Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Ostatni raz trębacz
dla ciebie gra
ostatnia z salw -
powietrze drga.

Nad kirem koni rżenie
z oddali wiatr niesie
i głuchy łomot ziemi
o trumny wieko stuka.

Młodością piach gryźć
zębami zdrowia bez skazy
Oddech w płucach mieć
by grudy ziemi odwalić.

Za to w dole leży trup
i zaraz piach go przysypie
Słońca nie zobaczy ani
w morskiej nie popływa fali.

Wieńce i kwiatów stos nie odda
go nikomu. Ostatni trąbki głos
słyszy ucho twe mój przyjacielu:
Auld Lang Syne. Śpij w pokoju.



Noe-Gd Gdańsk15-03-06 21:30 [email protected]

  • Odpowiedzi 58
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Niestety, żartuję. Może lepiej było - zamiast opisywać pogrzeb - zająć się innymi aspektami braku tej osoby? Po mistrzowsku to zrobił Twardowski: "zostają po nich buty i telefon głuchy". Może w tę stronę? Pusty fotel, rakietka od tenisa, fajka z jeszcze świeżym tytoniem. Bo w tej przyprawie treść po prostu niesmakuje.

Opublikowano

"słyszy ucho twe mój przyjacielu:
Auld Lang Syne. Śpij w pokoju."
- po co tem makaronizm - to przez nich polskie dzieci umierają, a ty piszesz ich językiem. Wstyd !!! Wspirasz tyranów i morderców, którzy ojców naszych na Sybir wywozili...
i co na to naśladowcy powiedzą ?

(kurde, nie mogłem sie powtrzymac)

Opublikowano

Zapraszam do Mnie Na kawę.


Tańczysz na szklanej podłodze
życia w baletkach ukradzionych
a kryształowe lustra oddają cię
półnagą. Sutenerowi z Hamburga
piszesz listy miłosne własnym ciałem,
które nigdy nie należało do ciebie.

Telefon do męża kosztuje cię życie
dlatego nie dzwonisz. Nie chcesz umierać
w pamięci nocnych motyli, taniec na rurze
ryje zapis na taśmie umysłu. Klęczą -
gdy tańczysz a nogi fruwają nad nimi,
jak oczy matek we śnie pedofila.

Ciemna piwnica nie trawi już pajęczyn
a piski szczurze przyprawiają o wymioty.
Bezrobotny kat ćwiczy na bezrobotnym pieńku -
od lat nikt nie palił tam w piecach, kominiarz
zapomniał o tym adresie. Nikt by nie pamietał,
tak jak nie pamiętają poćwiartowani kominiarze.

Opublikowano

Zimna Woda.


Drżysz. Senna wiosna chłodem smaga
ręce grabieją obejmując brąz urny.
Miłość odeszła szpitalną uliczką
zeszłej jesieni w kolorze zadumy.

Zimne promienie po twarzy głaszczą
ocierajac łzy zaschnięte pamięcią.
W dole płynie kra szczęśliwa -
ciebie odbitym promieniem woła.

Dąb na brzegu sennie skrzypi
wiatr mu włosy czesze.Nic nie mówi,
nie jedno widział tu dziewczę. Z toni
wody ktoś cię woła, powrócisz tu jeszcze.


Noe-gd Gdańsk 16.03.2006/13.19/ romdar77@wp.

Opublikowano

Czekając na Wesele


Czekając na ciebie napiszę wiersz
o miłości i szczęściu. Bedę go kwiatom
czytał każdej wiosny, każdego maja
będę czytał go ptakom i drzewom.

Nim przyjedziesz stanę tam - pod krzakiem
w topniejącym śniegu wróble pogłaszczę
uśmiechem a wyschnietej trawie opowiem
o tobie - miłości szkicowanej białym bzem.

Nim przybędziesz morskiej róży wiatrem,
będę o tobie śnił pod krzewem i z jego
owocu pił. Weselne wino białą suknię
ci poplami, nie bedę z tobą go pił.


Noe-Gd Gdańsk 16.03.2006 [email protected]

Opublikowano

1
Idziemy tam?

2
Idziemy.

1
Tam, gdzie zamek lśni na szczycie?

2
Tam.

1
Czarny on jest. To zły zamek ?

2
To dobry zamek.

1
I królowa złotowłosa na tronie, czy będzie?

2
Być może. Będzie.

1
I win pełne piwnice?

2
Tak naszych, jak i cudzych.

1
Zostańmy lepiej tutaj.

2
Tutaj jest ciemno.
Tutaj nas znajdą.
Tutaj nas być nie może.

1
To idziemy tam?
Trzeba się wspinać.

2
Jest nas w końcu dwóch.
Już od tak dawna.

1
A może tam Raj zakryty jest?
Nie powinniśmy odsłaniać tajemnic.


2
Nie powinniśmy.
Ale znajdą nas tutaj.

1
A gdyby tak pióra woskiem zlać
i do ramion przyczepić?
Spójrz, jaki czarny ten zamek.

2
To niebo jest zbyt błękitne,
zamek biały być musi.
To dobry zamek.

1
Ale ja błądziłem,
pieśniarzem byłem, ba,
żebrałem pieśniami
o Niej.

2
I cóż ci zostało?

1
Z Niej?

2
Z pieśni.

1
Nic.

2
To nie pamiętasz?

1
Za stary wtedy byłem.
Minęło ich już kilka tysięcy.

2
Ja nie śpiewałem.
Ale długo szedłem.

1
Pod górę? Jak ta tutaj?

2
Takie góry nie istnieją.


1
To bardzo dobrze.
Trudno domyśleć się,
po co są góry.

2
Żeby krzyczeć.

1
Wspinać się jest ciężko.

2
Krzyczeć jest prościej.

1
I schodzić się nie chce.

2
Wystarczy milczeć.

1
Ale schodzą.
Żeby krzyczeć?

2
Właśnie.
Są wyżsi wtedy.

1
To chodźmy jednak.
Być może tam będzie
królowa złotowłosa
i kuglarze i wina
może dworki wabne
i drzewa zielone,
szczególnie jedno.

2
Las jeszcze przejść należy.

1
Teraz śpi gad.

2
Nadepnięty się zbudzi.

1
Uważnie stopy kłaść będziemy.


2
Ostrożnie nawet.

1
A jak driady tańczyć będą?
Nie przejdziemy.

2
Za drzewa się schowamy.

1
Tam Sylen spać będzie.
Pijany.

2
Cichcem przemkniemy.

1
A potem pod górę.
Zmierzch zapadnie.
To czarcia pora.
Sabat się zbliża.
A jak w tym zamku
Kozła władanie?

2
I to być może.
Zad swój wystawi
o ludzkiej twarzy
lepiej zostańmy.

1
Tutaj nas znajdą.
Lepiej chodźmy.

2
Tak. Wypadałoby w końcu iść.
Czas mija.

1
Las śpiewa. Strasznie.

2
Wiatr szumi to i liście mówią.

1
O zagładzie?

2
O tęsknocie, o latach trwania
o złej burzy i dobrym deszczu.

1
Tam cienie kochanek
i gałęzie wisielców mogą być.

2
Byłem kiedyś w lesie.

1
I co?

2
Byłem akurat w połowie drogi,
wszedłem, bo i Ona weszła,
lecz pobłądziłem.
Tam wszystko takie same.
Czasem wilk przebiegł,
czasem coś spojrzało.
Wołałem do niej,
Echo tylko odpowiedziało
że jest polana.
A na polanie, widziałem,
Strach i Śmierć spali,
w objęciach.
On w płaszczu ukryty,
Ona kośćmi goła,
a obok nich sarenka
płacze i kona.
Dziw, że ich nie zbudził
krzyk mój przerażenia.
Ale wszakże Oni
do krzyku nawykli.

1
Taki już pasterski los.

2
Skąd ci to przyszło do głowy?

1
Bo leżeli wśród zieleni,
w uściskach i w snach.
To musiało być głębokie.

2
Ty musisz być poeta.
Jak ty w las wejdziesz?
Jeszcze do piekła wejdziesz.

1
Zacznę od kroku.

2
To zbyt banalne.

1
Wskoczymy.

2
To zbyt brutalne.

1
Wpłyniemy.

2
Zbyt poetyczne.

1
To nie wiem.

2
A czas mija.
Musimy to zrobić.

1
Czy aby na pewno?

2
Po coś tu jesteśmy.

1
Może po to, by zostać.
Las jest okropny.

2
Okrutny.

1
Dziki.

2
Wieczny.

1
A góra jest wysoko.

2
Wysoko.

1
A zamek niepewny.
Czarny.

2
To przez słońce.

1
Patrz, jak ciemnieje horyzont.
Będzie padać. Ruszajmy.

2
A jak nam odpuszczą?

1
Oni? Nigdy!

ECHO
Nigdy!

1
Słyszysz? Mam rację.

2
Wybaczą!

ECHO
Wybaczą!

2
Słyszysz? Ja też.

1
Głupia.

2
Bo samotna, tam,
w głębinach drzew.

1
I wilków.
I wilkołaków.

2
Ale ludzi tam nie ma.

1
To bezpiecznie.


2
A tutaj nas złapią.
Okrutni...

1
Dzicy.

2
Wieczni.

1
Ruszajmy zatem.

2
Zbliża się ta godzina.
To dobra godzina.

1
To północ.
Północ dnia.

2
To nie pasuję.
Dzień jest jasny, a noc ciemna.
I na odwrót.

1
Rzeczywiście.
Zjedzmy śniadanie.
Mam skórkę chleba.

2
Ja tylko sól,
ale muszę zapłakać.
Zaśpiewaj smutną pieśń.

1
Nie pamiętam.

2
Mówiłeś o milionach.

1
Ale ja jeden.
Przerosło mnie.

2
to czym popijemy?


1
Uderz palcem w tę skałę.

2
O, woda tryska!

ECHO
Tryska!

2
Cud!

ECHO
Cud!

1
Ciszej, bo się święci zlecą
i suchość pozostanie.
Nic więcej.

2
Nie wierzę.

1
To nie pij.
Nie takie rzeczy się działy...
Kiedyś.
Lubisz wino?

2
I śpiew. Zaśpiewaj coś.

1
Nie pamiętam.

2
To wróć do siebie.
Musiało coś zostać.

1
To boli.
Jak pocałunek.

2
Pięknej kobiety?

1
Lub łotra.
Zresztą...
Nieważne.
2
W sumie, jak boli
po co otwierać furtki tęsknot?

1
Pewnie po to, by przejść je
i dalej iść.
Byłem samotny, opuszczony.
Przez chwilę.

2
Ja chyba zawsze.
Aż do teraz.
No, może trochę wcześniej.

1
Suchy ten chleb.

2
Suchy.

1
Stary.

2
Stary.

1
Ale woda jest wieczna.

2
Choć nierealna.

1
Masz mokre wargi.

2
To od pocałunku.

1
Łotra?

2
Pięknej kobiety.

1
Dawno?

2
Chyba wczoraj.

1
Wczoraj dnia nie było.

2
Dużo win spłynęło.
I krwi.

1
Ale tak pięknie było,
czułem
sens. Zmianę.
Byłeś za czy przeciwko?

2
Dużo piłem.

1
Ja uczyłem... Ludzi.

2
Ja byłem z nimi, hasła były z nami.
Wyzwanie, szansa
cząstka chaosu.

1
Ale słońce nie wzeszło.

2
Pewnie było po drugiej stronie.
A gwiazdy świeciły?

1
Coś mnie różni jednak.
Ja uciekłem.
Bałem się.

2
Słowa?

1
Czynu.
Potwierdzenia.

2
Ciężko jest znosić ból,
Łatwiej jest go tworzyć,
a jeszcze prościej...
Patrzeć.

1
W tym zamku jest kara.
Czarny on, dumnie stoi,
tak daleko jeszcze.
Chodźmy wreszcie.

2
Zanim nadejdą.

1
Oni.

2
Oni.












1
Zgubimy się.

2
A czy to tak naprawdę ważne?

1
Nie sądzę.
Póki żyję to jestem.

2
I milion innych rzeczy.

1
A zamek to cel.

2
Na dzisiaj.
Jutro ocean, albo księżyc.

1
Tak wiele tych miejsc.

2
A jakby było tylko nic?

1
Zamknij oczy. Co widzisz?

2
Krzyż.

Znika.

1
To jest czy go nie ma?

2
Ot, czar chwili pryska.

1
Ale las nie znika
on ciągle jest.
Ciągle jest coś.

2
Jasność zanika.
W ciemnościach straszy.

1
Tylko inaczej wygląda.
Nawet bajki.

2
Tam coś leży. Padlina.

1
Raczej trup.

MADEJ
nie gardźcie ciałem. Idźcie dalej.

2
A ktoś ty tutaj?
MADEJ
Już nie ten, co kiedyś.
Płacę za grzechy własne.

1
Leząc?

2
Ciii..., uważaj, znam go.
To zbrodniarz.

1
Bił ludzi?

2
Ba.

MADEJ
Łatwo się żyło.
Teraz ciężko...
Ale łatwiej

1
To posuń się odrobinę.

2
Co?

1
Zamek jest tak daleko.
A tutaj, jak już jestem,
Tutaj mogę skonać.
2
A Królowa?

1
Złuda.

2
Nadzieja.

1
Złuda.

MADEJ
A wy to kto?

2
Zły i dobry.
Ale który jest który,
nie wiemy.

MADEJ
Ja wiem coś o sobie.
Ja zabijałem.

1
Las jest dziki.

2
Ale i święty.
Teraz.


1
Skąd go znasz?

2
Szedłem do światła,
do którego dojść nie mogłem.

MADEJ
Rozgrzeszcie mnie zatem,
me dłonie od malin czerwone,
sumienie od myśli czarne.

2
W imię kogo?

MADEJ
Boję się piekła.

1
Jak życia tutaj?

2
Idziemy do Zamku.

MADEJ
Tam musi być piekło.

1
Zostanę tutaj, z tobą...
Pozwolisz...?

MADEJ
Madeju.

1
Madeju?

2
Nie zostaniesz tutaj.
Nam należy tam dojść.
Tak fatalnie wyszło.

1
Już nie chcę.

2
Noc Walpurgi się zbliża.
To gorsze niż to, co za nami.

1
Ale on przecież...

2
Zabiłeś kogoś?

1
Nie.

2
To masz jeszcze szansę.
Masz szansę na noc spokojną,
na uśmiech Królowej,
na łyk wina.
Masz jeszcze szansę.
MADEJ
Prawda.

1
Ale sił już brakuję.
Czuję się słabo,
krew chyba cieknie.

2
Ale ty możesz iść dalej.
On chyba musi zostać.

MADEJ
Los nieraz świadczy o drodze
niektórzy na niej giną
inni ją przebywają
idźcie dalej, idźcie,
tam jest polana.
Spoczniecie.

1
Idziemy?

2
Daj mu kęs chleba.

1
I cóż to zmieni?

2
Moment sytości.
I lata wspomnień,
wiara, że jednak...

MADEJ
Że jednak żyję.
Ja mam dwie rolę
społeczną skruchę
i własny czyściec.

1
Brzmi to jak ofiara.
Autentyczny jest tylko czyn.
I cisza wokół niego.

2
A las krzyczy.

MADEJ
Kryje w sobie wiele
bólu, śmierci, żałości
tajemnic ludzkich i ludzkiego strachu.
Las.
Ale czasem i śmiech słychać
starych kochanków, młodych,
różnie to bywa.
Nieraz bóg jakiś zapomniany
listek drżąc zerwie.
Ja katem byłem
przeszłości nie zmienię.

2
My tym bardziej.
Ale posłuchać możemy,
człowieku.
Nie czuję wybaczenia.

MADEJ
A kto może?

2
Jak uderzałeś, co czynili?

MADEJ
Głowę zasłaniali, uciec się starali,
krwawiąc... Nie mogli...

1
Tak jak ty teraz.

2
Brakuje czasem litości.

1
Ba.
Zrozumienia.

MADEJ
Są przecież gorsi.

2
Nie.
Gorszych nie ma.



MADEJ
Nie takich jak ja nosiła ziemia.

2
Bo On miał to w planie.

1
Tak jak owocu zerwanie.

2
A o czym ty myślałeś
czym się zasłaniałeś
kto wmówił ci, że wybacza
temu, co przeprasza?

1
Syn jego zszedł
wybaczać.

2
I odrzucili Go swoi od siebie.

1
Z własnego podwórka w świat poszedł.
Nic nie trwa wiecznie.

MADEJ
ale tak jest lepiej.

2
Kiedy cię odrzucili, wyrzucili?

MADEJ
Wtedy. W tej chwili.

1
A nie trwało to lata?

MADEJ
Przed tym spałem dłużej,
inne spodnie miałem,
może mniej się bałem.
Teraz tam przed nami
śmierć. Wolność.




















1
Oto polana. Akurat ciemnieje,
żółte szare przysłania.

2
Sprawdź, czy nie leży gdzieś
jakiś nowy święty.

1
Masz broń?

2
Nie. A ty?

1
Też nie. Głupiśmy
w las iść bez patyka nawet.

2
I co teraz? Wilki nas zjedzą.

1
Ogień rozpalmy.

PROMETEUSZ
Proszę. Oto ogień dla was.

2
A skąd ty tak wrzucony?
Anioł?


1
Wysłannik?
Mów, co nowego.
Ja już nie wrócę.
Tam boli.

PROMETEUSZ
Ja niosę światłość.
Ogień boski wam daję.

1
Ciemnieje. Zostań z nami.

PROMETEUSZ
Nie potrafię.
Wiele was przede mną
gniew jego zaś za mną.

2
Też idziesz drogą.

PROMETEUSZ
Każdy ma drogę swą, inną,
a kiedy iść przestaję,
albo umiera, albo spoczywa.

1
Lub cierpi.

2
Lub kocha.

1
Lub śpi.

PROMETEUSZ
Ja nie śpię.
Moc mam potężną.
Ogień boski daję.

1
Ja ogień zgasić potrafię

2
Ja ponownie go rozpalić.

PROMETEUSZ
Wy bogi?

1
Nie. Ludzie.

PROMETEUSZ
A więc nie chcecie
iskry z rąk moich?

2
Prosimy. Akurat teraz
nie jesteśmy w stanie
ognia rozpalić.

PROMETEUSZ
Faktycznie, tutaj ognia jest sporo
lecz duch jest chłodny
i traci nadzieję.

1
A dalej?

PROMETEUSZ
Są mury, druty kolczaste, mury
i dzwonią serca, dzwonią. Głośno.
Teraz palą tych od Boga.
Dziwacy zawsze źle kończą.

2
Jak my, na przykład.

PROMETEUSZ
Zews jest mściwy.
I tak jestem skazany.

1
To zostań z nami w tym lesie.
Tak będzie lepiej.

2
Do ludzi nie chodź,
bo to zabija.

PROMETEUSZ
Zaprawdę?

1
I odszedł.
Nawet nas nie zbawil.
2
A kres się zbliża.

1
Ale zamek przed nami.
Niby jesteśmy, ale jakby...

2
To miraż.

1
To chodźmy dalej.

2
Zaśpiewaj coś.
To ogień duszy.

1
A kłamstwo dla ciała.
Ta... poezja cała.

2
O Prometeuszu, o Madeju.
Nas to nie dotyczy.

1
Zbyt pełny ten las.
Miał pusty być, coś
źle nam się śniło.

2
Jak księżyc i kogut na nim.
TWARDOWSKI
A wy co tutaj robicie?
Z Rzymu przybywacie?

2
Umarło już Wieczne Miasto.

1
Choć wszystkie drogi doń...

TWARDOWSKI
Ciiii....
A wy co tutaj robicie?

2
Do podróży gotowi, która przed nami.

TWARDOWSKI
To złe miejsce.
Tutaj diabeł mieszka.

2
Tylko Madej.
Boli go przeszłość.

TWARDOWSKI
I ja też głupi.
Diabeł mnie znajdzie.
Daleko stąd do Rzymu?

1
Umarło już Wieczne Miasto.
TWARDOWSKI
A jak wy wilcze syny?
Bracia? Co wy tutaj robicie?

1
To samo.

2
Lub coś innego.

TWARDOWSKI
No właśnie.
Duszę sprzedałem
za coś, co chciałem,
gdy to przeżyłem,
z niczym zostałem.
A teraz w Rzymie
On na mnie czeka.

2
Marności świata.
Jak różne są dążenia,
a zawsze do niczego.

1
To my podobnie.

TWARDOWSKI
Skusił kusiciel?

1
Tym razem świat sam się zmienił.
2
Ale idziemy.
Na Zamek idziemy.

TWARDOWSKI
A kto prowadzi?

2
Może i Szatan?

TWARDOWSKI
Tfu. Nie strasz.
Cóż tak ruszasz rękoma?
Dom stawiasz?

2
A jeśli to piec?
Na przyjście Mesjasza?

1
Kopie fundament.
Bo fanatyzm i zabić potrafi.
Dlatego idziemy.
Zamek!

ECHO
Zamek!

TWARDOWSKI
Ciii, na psa urok.
Czarta wywołasz!

ECHO
Wywołasz!

1
Uciekł.

2
Tak wyszło, bo tłoczno.
Bo my jesteśmy

1
na polanie. Na polanie.

2
No właśnie.
Cóż, noc nadeszła

1
pod gołym niebem

2
księżyc nad nami

1
właśnie

2
zaśnie.

1
Kto?

2
A kto śpi po nocy?
Tylko szaleniec.

1
Noc leku pełna, a sen to marzenie.

2
Marzenie? To bzdury.
Bo i o czym marzyć?

1
A czego pragniesz?
Gdy głowę kładziesz,
cóż masz przed oczyma?

2
Tego nie wyznam.
To moje.

1
Opowiedz o Zamku.

2
Droga tam daleka, a w nim...
Nie. Nie powiem...
To są...

1
Właśnie pragnienia.
ale ten czar pryśnie.
Wiesz o tym?
2
Dlatego właśnie...
Idziemy.

1
Spójrz, to znowu Madej.

MADEJ
Do piekła, do piekła idę.

1
A co się stało?

MADEJ
Był taki jeden, nie wytrzymałem.
Kara na dzieci moje.
Potem był drugi, to już umiałem.
Kara na wnuki moje.

2
A masz ty dzieci?

MADEJ
Nie. Wole życie.
Bo jest takie miejsce,
gdzie są prześliczni
młodzi chłopcy, gdzie oni,
tego, kąpią się cali.

1
To cię poniosło.

2
A nie wstyd ci tego?

MADEJ
Przecież się bałem.
Wy też się boicie.

1
A przebaczenia chciałeś.

MADEJ
To mnie dopada.
A krew przelana, zdrada?
Nie wiem, zwariuję, taki młody,
wessany. Żyć chciałem.
Paskudny los mnie tu przysłał.

1
Mnie historia.

2
Mnie wojna.

MADEJ
Mnie serce boli, bo to się równa,
ale cóż zrobić,
jak żyć bez grzechu,
gdy karmi on ciało?

2
To zbyt poważne na teraz,
za póżne.
1
Jeszcze wczoraj mógł nas zabić.
Dobrze uciekać, dobrze nie wiedzieć.

MADEJ
My wszyscy tacy sami, tam,
kto wie, w kogo się trafia.

2
A spójrz na niego.
Był prowadzony

1
cicho, nie trzeba.

MADEJ
Takie to czasy.
Zbója się boją, biedaka męczą.

1
To normalne.
Tak zawsze było.

MADEJ
Zimno się robi, ciało
o ciało oparte to ciepło.

1
To miłość.



GŁOS H.
Gdzież ten, co był tu?

MADEJ
Nie wiem, herr panie.
To oni. To oni wiedzą.

1
Madej drży.

MADEJ
Ja nie chce umierać tam,
ja zawsze, ja zawsze...

1
Zamknij oczy i śnij.
Zaraz pójdziemy dalej.

2
I znikł. Uf, serce mi zziębło,
straszliwi są oni.

MADEJ
Panowie wielcy, straszliwi,
z dymu, popiołu i piekieł.

1
Może to Demony.

2
Nie spodziewałem się takich...
W lesie.
MADEJ
Las to paraliż,
gdy są w nim ludzie.

1
Prościej być katem, niż ofiarą.

MADEJ
Weźcie mnie na Zamek.
To ból ukaja.

2
Ty jesteś morderca.

1
Ty jesteś zdrajca.
My ciebie nie chcemy

2
choć jesteś obok nas

1
bo myśmy, bo myśmy
się ciebie bali. Wtedy.

MADEJ
To sam pójdę. Teraz.

2
On nam przeznaczony.
Bez wybaczenia nie dojdziesz.

1
To czarny Zamek.

MADEJ
Ojciec rzekł mi:
„masz tu grosz, a jutro miej sto ich”
i kij dał na psa, przekleństwo na człowieka.
Powiedział:
„nie wierz nikomu,
a tylko bierz co mają”.
Poszedłem w las zielony,
bierz, wierz, bez różnicy,
kijem psa odgoniłem,
przekleństwem człowieka,
co zadusiłem, to jadłem,
a potem wyszli z kijami,
i przekleństwami, a szybszy byłem,
bo żyję.

2
Nie mów o tylu rzeczach
nie każdy jest szczęśliwy.

1
Ale każdy chce,
ofiary więcej.

2
Ale łatwiej je omijać. Zapominać.

MADEJ
Dlatego ja zostanę symbolem. Nie wy.
1
Rzeczywiście.
Poetą byłem.

2
A ja...
Zresztą, nieważne.

MADEJ
Jeżeli człowiek jest tym, co ma
to nie ma człowieka.

1
Wiary ci brakuję.

2
Albo chce żyć. Albo albo.

1
A ty nie chcesz?

2
My już nie żyjemy.

1
Zamek nas ocali.

MADEJ
Weźcie mnie ze sobą.

2
To zamknij oczy.

1
Przebacz mą dumę, Panie
sądziłem, że będę lepszy,
i przebacz mą pychę, Panie
choroby mnie omijały,
przebacz me chęci, Panie
te rzeczy, co mnie zmieniały,
nie chciałem ich małymi,
i to, czym mnie karmili,
że ból, że chciałem odejść,
nie oddać im życia chwili...

2
co robisz? Jest noc.

1
A jeżeli to nie ma sensu?
Ja boję się umierać,
a przecież to już niedługo.

2
Pierwotny instynkt życia.
To zbliża nas do zwierząt.
Jak sztuka do Boga.
Właśnie jej potrzebuję.
Przypomnij coś sobie.

1
Nie potrafię.
Nie po tym.

2
Tam zaśpiewasz.

1
Do trumien.

2
Przerażasz mnie.

1
Bo kiepska to sztuka.
O strachu.

2
Madej też się boi. Piekła.

1
A Prometeusz?
Że ludzie giną, w ogniu?

2
To też.
Reszta stanie się mitem.
Wtedy dostaniemy imiona.

1
Albo znowu numery,
to nigdy nie mija. Ogień.
Przed nami.

2
Idą po nas.
1
Do lasu?

2
Natura nie wygra...
z... nimi.

1
Mógłbym jednak...
Byłbym nadzieją,
a tak?

2
Wcześniej czy później,
ciągle jest teraz.

1
Zamek nas ocali.
Czuję dym. Tak blisko.

2
Jakby ciągle był z nami.

1
Boli mnie coś w środku,
o, tutaj.

2
Pomyśleć tylko, że bał się.
Diabła.


1
A jak ten Zamek to Rzym?

2
Może i tak być.

1
Dojdziemy?

2
Gdzieś na pewno.

1
Znowu ktoś. Nowy ktoś,
aż będą miliony.

DZIEWCZYNKA
Mamusia upadła,
gdzie mamusia jest?

1
Biedactwo, jest sama, w lesie,
w lesie tak strasznym.

DZIEWCZYNKA
I Jasia o ścianę,
pękło serduszko...
I płakał miś, upadł...
I dalej płacze, nie płacz,
już idę.


2
Musiała tam być,
tam przeklęte miejsce,
tam spalili Jezusa.

1
Ona się tam zgubi.
Ratujmy ją.

2
Nie zdążymy, a Zamek woła.
My mamy Zamek. My mamy coś.

1
To przecież dziecko.
To przecież jest dziecko.

2
I przez to mniej winne niż my?
Wątpię.
Ona znajdzie chatkę z piernika,
potem królewną zostanie.
Każdemu jego.

1
Marzenia.
Ciepło, jedzenie, wiersze,
miłość.
Cóż jeszcze?

2
Pan patrzy w dół,
widzi i piekło.
I widzi nas, jak od światła ślepi

1
dzieci starości. Lub młodzi starcy.

2
A jak się teraz czujesz?

1
Źle. Niedobrze. Czuję.
Ile jeszcze?

2
Tylko pod górę
i Zamek będzie.
Tam koniec.
Albo początek.

1
Madej się budzi. Co z nim?

2
Nie wiem.
Ale on nie dojdzie tam gdzie my.

MADEJ
Śnił się krzyk,
ludzki, straszliwy,
ludzi na wózki, żywych, do ognia
i dzieci z nimi, miś pluszowy płakał,
a Szatan śmiał się.
Kim ja byłem? Dlaczego?

1
Bo jeśli się bałeś,
to byłeś ty.
Nie zapominaj o tym,
gdy staniesz w ich szeregu,
w ich sprawiedliwości,
ich blasku złota,
ich przyjemności.
A gdy was surowo sądzić będą,
nie zapominaj o tym.

2
Bóg nie pozwolił, ale kto słucha,
gdy szatan moc na ziemi ma?
Madeju, nie pójdziesz z nami,
z palców twych cieknie krew.

MADEJ
Gdy wróciłem, ojciec sto groszy zabrał,
za kij złapał. Ból pamiętam.
Łatwiej tak było
w te ciała bezbronne uderzać.
Takie jak moje, ale ja
strach miałem na imię.
Sam jeden, sam jeden.

2
I sam zostać musisz,
bo dziecko płakało.

MADEJ
Anioł, aniołeczek mój...
Bóg ułaskawi cierpiących,
Jezus łotra zabrał z sobą.

1
Bo inne miał imię,
gdzież ty, Madeju, zbłądziłeś?
Ale ma racje, sam zostać musisz,
lub samemu iść.
Tak mało czasu nam zostało,
oni i tak ten las spalą,
znowu ty mnie..., albo jego, ją...
Madeju, nie chce ponownie umierać.
Śmierć i strach spali w objęciach.
Wiedziałeś?

MADEJ
Jestem zbrodniarzem.

2
My też już tacy,
słabi.
Coraz bardziej słabi.
A tyle zostało przed nami,
tyle powietrza i słów,
ja nie mogę ci tego wybaczyć,
ale człowiekiem tylko jestem
i nie mam prawa.

1
Może jak człowiek płakał
to kara spadła na ciebie,
ale jak dusza płakała, nad tobą,
to twoje jest zbawienie.

2
A one mogą.
Bo ból im już oszczędzony.
Może w Raju czekają?

MADEJ
I nie nienawidzą?

1
Gdy Syna nam dał,
czy Mu się zrobiło nas...

2
przykro?

1
Smutno?
Za nas samych?

MADEJ
Mimo wszystko...
nie wolno zabijać.

1
A jeszcze tak niedawno
ogień, krzyk i śmierć,
i czy nasza zgoda
nie czyni nas winnymi?
2
My tchórze, cierpieć się boimy,
stalowe dłonie paraliżują,
są tak zimne i pewne,
a matki na nie chuchały,
plącząc nicie nad kołyską.

1
Inne czasy nastaną,
wieszcze o krwi zapomną,
i ludzie się pokochają,
miłością niezłomną.

2
A jednak głupi jesteśmy,
że w takie bzdury wierzymy,
Zamek nas czeka.

GŁOS H
Weźcie jeszcze tego,
wątroba mu wypływa.

1
Sęp musiał ją wyżreć.
Martwy?

GŁOS H
Co, jeszcze żyją?

2
To głos Boga?

1
Niech nas zostawi, niech...
milczy.

GŁOS H
A ten tu wydał ich organizacje,
za skórkę chleba. Nie, za życie.

1
Bałem się.

GŁOS H
Ha, a obok leży ten, którego wydał,
zakrawa to na żart, na paradoks.

2
Zamknijcie oczy.

MADEJ
Rzęzi jeszcze.

GŁOS H
I kapo z nimi, i to ta bestia,
co aż nas przerażała.

MADEJ
Mnie nigdy być nie mogło.
To nie ja.

GŁOS H
Szybciej to pchać, bo jęczą,
jęczą jakby płakali.
Żałosne.

1
Masz rację, piękny ten las
i Zamek piękny, i ona też była piękna,
kule w głowę dostała.

2
Piękny jest Zamek, tam czeka na nas
i ona i wszyscy, nikt nic nie mówił,
ja nie chce słyszeć teraz takich rzeczy.

1
A jeśli to racja?
Że żyć my niegodni?

2
Kłamstwo.
Siła jest tylko siłą,
a żyć każdy ma prawo
bez strachu.

1
Tam się bać przestaniemy,
tam puchar pełny i kobieta,
ognisko, nie, ognia blask,
i wtedy przypomnę swą poezję,
gdy jeszcze wierzyłem w siebie,
nie bałem się człowieka.

2
A ja posłucham?
MADEJ
To mnie też się należy, bracie mój.

PROMETEUSZ
Ogień...
Pali...

MADEJ
Żyje jeszcze.

2
Z nim nie dojdziemy,
on umiera, a koniec tak bliski,
porzućmy to, idziemy.

1
Nie czas naprawdę, jeszcze nie,
tam w Zamku płonie światło,
tam szczęście czeka,
tam pewność nadziei,
ta chwila, gdy tańczysz, ta...
metafizyka.

2
A oni są ciągle z nami,
trudno, bierzemy ich,
do końca.

PROMETEUSZ
Za co...
To boli...

2
Dokonało się, skuci jednym losem,
a tak wszyscy inni,
to wczoraj tak inne od teraz,
a jutro?

1
A jutro wstanie słońce,
przeciągnie się śpiący człowiek,
inny zabije innego, ten zdradzi,
ten znów ukradnie.
I co z tego?

2
Na Zamku nas opatrzą.

MADEJ
A góra wysoka, a on taki ciężki,
a lepka jego wątroba.
On krzyżem moim, niech będzie.
Poniosę go, wysoko.
wszak to marzyciel,
a oni z nieba pochodzą.

2
Jak i poeci.

1
Jak każda miłość.
I wybaczenie.


2
Zło jak i dobro w nas jest.

Opublikowano

Autobahn

Zapach twego ciała upycham
po wszystkich kieszeniach
na drogę na zapas na zawsze
trwasz we mnie i pachniesz
naszą miłością. Bilet do nieba
stracił ważność - przecież
nie polecę bez ciebie do anioła
zagłady po wizę turystyczną.
Oni tam wyśmialiby mnie -
miał ją a wybrał nas.Idiota.
Dlatego biorę na drogę zapach
twojego ciała, bym nie żałował
w cuchnacym trmwaju, wyboru ciebie
ponad błękit nieba z równym asfaltem.


Noe-Gd Gdańsk 16.03.2006/19.18/ [email protected]

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Dokąd zmierzasz świecie…? Jak karawana na pustyni, po niknących śladach szukasz próżno oazy.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Gdy falujące morza i oceany kłaniają się wyspom naprzeciw, ty wciąż nie dostrzegasz celu.   Człowiek pręży się i maskuje, łamie rozum, by pojąć boże zamysły, stawiając siebie na piedestale.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Wieża Babel dawno upadła, jakże jesteś nierozumny, jak Ikar, zbyt blisko słońca.
    • @Migrena

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Idiotka     Ewa J., obecnie wyższa urzędniczka w ministerstwie kultury, swojego przyszłego męża poznała na plaży w Międzyzdrojach, gdzie na wypoczynek skierowała tę dwudziestoczteroletnią panienkę jej macierzysta firma. Wpadł jej w oko już pierwszego dnia. Elegancki, chociaż tylko w slipach, spacerował po plaży i czasami tylko udawał się na płytkie wycieczki w morze. Ewa J. umieściła swój kocyk w kratę właśnie obok „majdanu” przystojniaka w slipach. Reszta urlopu młodej pracownicy ministerstwa upłynęła na towarzyszeniu poznanemu na plaży chłopcu – chociaż może akurat było odwrotnie. Przedstawił się jako Jasiek C. Dowiedziała się jeszcze od niego, że skończył prawo i jest pracownikiem Ministerstwa Obrony, a jakże. Po samochodowym powrocie z urlopu (Jan C. był zmotoryzowany) romans trwał w najlepsze i po roku zakończył się bardzo kameralnym weselem. Młoda mężatka przeprowadziła się do eleganckiego, chociaż architektonicznie siermiężnego, tak zwanego dolarowca, do mieszkania męża. Dwa lata później Ewa C. urodziła chłopca, któremu dano na imię Piotr. Po wykorzystaniu urlopu macierzyńskiego młoda mama wróciła do pracy, a małemu Piotrowi wynajęto bardzo drogą, bo dobrze wykształconą opiekunkę. Lata płynęły. Państwo C. spędzali razem urlopy, powodziło im się doskonale, byli kochającym i czułym małżeństwem. Mieli własny jacht na Mazurach oraz domek myśliwski zagubiony gdzieś w bieszczadzkich lasach. Czasami przyjmowali gości, ale byli to zawsze znajomi pani Ewy. — Mąż, ze względu na tajny charakter swojej pracy, nie ma przyjaciół — mawiała do swoich przyjaciółek pani Ewa. — A co to za praca? — dopytywały zaciekawione. — Sama nie wiem, ale to jakaś osobliwa wojskowa tajemnica — odpowiadała. 23 lata po ślubie Ewa C. zjawiła się nieproszona na policji i zażądała rozmowy z oficerem, bo to, co ma do przekazania, jest rewelacyjnie ważne i niezwykle tajne. Policja chętnie nadstawia ucha, bo bardzo sobie ceni donosy, a szczególnie takie, w których żona donosi na własnego męża. Ewa C. zeznała, że odkąd poznała Jana C., on zawsze pracował w ministerstwie obrony. Miał legitymację służbową przedłużaną w grudniu na następny rok. Ale w 23. roku wspólnego życia pani Ewa C., urzędniczka w ministerstwie, udawała się do swojego chorego szefa, dyrektora departamentu, w celu zasięgnięcia jego opinii w sprawie służbowej. Było to przed południem, przed ekskluzywnym budynkiem mieszkalnym, ostatnio oddanym do użytku w Warszawie. Zobaczyła mianowicie swojego męża w garniturze i z czarną teczką w dłoni (tak właśnie o tej porze roku wychodził do pracy), jak sprężystym krokiem przemierza przeszklony korytarz na pierwszym piętrze, zatrzymuje się, otwiera jakieś drzwi i wchodzi do czyjegoś, jak sądziła, mieszkania. Przyjrzała się dobrze tym drzwiom. Były identyczne jak siedem pozostałych. Pospiesznie załatwiła swoje sprawy z pryncypałem, ale do pracy już nie wróciła. Zaintrygowana i pobudzona siedziała w samochodzie, obserwując znajome drzwi z numerem, za którymi zniknął mąż. Kilka minut po szesnastej elegancki pan, czyli właśnie Jan C., wyszedł z mieszkania, przemierzył korytarz, zjechał windą na parking, wsiadł do swojego samochodu i odjechał, a czatująca żona podążała za nim. Pan Jan podjechał pod dom państwa C. i niespiesznie się do niego udał. Chwilę po nim do domu weszła małżonka. Nie dała po sobie poznać, że oto poznała jakąś męża tajemnicę. Standardowe pytania: jak w pracy, wszystko dobrze, obiad, syn na randkę z dziewczyną lub chłopakiem, lektura gazet, kolacja, telewizor, łóżko. Rano Jan C., jak co dzień, wychodzi pierwszy, ale tuż za nim wybiega Ewa C. Podróż małżonka kończy się pod domem z wczorajszych obserwacji Ewy C. Pan Jan opuszcza samochód, idzie chwilę korytarzem i znika za drzwiami mieszkania, czy diabli wiedzą czego, oznaczonego numerem sześć. Żona idzie za nim, podchodzi pod drzwi, nasłuchuje, ale nie dobiegają do niej żadne dźwięki. Jest cicho. Wsiada do swojego samochodu, jedzie do pracy, bo dzisiaj akurat musi, ale wychodzi wcześniej, jedzie na Mazurską (tak ją tutaj nazwijmy). Tuż po szesnastej wychodzi mąż, wsiada do samochodu i jedzie do domu. Ale zaraz po obiedzie żona pyta męża, czy u niego w pracy wszystko w porządku. — Oczywiście, jest spokojnie — odpowiada. Jest klasycznie spokojnie i dodaje jakąś ciekawostkę o generale, którego żona zna tylko z telewizora. I jest następny dzień. Rano małżonkowie, oboje, ale oddzielnie, jadą na Mazurską, ale tym razem Ewa C. dzwoni do ministerstwa, że dzisiaj do pracy nie przyjdzie, bo – delikatnie mówiąc – niedomaga. Siedzi osiem godzin przed pracą, a raczej przed sama nie wie czym swojego męża, aż wreszcie kilka minut po szesnastej pracownik ministerialny opuszcza, powiedzmy, że pracę i jedzie do domu. Małżonka jedzie za nim. W poniedziałek Ewa ze swoją koleżanką z pracy podjeżdża na Mazurską. Poinstruowana kobieta idzie do mieszkania nr 6 i dzwoni. Otwiera jej mąż Ewy C. (ona go zna, on jej nie) w samej koszuli, krótkich spodenkach i na bosaka. Koleżanka żony pyta, czy zastała Stefana. Jan C. bardzo grzecznie, z uśmiechem na twarzy i na luzie odpowiada, że tutaj nie ma nie tylko Stefana, ale nawet żadnego innego mężczyzny. Ewa C. analizuje swoje życie, a raczej życie swojego męża, Jaśka. Chodzi codziennie przez 23 lata do tej samej pracy, zawsze ubrany elegancko, wręcz wytwornie, jak na człowieka z dużą klasą i na stanowisku przystało. O jego pracy nigdy szeroko nie rozmawiają, bo to są tajemnice i lepiej dla niej, aby nic nie wiedziała. Nie ma przyjaciół ani kolegów. Małżonkom nie zbywa na niczym. Mąż jest czuły i troskliwy, a więc jest świetnym partnerem i ojcem. Każdego miesiąca oddaje do domowego budżetu swoje zarobki w bardzo przyzwoitej wysokości. Ale w rzeczywistości do pracy nie chodzi, bo z tego, co ona się orientuje, to jeszcze u nas tak nie ma, żeby ministerstwo zlecało swoim pracownikom chałupnictwo. A więc tak, myśli Ewa C.: albo w grę wchodzi jakiś niezrozumiały romans z kobietą, albo mąż jest uwikłany w bardzo nieczyste interesy. Pewnego popołudnia, kiedy mąż jest w domu, jedzie na Mazurską i dzwoni do drzwi z numerem 6. Cisza, chociaż dzisiaj modnie byłoby napisać, że słyszy ciszę. Nie ma spisu lokatorów. Jeździ tak kilka razy, ale nigdy jej nikt nie otwiera. Wtedy jedzie na policję, która skrupulatnie spisuje jej zeznania, na koniec prosząc o dyskrecję. Oni się do niej odezwą. Policjanci szybko orientują się, że jeżeli w grę wchodzi pracownik Ministerstwa Obrony, o którym oni sami w swoich aktach mają pustkę, to sprawę należy przekazać do kontrwywiadu wojskiem. Agenci kontrwywiadu, wietrząc szpiegostwo na dużą skalę, zakładają na Jana C. całkowitą inwigilację. W nocy wchodzą do mieszkania na Mazurskiej i skrupulatnie je przeszukują. Jest to 90-metrowy apartament, bardzo bogaty i wykwintnie wyposażony w najlepsze włoskie meble skórzane, super sprzęt audio, kino domowe, obrazy, puszyste dywany... Jednym słowem, mieszkanie jest urządzone z niebywałym przepychem, aczkolwiek z zachowaniem niebanalnej elegancji. Na półkach stoją tysiące dysków z filmami i muzyką jazzową. Na powierzchni około 20 m² rozłożona jest instalacja kolejki elektrycznej. Nie są to jednak tanie zabawki z dawnego NRD czy chińska tandeta. Te kolejkowe zabawki wytwarzane są na zamówienie w Japonii przez firmę produkującą je dla bardzo zamożnej klienteli. Tory są szersze niż w normalnych zabawkach, lokomotywy i wagoniki wykonane z dbałością o każdy szczegół, jest komputerowe zarządzanie ruchem, a całość ma wartość luksusowego samochodu osobowego. W rogu stoi najnowsze dziecko firmy Lockheed Martin, przeznaczone dla dużych i bardzo bogatych chłopców. Jest to wart kilkadziesiąt tysięcy dolarów symulator lotniczy do walk w powietrzu, bombardowań, atakowania czołgów i tak dalej. W klaserach na półkach są zbiory monet. Jak szybko orientują się agenci, są to monety najdroższe na świecie. A więc, pomyśleli agenci przeszukujący mieszkanie, człowiek tu mieszkający pławi się w luksusie, na jaki stać tylko ludzi najbogatszych. W mieszkaniu z numerem 6 instalowane są podsłuchy głosowe i wizyjne. Jan C. zostaje zaś poddany totalnej inwigilacji. Prześwietlone zostaje życie obserwowanego od jego narodzin. Obserwuje się również jedyną bliską mu osobę, czyli jego matkę, Kazimierę C. Jest ona byłą urzędniczką do spraw bezpieczeństwa i higieny pracy w centrali PKP, aktualnie – ale od 21 lat – na rencie po stracie nogi w wypadku kolejowym. Kobieta ta pobiera 1920 zł renty, jest domatorką, nigdy i nigdzie nie wyjeżdża. Agenci szybko ustalili, że Kazimiera C. jest właścicielką wartego 950 tysięcy zł mieszkania na Mazurskiej oraz luksusowego, sportowego mercedesa GLE Coupe wartego pół miliona złotych, jakiego używa jej syn Jan. W mieszkaniu Kazimiery C. zjawia się agentka podająca się za pracownika Urzędu Skarbowego, pytając, skąd posiadała ona pieniądze na zakup mieszkania i samochodu. Kobieta nie jest speszona ani zdenerwowana pytaniami. Odpowiada, że o wszystko należy pytać jej syna, czyli Jana C. Groźby i perswazje nie rozwiązują jej języka. Trzymiesięczna totalna inwigilacja, podsłuchy i nagrania nie odpowiadają na żadne istotne pytania służby wojskowej. Wiadomo jedynie, że Jan C. nie tylko aktualnie nie pracuje, ale w ogóle nigdy i nigdzie nie pracował. Kontrwywiad ustala też, że obserwowany prowadzi niezwykle ustabilizowane życie. Każdego dnia jedzie do „pracy”, czyli na Mazurską, bawi się tam jak chłopiec, ogląda filmy, słucha jazzu, czasem się zdrzemnie i wraca po „pracy” – czyli po wszystkim, co w swoim, a właściwie swojej mamy mieszkaniu robił – do domu. Sprawia wrażenie człowieka bardzo pewnego siebie, ale ciepłego i miłego. Nie ma znajomych, z nikim się nie kontaktuje, nikt go nie odwiedza. Kontrwywiad zwraca sprawę policji, a ta decyduje się na zatrzymanie Jana C. Na pierwszym przesłuchaniu zatrzymany opowiada policji bajkę o tym, że kilkadziesiąt lat temu, kiedy zażywał życia w lenistwie, bo właśnie rzucił liceum po drugiej klasie szkolnych trudów, spotkał na ulicy szczupłego mężczyznę, który powiedział mu mianowicie, że jest jego ojcem. Powiedział też synowi, że porzucił matkę i jego, kiedy syn miał 5 lat. Dzisiaj przychodzi tu, aby nadrobić krzywdę, jaką mu wyrządził swoim odejściem. Powiedział też, że nie zapomniał o chłopcu i z bagażnika poloneza wyjął niewielką skórzaną torbę, wręczając ją synowi. — Masz tutaj ogromny majątek — powiedział — bądź tylko mądry, a wystarczy ci na całe życie. Chociaż Jasiek C. nie rozpoznał w nieznajomym ojca, to jednak po wypytaniu mamy, jak wyglądał tata, zorientował się, że to był właśnie on. W skórzanej teczce znajdowało się kilkadziesiąt papierowych pakunków, w każdym z nich było po kilka szlifowanych kamieni. Były to brylanty. Jan C. kupił odpowiednią literaturę, odwiedzał sklepy jubilerskie i powoli docierało do niego, że naprawdę został właśnie bogaczem. Pewnego dnia z dwoma niedużymi kamyczkami udał się do złotnika. Ten obejrzał towar i powiedział, że to dla niego zbyt poważny interes i nie jest zainteresowany zakupem, ale może skontaktować sprzedającego z odpowiednią osobą. Osoba ta zjawiła się na umówione spotkanie. Był to mężczyzna mówiący po angielsku, ale znał też wiele słów polskich. Obejrzał i zważył małą wagą jubilerską kamienie i powiedział, że może za obydwa zapłacić jakąś astronomiczną dla Jana C. kwotę. Transakcja doszła do skutku. Wtedy Jan C. powiedział Anglikowi, że niebawem będzie miał do sprzedania znowu dwa kamienie. Kupujący pozostawił swoją wizytówkę i powiedział, że czeka na telefon. Przez 25 lat Jan C. dzwonił do Anglika kilkanaście razy. Nauczył się mówić po angielsku. Przyzwyczajeni jednak do trochę bardziej realistycznych bajek policjanci zaproponowali w rewanżu za opowieść Janowi C. areszt. Prokurator wystąpił o jego zastosowanie do sądu, ale ten nie znalazł ku temu podstaw prawnych. Jana C. zwolniono. W kilka dni później został jednak ponownie zatrzymany pod zarzutem podrabiania dokumentów, a mianowicie legitymacji służbowej Ministerstwa Obrony. Zatrzymany przyznał się do zarzucanych czynów i zeznał, że wykonał ją sam, korzystając z drukarki i maszyny do foliowania. Co roku wypełniał też odpowiednie rubryki, co miało świadczyć o ważności legitymacji w kolejnym roku, własnoręcznie wykonaną pieczątką. Należy jednak stwierdzić, co przyznał również prokurator, że wygląd zrobionej przez zatrzymanego legitymacji bardzo daleko odbiegał od oryginału, a nawet był do niego zupełnie niepodobny. Zatrzymany przyznał się do zarzucanego czynu i chociaż prokurator sporządził wniosek do sądu o zastosowanie wobec podejrzanego aresztu, to jednak sąd nie znalazł ku temu odpowiedniego powodu. Jeszcze raz policjanci próbowali nakłonić Jana C. do uwiarygodnienia swojej opowieści przez okazanie pozostałych brylantów. — Będzie panu lżej, panie Janie — przekonywali. — Nie bądźcie panowie śmieszni — odpowiedział grzecznie zatrzymany i udał się do domu. W jakiś czas później Jan C. otrzymał wezwanie do prokuratury i udał się tam ze swoim świetnym adwokatem. Prokurator przedstawił podejrzanemu akta sprawy przed skierowaniem do sądu. Z akt Jan C. dowiedział się, że za całą sprawą stała jego żona Ewa, składając na własnego męża donos na policję. Wkrótce odbyła się sprawa sądowa, a sąd, z powodu małej szkodliwości społecznej czynu, sprawę umorzył. Jan C. przeprowadził rozmowę z żoną. — Słuchaj, wiem, że to ty na mnie doniosłaś. Zachowałaś się jak ostatnia zdzira, ale ci wybaczam, bo cię kocham — powiedział, a w odpowiedzi usłyszał to, czego ona dowiedziała się od policji. — Jak ja mogłam tyle lat żyć z prostakiem bez zwykłej matury?! Jesteś dla mnie oszustem! Jak mogłam wyjść za człowieka z gminu?! — krzyczała nie tylko mężowi w twarz, ale w kilka dni później również prosto w oczy swoim bardzo licznym a ciekawskim przyjaciółkom. Jan C. jak stał, tak wyszedł ze swojego mieszkania. Nigdy już do niego nie wrócił. Wkrótce z wniosku pani Ewy odbyła się sprawa rozwodowa i już na pierwszej rozprawie sąd zarządził rozwód. Ewa C. wytoczyła następnie swojemu byłemu mężowi sprawę o podział majątku. „Mieszkanie i samochód jest byłej teściowej, ale my z mężem mamy luksusowy jacht i dom myśliwski w lesie” – napisała w pozwie Ewa C. Łączna wartość majątku małżeństwa została oszacowana na sześć milionów złotych. Na sprawie świetny, ale bardzo drogi adwokat męża przedstawił zaświadczenie, że trzy miesiące temu na jachcie, którym płynął jej mąż, wybuchła butla gazowa i doszczętnie go zniszczyła. Jana C. wyłowiła z wody łódka wędkarska, a zaraz potem przyjęła go na pokład motorówka policji wodnej. — Tutaj jest cała dokumentacja zdarzenia — powiedział i położył na stole sędziowskim plik dokumentów. — Tylko przez zwykłe przeoczenie Jan C. zapomniał o opłaceniu ubezpieczenia wypadkowego — dodał mecenas. — Ale jest jeszcze dom! — darła się w sądzie Ewa C. Adwokat z kamienną twarzą położył przed sędzią notatki z policji i straży pożarnej stwierdzające, że w dniu takim a takim, prawdopodobnie od zwarcia instalacji elektrycznej, wybuchł pożar, po którym wspaniały dom myśliwski zamienił się w stertę gruzu. — On to spalił! — wrzeszczała przed sądem Ewa C., mając widocznie na myśli swojego byłego męża. — Bardzo wątpię — powiedział adwokat i położył na stole sędziowskim dokumenty stwierdzające, że w dniu pożaru Jan C. towarzyszył swojemu mercedesowi w wymianie oleju w autoryzowanym serwisie, setki kilometrów od uroczego domku w lesie. Syn małżonków C., Piotr, kupił sobie na raty – aczkolwiek, jak głosi plotka, za pieniądze tatusia – mieszkanie i zamieszkał tam ze swoją dopiero co poślubioną żoną. Kolorowe gazety doniosły ostatnio, że śliczna młoda aktorka, grająca już nie tylko w serialach, poślubiła przystojnego i bogatego, chociaż już starszego pana. Chodzi właśnie o Jana C. Idiotka Ewa J., dawniej Ewa C., mieszka obecnie w wynajętej, obskurnej kawalerce gdzieś na Ursynowie. Głupota towarzyszy ludzkości od samego jej początku, małostkowość zaś jest tym jej elementem, który potrafi zniszczyć życie nie tylko śmieciarza, doktora habilitowanego czy prostego magistra, ale również ministerialnej urzędniczki. I to byłoby na tyle.              
    • zima nadeszła za wcześnie. rozpalone płatki śniegu, rozkładają się w podłożu.   nie przyjdzie więcej, nareszcie... lata spędzone w szeregu, marsz do zbiorowego grobu.   pamięć twa nałogiem, chodnik twym cmentarzem, cegła twym nagrobkiem.   głoś więc w szczelinach na wpół skremowany, ostatnie kazanie oddechem urwanym. niech wiedzą, że papież nie został wybrany, a ty wiedz, że byłeś, tym razem, ostatnim.  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Nieco z góry, wszystko wyda się mile i słodkie, w tej naszej imagino manipulacji zwanej kreacją ;) Z rozmachem, niezwykle. Pozdrawiam

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...