Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

11 lutego 1989 roku (sobota)
Filozofia odkryta przed kilkoma dniami, niczym mgła zasnuwa zdawałoby się ukonstytuowany już obraz. Rzeczy wyglądają inaczej niż dotąd. Jeszcze wczoraj i przedwczoraj były obce, dziś są niemalże tożsame ze mną. Poruszając się w życiowym labiryncie przedmiotów, zjawisk i wydarzeń - czuję się tak - jakbym dokonywał przeglądu własnych atrybutów.
Ranek bardzo sympatyczny. Mama nie nawiązywała do wczorajszej rozmowy o ojcu. Na szczęście, bo nie cierpię jej płaczu, że rzucił ją mężczyzna, dla którego wszystko poświęciła. Zaraz po śniadaniu, zgodnie ze zwyczajem wyszła na spacer. Nawet nie pytała, czy mam ochotę pójść z nią. Zapewne nie chciała, abym czuł się przymuszony do wspólnej przechadzki, tylko dlatego, że jeszcze się nie pokłóciliśmy.
Jednak po pół godziny również opuściłem mieszkanie. Postanowiłem zadzwonić do Bogdana z budki telefonicznej. Najbliższa jest przy szkole, jakieś pięćset metrów od mojego bloku. Tuż przy niej, na ubitym śniegu dzieci zrobiły sobie ślizgawkę. Mimo zachowania ostrożności wywinąłem tam niezłego kozła. Podnosząc obolałe dupsko, ujrzałem nad sobą uśmiechniętą postać śniegowego bałwana, stojącego w samym środku budki, wyglądał jakby się schował przed mrozem. Swą śniegowością prawie całkowicie wypełniał jej przestrzeń. Autor dowcipu, dla dopełnienia efektu, do jego białej łapy doczepił jeszcze prawdziwą słuchawkę. Przez chwilę, zastanawiałem się czy wyrwać ją bałwanowi, czy skierować się na pocztę. Ból w tyłku i plecach mówił, że nie mam ochoty na żarty, jednak silniejsze okazało się zamiłowanie, dla takich nieco surrealistycznych pomysłów.
Przy poczcie chętnych do skorzystania z telefonu było więcej. Prócz mnie jeszcze trzy osoby. Kobieta około sześćdziesiątki, za którą stałem w kolejce, odwracając się w moją stronę burknęła, że grubas gada już przeszło dziesięć minut. Nic nie odpowiedziałem, ale słysząc jej słowa, pożałowałem szacunku dla ludzkiego dowcipu i wykorzystywaniu do tego bałwanów.
Kiedy i ona skończyła swoją dzisięciominutową rozmowę, w duchu pomodliłem się, aby czas uczenia się cierpliwości w kolejce, został mi wynagrodzony w postaci zastania przyjaciela. Wrzucam żetony, sprawdzam czy się nie pomyliłem przy wybieraniu numeru i czekam na połączenie. Jest! Ale zamiast znajomego głosu i tradycyjnego: „Słucham uprzejmie, przy telefonie Bogdan Żur” słyszę jakąś rozmowę dwóch obcych facetów. Co robić? Dwóch gości bezceremonialnie obchodzi się ze sobą przez telefon. Czy mam się wtrącić? Zawstydzić sposób w jaki rozmawiają? Może tylko ujawnić się?
W steku epitetów jakimi siebie obdarzali, naraz słyszę, jak jeden mówi do drugiego: „...ty bałwanie...”.
Pomyślałem; aha, to tamten bałwan... - znaczy się, dobrze zrobiłem, że przyszedłem pod pocztę, skoro on wciąż jeszcze gada. Odłożyłem słuchawkę i spróbowałem połączyć się jeszcze raz.
Tym razem udało się. Telefon odebrał Bogdan. Pytam: co słychać.
On na to, że prawie nie do poznania mój głos, po czym oznajmia, że tłumaczy znajomym, iż czas, przestrzeń oraz materia nie istnieją. Jego dar przekonywania spowodował nawet, iż któryś z jego kumpli, na wieść o tym wszystkim, chciał wyskoczyć przez okno. Bogdan musiał mu przypomnieć, że nie tylko w rzeczywistości nie ma tego okna - ale również - nie ma komu, przez nie skakać! Na wspomnienie tego zdarzenia, rzucił mi do słuchawki zawiedzionym głosem, iż nie przypuszczał, że z taką trudnością będzie przychodziło wyłuszczanie „Wrażenia” innym.
Ponadto zostałem zmuszony do wysłuchania jego zadziwienia, co do tego, że przeciętny człowiek nie posiadający współczesnej wiedzy astrofizycznej, czy filozoficznej, jak też z braku umiejętności wyobrażenia sobie wszechświata, musi zanegować przestrzeń, materię i czas!
Po chwili milczenia, dodał z rozgoryczeniem, mniej więcej tak: Cóż z tego, kurwa! Cóż z tego, skoro przykład Tomka jasno mówi, że kiedy takiemu człowiekowi podsuniemy wywód, który sam mógłby sobie przeprowadzić – to on, nawet jeśli zrozumie poszczególne aspekty - w żadnym razie, nie będzie potrafił połączyć ich w jednym błysku myśli. Wszystkie razem, znów staną się dla niego jak ten skończony lub nieskończony kosmos – nie do ogarnięcia! W końcu całkiem zdenerwowany skończył temat: Do kurwy nędzy, człowiek przeciętny jest chyba jeszcze bardziej przeciętny, niż nam się to wydawało!

Ja nie jestem takim pesymistą. Ale o tym, przy innej okazji.
Drugim motywem naszej telefonicznej rozmowy, było to wydarzenie, kiedyśmy w jednej chwili zmienili się sobie i byliśmy niczym straszydła. Powiedział, że wciąż ma przed oczami te robaki, wyłażące z mojej głowy.
Trzecim motywem rozmowy było... szczerze mówiąc nie pamiętam, przebierając nogami
z zimna, myślałem jedynie o tym, kiedy już przestanie gadać.

12 lutego 1989 roku
Chodzę po ulicach Stargardu Szczecińskiego i myślę, że ten świat jest mój! Te czasy moje! Oni, przechodnie – wszyscy do mnie należą! Mogę wreszcie na nich patrzeć do woli,
smakować wrażenie!


13 lutego 1989 roku
Od kiedy w zeszłym roku porzuciłem technikum - a później pracę w kopalni, będącą trzymiesięcznym epizodem - mam teraz dużo czasu, którego oczywiście i tak nie ma. Komfort jest pozorny, bo wiecznie teraźniejsza chwila powoduje wrażenie, że z przestrzeni której nie ma, wydobywa się jednak coś jakby matczyny głos - głos nawołujący do szukania przeze mnie, którego, kurwa, przecież nie ma – jakiejś pracy – w mieście Stargardzie, którego również nie ma!
Ale, ale! Ale zważywszy na wyobrażenie konsekwencji zignorowania rzekomego głosu, rzekomej mojej matki - czyli następujących kolejno po sobie wrażeń - nie pozostaje mi nic innego, jak posiadać odczucie, że jednak chodzę po tym mieście i pytam o pracę. Jednak, gdzie by mnie wrażenie nie poniosło, tam spotykam wyznawców właśnie mojej filozofii. I trudno mieć do nich pretensję, że na zadane przeze mnie pytanie o pracę – odpowiadają - że - pracy nie ma!

*
Nikt mi nie wmówi, że moja filozofia jest nieprzydatna w codziennym życiu. Otóż, kiedy dajmy na to, uderzę się w głowę i odczuję ból, wówczas przypominam sobie, że jest to jedynie wrażenie chwili - co wywołuje z kolei efekt przeklasyfikowania - ból przestaje być rozumianym po staremu, jako to skutek pewnego zjawiska, a staje się abstrakcyjną i nieuchwytną składową, danej chwili w której zaistniał.
Nie powiem, że taki ból nie jest żadnym cierpieniem, ale dzięki filozoficznemu podejściu staje się dużo łatwiejszy do zniesienia.

13 lutego 1989 roku
Dzisiaj przybliżę okoliczności zaprzyjaźnienia się z Bogdanem. Nie będzie tu jakichś literackich fajerwerków, ale z pewnością postaram się za wiele nie przynudzać, wszak ta książka ma jeszcze mnóstwo dziewiczych kartek do spenetrowania.

Po ukończeniu szkoły podstawowej w Międzyzdrojach, złożyłem papiery do technikum budowlanego przy ulicy Unisławy w Szczecinie. Pamiętam, że zaraz po egzaminie z polskiego spotkałem kolegę z podstawówki, który również zdawał do jakiegoś technikum i był przypadkowo w posiadaniu pytań na mający się odbyć egzamin z matematyki. I choć tego przedmiotu bałem się mniej niż polskiego, to jako, że rzucona za pytania cena nie należała do wygórowanych, i jak wiadomo, od przybytku głowa nie boli, postanowiłem je od niego kupić, na co szczodra mamusia dała mi pieniądze. I tak to z Andrzeja Kozioła pomocą – w skrócie - z Kozią pomocą, zdałem do szkoły średniej.
A propos posiadania pytań na dwa dni przed... przypomniało mi się teraz, jak to jeszcze kilkanaście dni wcześniej, matematyk, którego przezywaliśmy Pascal, zapytał na forum klasy, czy ktoś z nas wybiera się do szkoły średniej. Właścicielom uniesionych rąk, nauczyciel kolejno doradzał nad jakimi zagadnieniami powinni jeszcze popracować. Po czym usiadł i zaczął zajmować się gazetką porno, jaką zarekwirował mojemu koledze. Tata tego kolegi był marynarzem, więc dosyć wcześnie posiedliśmy wiedzę, co dwoje ludzi przeciwnej płci może dodatkowo ze sobą robić. Postanowiłem Pascalowi przerwać gorączkowe przewracanie kartek i zwrócić mu uwagę, że zapomniał omówić słabe strony mojej osoby. Wykrzyknąłem z końca sali: A Ja, proszę pana?! Zapomniał pan powiedzieć o mnie.
Pascal przyjrzał mi się przez chwilę i rzekł dobrodusznym tonem: Ty Kiełbowicz nic nie umiesz, ale ty sobie poradzisz!
Rzeczywiście. – Kiełbowicz kupił pytania.
A teraz, powiedzmy o tym, kto jeszcze spośród innych piętnastolatków dostał się na kierunek prefabrykacji elementów betonowych. Oczywiście jednym ze szczęśliwców był Bogdan, którego dopiero miałem poznać. I jako, że ja byłem z Międzyzdrojów oddalonych od Szczecina o sto kilometrów, a on z Wolina, obaj otrzymaliśmy prawo do zamieszkania w szkolnym internacie. Wraz z jeszcze pięcioma chłopakami zakwaterowano nas w pokoju nr 36, znajdującym się na ostatnim piętrze. Bogdan wybrał sobie łóżko sąsiadujące z moim.
Pewnie sądzisz czytelniku, że wiesz już w jaki sposób nasza przyjaźń się zawiązała? Niestety, w tym przypadku błędem jest sugerowanie się odległością dzielącą sąsiadujące ze sobą łóżka, nawet jeśli jest to tylko jeden metr, poprzez który bez obaw można wyszeptać swoje tajemnice. Dla dzisiejszej naszej przyjaźni ówczesny metr nie znaczy nic. Bo prawda jest taka, że ani z początku ani też z upływem kolejnych miesięcy między mną a Bogdanem nie nawiązywał się żaden bliższy kontakt. Brało się to stąd, że ja byłem wówczas zamkniętym w sobie dzieciakiem, przez cały czas myślącym jedynie o powrocie do rodzinnych pieleszy, a on wręcz przeciwnie. Bogdan w tej nowej dla siebie sytuacji był ożywiony jak pies, którego po miesiącach trzymania na łańcuchu wreszcie wypuściło się na dwór. Do tego, sprawiał wrażenie światowca we wszystkim obytego. Od samego początku był dla chłopaków autorytetem. Wymyślał ksywy, które myśmy w lot podchwytywali. Oczywiście, mi też nie przepuścił i jako, że nosiłem prochowiec i zadawałem głupie pytania, przezwał mnie COLOMBO. Posiadał tak wielką siłę perswazji, że chłopaki ulegali mu dosłownie we wszystkim, na przykład, gdy stwierdzał, że komuś nie pasuje fryzura, wówczas nie zważając na nieśmiałe protesty brał się do jej obcinania, według własnego widzimisię. Kiedy Bogdan pełen pasji bawił się we fryzjera, lub też inaczej organizował chłopakom czas, ja zakrywałem się w łóżku kocem i udawałem, że mnie nie ma.

W drugiej klasie, Bogdan z powodu nawarstwienia się u niego problemów z nauką, jak też konfliktów z nauczycielami, zrezygnował z technikum i przeniósł się do zawodówki, która notabene znajdowała się w tym samym budynku. Ponadto, kierownictwo internatu postanowiło całą siódemkę rozdzielić. Oczywiście, była to kara za różne przewinienia. Skutkiem łańcuszka wydarzeń, przez ponad rok jedynie mijaliśmy się z Bogdanem na korytarzach szkoły bądź internatu. Dopiero gdzieś na początku trzeciej klasy, czyli w okresie najbardziej dla mnie burzliwym, okresie buntu i dojrzewania, relacje między nami zaczęły ulegać zmianie. Był to czas, kiedy ojciec spotykał się z kochanką i coraz poważniej myślał o opuszczeniu matki. Muszę o tym wspomnieć, bo właśnie sytuacja w rodzinie w dużym stopniu przyczyniła się do tego, o czym wam opowiadam. Otóż, podczas weekendów, kiedy to przez dwa dni przebywałem w naszym nowym domu w Gryficach, wówczas bywałem świadkiem potwornych awantur, jakie wszczynały się między rodzicami. Matka żyła na skraju załamania nerwowego. Kiedy wychodziła do miasta, zdarzało się jej mylić kierunki. Po zrobieniu zakupów, mówiła na przykład: Idziemy do domu i kierowała się w złą stronę. Miała problemy z zasypianiem. Zdarzało się, że nie spała po kilka dni z rzędu. Ojciec załatwiał jej coraz silniejsze tabletki nasenne. Moja rola w domu sprowadzała się do roli niemego świadka. Nie umiałem pomóc matce. Co gorsza, w odruchu samoobrony postępowała we mnie i uzewnętrzniała się coraz wyraźniej obojętność, odgradzająca nie tylko od ojca, ale również od niej. Z czasem ta obojętność zaczęła przenosić się na wszystko co mnie otaczało.
Po ponurych weekendach, po których wracałem do Szczecina, zaraz po lekcjach, a czasami w ramach wagarów, odbywałem wielogodzinne samotne spacery po mieście, to ulegając marzeniom, to z kolei rozmyślając nad licznymi kłamstwami świata, które ukazywały mi się w coraz jaśniejszym świetle i z których to świat, moim zdaniem, zbudował sobie całkiem solidne fundamenty. Ale ŚWIAT urządza CZŁOWIEK, więc zacząłem przyglądać się człowiekowi.
Tak rodziły się różne spostrzeżenia, jak i nieufność do zaszczepianej wiedzy.
Gdzie w tym wszystkim Bogdan?
Nieraz się zdarzało, że wracając z tych spacerów próbowałem owymi refleksjami dzielić się z innymi kolegami. Miałem nadzieję być zrozumianym, zwłaszcza, że w tym czasie mieszkałem z chłopakami starszymi ode mnie, którzy po skończeniu zawodówki byli w drugiej klasie technikum. Wtedy dosyć często, choć nie pamiętam z jakich powodów zaglądał do nas Bogdan. I właśnie, kiedy dzieliłem się swoimi egzystencjalnymi odkryciami i nie znajdowałem zrozumienia u starszych kolegów, znajdowałem je u Bogdana. A On przeważnie zainspirowany moimi zwierzeniami, zabierał się do wyjawiania swoich. Jednak i On w tym gronie rozumiany był tylko przeze mnie. Tego typu sytuacje powoli stawały się sygnałem konieczności częstszego ze sobą rozmawiania. I skoro najpierw dyskutowaliśmy znajdując się pośród innych kolegów, to w przeciągu krótkiego czasu poprzestaliśmy wyłącznie na własnym towarzystwie. Tak moi drodzy, zaczęła zawiązywać się ta przyjaźń.

Opublikowano

Chciałbym Was prosić, abyście uwagę swoją skupili nie tyle na ortografii, bo ewentualne błędy wcześniej czy później sam zauważę, co na składnię, z którą mam większe problemy. Ponadto interesuje mnie, które fragmenty tej części dziennika zdaniem Waszym są zajmujące, a które marne, banalne, nudne itd. Potrzebne jest mi to do ostatecznej korekty - tj. uatrakcyjnienia bądź zwyczajnie usunięcia najgorszych fragmentów. Wielkie dzięki z góry, za Wasze krytyczne podejście - takie o jakie proszę. Kłania się Don Cornellos

Opublikowano

Witam. Jeśli o mnie chodzi to ten fragment zostawiłabym w całości. Czytałam z zainteresowaniem, tekst jest płynny, przejrzysty. Ja tu nie widzę jakichś problemów ze składnią. Moim zdaniem jest lepiej, niż na samym początku. Jesteś bardziej oszczędny w słowach. Fajnie, że wklejasz krótsze kawałki - jest więcej czasu na przeanalizowanie tekstu. Do pozostałych części jeszcze wrócę. Pozdrawiam/B.

Opublikowano

Witam, co prawda nie przepadam za dziennikami, ale uwielbiam ironię a szczególnie autoironię, i ona się pojawia, w takim ładunku na jaki stać 20-letniego bohatera (nie wymagajmy żeby 20-latek podchodził do życia z doświadczeniem i dystansem 50-latka:) We wstawkach tyczących "filozofii życia" lekko się gubię, ale rozumiem że w tym wieku "tak się ma", jako że mam ten czas już za sobą jestem pełna pobłażliwości...Ogólnie podejście do życia i do siebie samego jest u bohatera na tyle interesujące że jestem ciekawa dalszego ciągu. Z dat umieszczonych przy dzienniku wynika że bohater ma obecnie ładnych parę lat więcej, ciekawa jestem jak rozwinęła się u niego ta "filozofia nie istnienia" :)
Ciekawy pomysł z tym "wrażeniem bólu".

Opublikowano

polKa - "Z dat umieszczonych przy dzienniku wynika że bohater ma obecnie ładnych parę lat więcej".
Pragnę w tym miejscu pięknej polce przypomnieć, że nie należy automatycznie łączyć bohatera z autorem, choćby i 1000 przesłanek za tym przemawiało. Pozdrawiam bardzo serdecznie :))

Opublikowano

No tu się autor trochę zagalopował. Oznajmiając wszem i wobec, że to co napisał jest "dziennikiem" daje tym samym czytelnikowi prawo do identyfikowania go z bohaterem. Czy się mylę?
A tymczasem zabieram się do czytania pozostałych części. Pozdrawiam i życzę weny (koniecznie twórczej).

Opublikowano

Ależ niebieskooka Słowianko - Prawo masz zawsze, powiem więcej, jeżeli ktoś zechce ci je odebrać, powiedz tylko mi, a wyciągnę z pracowni lampę rentgenowską i go tak napromieniuję, że już po dwóch dniach będzie miał objawy białaczki. :))
Chodziło mi o to, że artysta w swojej wyobraźni może wszystko, może nadać książce tytuł Dziennika, stwarzać pozory tego gatunku, bohaterowi nadać własne imię i nazwisko -
jednocześnie pisać o przeżytych historiach, które nigdy nie miały miejsca. Taka forma książki wydaje mi się nienajgorszym sposobem na uprawdopodobnienie zawartych treści. Co się z tym wiąże? - Jest szansa, że wywoła w czytelniku żywszą reakcję, niż gdyby ten był na 100 procent pewny, że ma do czynienia z czystą fikcją. Autor-prowokator, może nieźle sprowokować. Moim zdaniem, wszystko może byc pretekstem, jeśli chce się na jakiś temat wypowiedzieć - nawet zmyślenie własnego życia. Skądinąd, ale pewnie o tym wiesz, był to sposób mistyków na otwieranie swoim uczniom oczu. Opowiadali rzekomo dawne swoje historie, które wynikały z ich głupoty, nie wiedzy, braku współczucia, miłości etc. Przypowieści, przypowieści, przypowieści. A do przypowieści pasuje autoironia, którą Ty tak uwielbiasz. Autoironię z kolei najlepiej asymiluje dziennik, w którym nigdy nie jest jej za dużo. Uff :))

Opublikowano

Przyznaję, jestem naiwnym dziewczęciem i bezkrytycznym czytelnikiem, wierzę każdemu autorowi na słowo i jeżeli prowadzi mnie na manowce to idę za nim z zamkniętymi oczyma. Wciągam się w jego świat i zastanawiam się jak ja odnalazłabym się na jego miejscu.
Wniosek z tego taki że recenzent ze mnie żaden:(
A co do sposobu przekazywania światu swojej filozofii to zgadzam się - każdy sposób jest dobry (o ile trafia do czytelnika:) i wywołuje jego reakcję).

Opublikowano

Więc tak, nie tamte słabsze, tylko tamta, bo dopiero przeczytałam 1 i 2. Pierwsza jest zagmatwana, na początku zaczęłam szukać błędów technicznych, ale szybko przestałam, bo musiałam skupić się by cokolwiek zrozumieć. Impreza u Bogdana jest niezrozumiała. Piszesz o wydarzeniach, a w to wplatasz skrawki myśli, porozrzucane, bez ładu i składu.

Ze spraw technicznych w pierwszej części:
-w porównaniu do tego - raczej w porównaniu z tym, ale w zasadzie może zostać.
-a to był dzień rzeczywiście jakich mało - rzeczywiście jest zbędne.
-które odbywały się w niedomykającej się łazience - żeby uniknąć powtarzania "się", można napisać na przykład - które miały miejsce w niedomykającej się łazience, albo coś w tym stylu.
większe byłoby prawdopodobieństwo, że byłoby tożsame z tym - powtórzenie byłoby.
-sprzeczki, gdzie każdy kłóci się z każdym - to gdzie mi nie pasuje, może "w których", albo "podczas których"
+cóż można, kiedy misją życiową człowieka okazuje się ni to gruszka ni pietruszka - bomba
-ni to w tym śmiechu, ni to już w krzyku - albo "ni to w śmiechu, ni to już w krzyku", albo "ni to w tym śmiechu, ni to w tym krzyku"
+kiedy całkiem już zbliżył się do nich, wówczas tykając palcem każdego z osobna, zadawał pytanie: czy tyknięty wie, co to za sen? - podoba mi się

I tu już przestałam sprawdzać, bo skupiałam się na zrozumieniu czegokolwiek.

Druga część natomiast jest dobra, również technicznie. To dobrze, bo może świadczyć o tym, że się rozwijasz z każdą, a o to właśnie chodzi (zobaczymy co będzie w 3). jest logiczna i ciekawa. Co najważniejsze nie czyta się jej z wysiłkiem, co miało miejsce w pierwszej części. Historia przyjaźni z Bogdanem jest ciekawa i dobrze opisana.

Tak sobie myślę, że może gdybyś pierwszą część bardziej podzielił, byłoby czytelniejsze. Bo strasznie dużo w niej baaardzo długich akapitów. Może je pociąć i oddzielić od siebie.

Pozdrawiam :)

Opublikowano

Część pierwsza uległa znacznej korekcie. Wyrzuciłem dewagacje na temat opisu i historię szalejącego na deskach alkoholu. Skróciłem też inne fragmenty tej części. Zresztą sam się okropnie męczyłem, gdy to czytałem.
Niemniej Twoje uwagi bardzo mi się przydadzą. Dziękuję za świetną robotę. Czyżby zawiązywała się między nami wzajemna literacka pomoc?
Byłoby bardzo dobrze
Pozdrawiam Rumianku :))

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...