Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Bóg mnie otacza
karmi mnie Sobą
Sobą ochrania
napełnia mnie życiem
łata dziury
deskami zabija wyrwy w dachu mej duszy
osłania kocem nadziei przed przeszywającym chłodem zwątpienia
poi mnie eliksirem świętej miłości ambrozją niedostępną
tuli mnie w dłoni przebaczenia

Opublikowano

dla mnie to debiucisko - gniocisko. radzę pisać na inne tematy
bo za Boga, to nawet ja nie mam odwagi się brać, to samo
tyczy się miłości. zresztą ładnie to ujął Gaspar

zdrówka i serdeczności Espena Sway :)

P.S. don't worry, za rok będzie dobrze. pamiętam
swój debiut :]

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



dokładnie tak jest! pozdrawiam całe TWA
a co do wiersza uważam że temat choć oklepany jednak ciekawy, bo wiersz powinien wyrażać potrzeby wypowiedzi autora. Widzę tutaj potrzebę ale - nad treścią warto byłoby popracować
takie wyliczanki nie wpadaja w ucho, nawet jeśli słowa sa mocne to całość potem się nazbyt mydli
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



kurna,cóż za skromność:)))))))

eh, tu nie chodzi o skromność, tylko o to jak
długo się tu siedzi. piszę dopiero rok, więc
nie mam prawa uważać się za specjalistę
od wierszy
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Drogi Michale po co sie tak złościmy?? czyż nie powinno sie tutaj komentować werszy,miast krytykować czyjeś komentarze?

To proszę nie wymieniac imienia Krzywaka nadaremno... (jeszcze do jakiś sekt TWA dołączac, brrrrr....)
Ale już się nie złoszcze :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...