Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

wystudiowane trzy litery schowałaś do kieszeni
buty podzelowane marzeniami
zaniosły cię w nieznane

oczy zaszły mgłą wrzosowisk
zieleń z opowiadań Patryka zmatowiała
w zetknięciu z rzeczywistością

zostawiłaś piasta i z guinnessem
tańczysz krakowiaka
w rytm celtyckiej muzyki

puentę napisze życie

Opublikowano

zostawiłaś piasta i z guinnessem
tańczysz krakowiaka
w rytm celtyckiej muzyki
to jest lux (nie mydełko).

ale ten Patryk bardzo mi się nie widzi, zresztą nie widze tu dedykacji, a może to imie ma jakąś uniwersalną symbolikę, o której nie wiem a pasuje do kontekstu?
buźka

Opublikowano

Ale ten guinness nie umie tańczyć krakowiaka, on nawet nie wie, co to krakowiak i choćby mu tłumaczyła nie zrozumie... Bo krakowiaka trzeba czuć, mieć we krwi, w sercu...
Wiersz jest o emigrantce, mgr, albo inż, która wyjechała do Irlandii, jak wielu z nas, szuka tam szczęścia. Ta Zielona Wyspa, której patronuje Św. Patryk, jest bledsza, niż w folderach. A co to za krakowiak w rytm celtyckiej muzyki?! Mówię to wam - jako Piast!
A ja będę tu i nic mi to... Życie dokończy opowieść...

Pozdrawiam cię miło + Piast

Opublikowano

Piaście kochany, ocena celująca za interpretację.
Fakt, smutne jest, że nasi młodzi zdolni wykształceni ludzie tak tańczą, jak zagra im Irlandczyk, Szkot, Brytyjczyk itp. Decydują się często na poniewierkę mimo, że to nie brak chleba wygania ich z kraju. Nie generalizując, są też tacy, którym się udało.
Ja też tu będę i bardzo chciałabym, aby moim synom nie przyszła kiedyś do głowy emigracja.
pozdrawiam cię bardzo serdecznie

Opublikowano

Witam Beenie M,

Czy swiat moglby sie rozwijac, gdyby ludzie nie poznawali innych kultur, nie wyjezdzali, nie uczyli sie jezykow? Czy zapozyczanie obyczajow, jest czyms czego nie wypada czynic, jest zdrada wlasnej kultury? A poza tym to nie kraj, do ktorego przyjezdza potencjalny emigrant jest "naganny", ale kraj, ktory go do tego zmusza, traktujac emigracje, tak jak ja ujelas w swoim wierszu, jako zlo konieczne.

Pozdrawiam, Chanah

Opublikowano

Przecież to nie jest wiersz o krytyce kultury irlandzkiej!
W pewnych dawkach synkretyzm jest niemożliwy, ja podpisuję się pod tym wierszem, przesłanie bardzo jasne i prawdziwe.
Przemyslałabym jedynie tytuł, bo jest taki dla mnie hmmm trochę banalny i nie zapowiada tak ciekawej treści.
pzdr.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Ale często nie jest to zło konieczne, tylko chęć zdobycia kasy, nawet kosztem własnej godności. W Edynburgu, jak podają(?), przytułek dla bezdomnych wypełniony jest po brzegi emigrantami z Polski. Ludzie często mieszkają w norach, piwnicach, jakichś barakach, koczują na dworcach - przykro jest takich informacji słuchać. Czasem lepiej być kimś biedniejszym, ale szanowanym i to do tego we własnym kraju, wśród bliskich, przyjaciół.
Dobrze jak się komuś powiedzie, bo i o takich przypadkach słyszymy. Właśnie życie pokaże, czy wyjazd miał sens i czy czegoś nie zburzył po drodze.
Trzeba pamiętać też o tym, że rysa na godności nie goi się nigdy. Poznawanie innych kultur i języków, to na pewno pozytywny element wyjazdów, ale czy ci ludzie pracujący ciężko od rana do wieczora, mają na to czas i chęci? Wykonując często proste czynności, nawet specjalnie nie mają okazji szkolić swój np. angielski.
Z drugiej strony przykro, jak młodzi ludzie opluwają swój kraj. Kilka dni temu na naszym forum Sanestis Hombre użył w swoim wierszu(?) pt „Słownik wyrazów bliskoznacznych” takiego określenia: „Ojczyzna znaczy syfilis” . Nie sposób przejść koło tego obojętnie, stąd moje przemyślenia, tym bardziej że, takich Sanestisów jest bardzo dużo.
Zrozumiałe jest rozgoryczenie młodych, zresztą nie tylko młodych, tym co się dzieje w naszym kraju, ale czy będzie lepiej jak ci zdolniejsi i mądrzejsi uciekną, a na ich miejsce zaczną napływać emigranci ze wschodu ze swoją kulturą i obyczajami. Kiedyś to się zemści.

Podsumowując, nie jestem przeciwniczką emigracji, ale nie za wszelką cenę.

Pozdrawiam ciepło
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Żaden inny tytuł nie przyszedł mi do głowy, a właśnie tym pytaniem czy warto? chciałam dać do zrozumienia, że to zależy od tego jak potoczy się życie tam na obczyźnie.
Cieszę się jednak, że treść odebrałaś jako zrozumiałą i ciekawą.
bardzo serdecznie pozdrawiam
Opublikowano

Ha, to ja wam coś powiem - Polacy na stanowiskach to najczęściej denucjatorzy, chamy i złodzieje. I gotowi dla pieniędzy sprzedac wszystko - i miałbym komu dedykowac te słowa. Dlatego ten wiersz zwraca uwagę na pewne aspekty, i tutaj ciężko mi poprzec emigrantów - ja znam tych naszych rodaków wyjeżdżających. Znam i nie lubię, ale to już inna sprawa. Jeżeli kraj sie psuje, to właśnie przez takich na pozór afiszujących się a ukrytych fałszywców. Oczywiście , wiersz dotyka takich na pozór banalnych spraw jak nasi koledzy, których bieda zmusza do wyjazdu. Jakiś procent na pewno, ale nie wszystkich. Wydaje się, że zapomniane zostały pewne rzeczy jak "poświęcenie", a zastąpione hasłami właśnie wykorzystującymi symbolikę narodu.
Nie wiem, może się myle, jednak takie mam wrażenie po iluś tam latach życia tutaj mam wrażenie, że rak nas zżera tam, gdzie go najmniej widac. Tako mi się do wiersza ułożyło :)
Pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Michale, masz rację, sporo u nas chamów na stanowiskach, którzy dla pieniędzy gotowi są zrobić wszystko. Sama jestem w stanie takich wymienić. Może kiedyś dedykuję im jakiś swój wiersz. Znam też wielu uczciwych i to oni przywracają mi wiarę w ludzi.
Rak zawsze nas zżerał – „czemuś biedny, boś głupi, czemuś głupi, boś biedny”.
Nie sprzedawajmy jednak ojczyzny za marne pieniądze, bo jak niejednokrotnie pokazała historia, wiele trudu kosztowało nas odzyskanie polskości.
Miło cię widzieć wśród komentujących.
Pozdrawiam serdecznie
Opublikowano

Wiersz mi się bardzo podoba- nic dodać nic ująć ;P
Na pewno M. Krzywiak ma sporo racji w tym co pisze, jednak nie można do tego tematu podchodzić z takim zacięciem. Wysoce cenię Polskę, jej dorobek kulturalny... Jest we mnie wiele uczuć patriotycznych. Jednak świat się zmienia. Nie postrzegam wyjazdu za granicę w kategorii zdrady. Podstawowym przywilejem człowieka jest wolność wyboru i jeśli ten nas anie innych nie krzywdzi to czemu źle go oceniać? Na świecie zacierają się granice i można żyć i pracować praktycznie w każdym miejscu jeśli tylko się uda tam gdzieś zaczepić. Informacje o tym, że gdzieś tam na świecie domy pomocy społecznej są zapełnione polskimi emigrantami owszem są przykre... ale to jest niestety wina tych którzy wyjechali. Źle ocenili sytuację i przegrali. Przecież od zawsze wiadomo, że życie jest walką i albo wygrywasz albo przegrywasz.
Problemem, według mnie, jest to, że wiele osób z góry zakłada, że w tym kraju nic nie da się osiągnąć i z góry zakładają wyjazd do Anglii czy Niemiec czy jeszcze innych krajów.
I to chyba tyle.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Miło, że zajrzałeś, jeszcze milej, że ci się spodobało.

Ja też nie postrzegam wyjazdu za granicę w kategorii zdrady, też uważam, że każdy z nas ma wolny wybór co do swojej przyszłości i swojego miejsca na ziemi. Tylko tak jakoś szkoda.
Kiedyś była moda na emigrację ze wsi do miast i nie jedna wieś na tym straciła. Całe szczęście, że teraz ludzie chętnie osiedlają się na wsi, dostrzegając wiele korzyści z tego płynących, niekoniecznie materialnych. Miło jest przejeżdżać przez nasze urocze wsie tętniące życiem, z zadbanymi domkami, ubarwione kwiatami, tym bardziej, że jeszcze kilkanaście lat wstecz, widok często był smutny.
Myślę, że i moda na wyjazdy zagraniczne minie z czasem, a ci którzy dorobią się tam fortuny zainwestują ją w Polsce.

pozdrawiam serdecznie

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Cylinder zastygł w bezruchu 

      a tuba zamilkła.

      Tym razem nawet igła fonografu 

      zdawała się nie mieć ochoty 

      wracać na powierzchnię cylindra 

      po raz setny tej przeklętej nocy.

      Obiecałem,

      że pomogę w poszukiwaniach,

      lecz po tym czego się tu dowiedziałem 

      i po tym co usłyszałem i zobaczyłem,

      stwierdzam jasno, 

      choć z dozą 

      naprawdę przejmującej rozpaczy,

      że mój nieodżałowany ojciec,

      został pochłonięty w odmęty, 

      bezdennej paszczy szaleństwa.

      Po czym uleciał w kompletny niebyt,

      bagiennych wrzosowisk

      północnej Szkocji.

      Przeszukano cały dom

      od piwnicy po strych.

      Wszystkie pozostałe obejścia i budynki.

      Studnie, staw

      a nawet rozkopano

      przydomowy ogródek

      ze wspaniałymi krzewami piwonii

      o które tak dbał.

      Bardziej niż o jedyne dziecko.

      Wszystko zaczęło się 

      gdy byłem jeszcze dzieckiem.

      Ojciec był 

      szanowanym profesorem archeologii 

      na uniwersytecie oksfordzkim.

      Był najlepszy w swoim fachu

      i dzięki temu pozostawał w kontakcie

      z najtęższymi umysłami

      z całego świata.

       

       

      Pamiętam doskonale zimowy poranek,

      jakieś piętnaście lat wstecz.

      Zakładałem szkolny mundurek 

      i z teczką w prawej dłoni 

      zmierzałem ku drzwiom domu.

      Ojciec szedł za mną.

      Trzymał mnie delikatnie za ramię,

      tłumaczył mi że jeśli 

      nie zakończy 

      zaplanowanego wykładu na czas 

      to odbierze mnie ze szkoły 

      nasza sąsiadka panna Stevenson.

      A jeśli wszystko zakończy się 

      zgodnie z planem 

      to obiecuję zabrać mnie

      potem na łyżwy.

       

       

      Nic nie poszło zgodnie z planem.

      Otworzyłem drzwi i o mało co 

      nie zderzyłem się w nich 

      z ponurym, wysokim 

      i dość postawnym jegomościem 

      w szarym, długim,

      dwurzędowym płaszczu 

      o prostym kroju.

      Jego fason

      nie był typowym dla wyspiarza

      a raczej obywatela zbuntowanej kolonii.

      Dziwny gość

      otarł mnie ledwie wzrokiem 

      zza przyciemnianych, wąskich szkieł

      i zwrócił się do mojego ojca.

      Bardzo przepraszam

      za tak nagłe najście 

      ale na uniwersytecie powiedziano mi,

      że jest Pan

      jeszcze w domu panie Fodden

      a sprawa z którą przychodzę nie cierpi już zwłoki ponad to co nadłożyłem starając się dostarczyć Panu interesujące dokumenty, zapis z fonografu oraz przedziwny szczątek metalu, który

      z pewnością pana zainteresuję.

       

       

      Wyjął z płaszcza niewielkie opakowane szarym papierem zawiniątko

      i wręczył je ojcu.

      Nazywam się Peter Noyes 

      i jestem zastępcą profesora Clarka 

      na uniwersytecie Miscatonic w Arkham.

      Myślę, że to Panu wiele wyjaśnia.

      Profesor liczy na Pana pomoc

      w tej sprawie.

      Jeśli tak w istocie będzie 

      czekam na Pana 

      w dniu jutrzejszym w południe 

      na nabrzeżu numer dwa,

      celem odbycia podróży

      najpierw do Bostonu 

      a potem do Arkham.

      Proszę pamiętać, 

      że nie ma czasu do stracenia.

      Gwiazda czy też planeta,

      powoli pojawia się 

      w naszych snach nieprawdaż?

      Nie czekając na odpowiedź,

      odwrócił się na pięcie i szybko

      znikł za zakrętem skrzyżowania.

      Ojciec nie tłumacząc niczego zaprowadził mnie do pani Stevenson

      i nakazał jej 

      by zajęła się mną przez jakiś czas 

      bo czeka go długi

      i pilny wyjazd do Bostonu.

       

       

      Zostałem u niej długie lata.

      A ojciec wrócił podobno kilka lat temu.

      Nikt nie wiedział skąd ani po co.

      Uważano go za zmarłego.

      Zaginął gdzieś w lasach Nowej Anglii 

      razem z tym całym

      Noyesem i Clarkiem.

      Nadal gdzieś w szufladzie biurka 

      mam jego nekrolog

      z jednej z gazet z Arkham.

      Żył ale przypłacił to szaleństwem.

      Nie widziałem go już nigdy później.

      A teraz zaginął po raz wtóry.

      Podobno planeta 

      znów nawiedzała go w snach.

       

       

      Odebrałem telefon z policji 

      i obiecałem przybyć na miejsce 

      by jakkolwiek pomóc śledczym.

      Bo sami nie rozumieli 

      w środek jak wielkiego szaleństwa 

      przyszło im wpaść i brnąć

      dzięki zostawionym wszędzie przez ojca dokumentom i zapiskom.

      Już ich pierwsze pytanie zdawało się idiotycznie niedorzeczne.

      Czy mówi mi coś nazwa Yuggoth?

      To miasteczko, osada czy może 

      jakaś kodowa nazwa 

      jakiejś świątyni czy wykopalisk?

      Znaleźli pamiętnik ojca,

      gdzie ta nazwa pojawia się ciągle.

      Ten krótki wpis ołówkiem 

      sprzed wielu tygodni.

      Wreszcie odezwali się do mnie

      Ci z Yuggoth.

      Będą czekać w oktawę święta 

      ojca Yog-Sottotha przy ołtarzu na wzgórzach.

      Zabiorą mnie znowu…

      Brzmiało to jak żart.

      Lecz jedno było pewne.

      Mój ojciec nigdy nie był skory do żartów.

       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach

  • Popularne aktualnie



×
×
  • Dodaj nową pozycję...