nawijała i w pewnym momencie zrobiło się jej gorąco, więc przesiedliśmy się na inne miejsca; koleżanka nr dwa (ma albo i nie ma faceta) stwierdziła, że wstępnie już umówiła się ze mną na lekcję francuskiego… Co z nich wyniknie? Któż to wie. Siedząc naprzeciwko zaczepiała mnie nogami. Tego już było dość. Nie jestem przecież kastratem. Miałem ochotę prześlizgnąć ręką po jej udzie, ale to ona mnie uprzedziła, niby nieświadomie, gdy poprawiała sobie ubranie (a ponoć to ja miałem robić pewne rzeczy nieświadomie). Faza trzecia: koleżanki opowiedziały mi pouczające historyjki o natrętnych adoratorach, którzy im nie dają spokoju; może zatem dzięki wstrzemięźliwości i powstrzymaniu ręki nie zostałem wpisany w poczet nachalnych fanów.


[u]TRZECI TRIP[/u]

11/12 dnia drugiego miesiąca roku 2005

Na początku to nie był trip ale rip, bo bez klimatu i nastroju na zabawę siedziałem znowu w harleyowni i pochłaniałem pustokaloryczne piwo. Tak do godziny 02:30 przemierzałem szlak parkiet – stolik – parkiet – stolik – WC – stolik. W męskiej ubikacji jakieś panny imitowały poród. Choć tak naprawdę, to odgłosy, które wydawały przypominały pojękiwania szczytujących kobiet. Z damskiego WC wyszła niespodziewanie moja dobra koleżanka. Troszkę pogadaliśmy i zniknęła. Znowu było nieciekawie. Wciągnąłem na parkiet znajomą parę. Potańczyliśmy przez kwadrans i oni również się ulotnili. Ponownie zostałem sam. Koło 3:00 zaczęło się przerzedzać. Zobaczyłem na parkiecie tę samą dziewczynę o kręconych farbowanych na rudawy kolor włosach, która bardzo przypadła mi do gustu, ale bałem się do niej podejść. Jednak zrobiłem to. Może w tym momencie powinienem zakończyć pobyt w tym lokaju? Coś albo ktoś nie pozwolił mi. Zostałem do rana. Zostaliśmy do rana .. Tak, to moje „z piątku na sobotę” znowu się wypełniało.


[u]CZWARTY TRIP[/u]

Dzień: nieznany
Miejsce: nieznane
Wydarzenia: nieznane
Narrator: przedawkował tripy.
Diagnoza: kuracja odwykowa w pomieszczeniach bez barów.


[u]nie był to trip ale rip - nie była to wycieczka nocna po barach, lecz zejście (emocjonalny dołek, niedyspozycja fizyczno-psychiczna)[/u] - przyp. S.H.
Opublikowano

ciekawe, dobrze , że już wyrosłem z takich zabaw,

unikaj imiesłowów, mieszaj zdania, długie, przedzielaj krótkimi, równoważnikami nawet, unikaj strony biernej, pisz swobodnie...bedzie rewelacyjne....

nie wiem czemu pierwszy/ostatni fragment jest w teraźniejszym podczas gdy inne są w przeszłym, myślałem że to celowe, tak jak opowiadanie od dupy strony, ale nie mogę dopatrzeć się celowości i związku...

Czemu to zrobiłeś?

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Ja jeszcze nie wyrosłem.

Pokombinuję coś ze stylem. Tekst był w warsztacie, ale nikt nic nie pisał, więc wrzuciłem na forum.

Fakt - jest od dupy strony, bo 12 września to dzień, w którym to spisywałem (pijąc) a później jest retrospekcja czasowa.

dzięki za odwiedziny i rzeczowy komentarz.
Opublikowano

Sanestisie, czytam i zaczynam żałować, że sama tak nie potrafię ;(
treść bardzo realistycznie przedstawiona, przyjemnie przelatuje przez myśli.
na formie się nie znam, więc :]

muszę się zabrać za dokończenie opowiadanka :/, a znowu
zaczęłam pisać wiersz, trzecią reedycję :)

zdrówka i serdeczności Espena Sway :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Tak to było bardzo realistyczne, aż do bólu. Tamte zdarzenia wryły się mocno w moją pamięć, ale dalszego ciągu historii nie napiszę.
Dzięki za odwiedziny (kolejne). Czekam na opowiadanie.
szacuneczek!!
Opublikowano

zaciekawiło mnie, wciągnęło
co prawda, przyznaję, że nie umiem poukładać wszystkich puzzli w jedną całość ale czyż to konieczne?
czyta się bez ciążenia
kamień i tak opadnie na dno
pozdro

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Wiechu J. K. taka na odległość rzęs

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Wiechu J. K. Każdy z nas ma jakieś "gdzieś gdzie jeszcze nie był a bardzo chce" Pozdrawiam serdecznie 
    • @Wiechu J. K. zielsko anielsko

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @aff dziękuję Agatko  Twoje słowa są niezwykle budujące

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...