Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Dzięki za każdą szczerą opinię. naprawdę, może wkońcu zabiorę się do konstruktywnego pisania wierszy, do ich udoskonalania. I jak to mowił przytoczony grochowiak " są bo na świecie ludzie tak wymyci... " obyście nigdy nie byli takimi ludźmi. pzdr

Opublikowano

turpizm faktycznie dotyczy rzeczy odrażających, ale jest to zarazem opozycja dla tzw. zacnych tematów poetyckich (termin wprowadzony w 1956 r. przez Przybosia zresztą). I obawiam się, że w tej dziedzinie ciężko teraz zaszokowac odbiorce koktajlem krwi i spermy... Inne środki, inne nazewnictwo, mniej oklepane - tutaj jedyna droga.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



przyjemnie byłoby o tym podyskutować,ale pod wierszem na lepszym poziomie,co?:) sperma może i jest "bliżej krwioobiegu" ale tu to zwykłe efekciarstwo.Tak uważam i kropka

Ja też tak uważam, ale własnie jestem chory i przy okazji miły :)
Opublikowano

Ja też się zgadzam, że jest to pozerstwo, bo w poezji ostatnich czasów turpizm stał się strasznie na topie, i dlatego właśnie przybiera dzisiaj takie, odrażające ksztalty, jak powyżej. Dokonała się niestety infantylizacja takiej niegdyś orginalnej kategorii estetycznej, która rówieśników Grochowiaka jeszcze szokowała...
pzdr.

Opublikowano

FAktycznie, turpizm stał się bardzo trywialny i nieszokujący, szkoda. Dziwne, że nie jest już nas w stanie nic zaskoczyć, że bardzo trudno być oryginalni, że większość form odebrano nam w starożytności. dzisiaj pisanie to powtarzanie schematów, bo trudno wymyślić coś oryginalnnego...

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


można. nowe analogie, nowe metafory, wplecienie tego i owego tu i tam.tyle możliości mamy z tak bogatą kulturą, że hooo i jeszcze trochę:)pozdrawiam miło.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...