Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Wciąż ten sam głos:
- Ziemniaki!
Za chwilę:
- Cebula! Ziemniaki!. Cebula! Cebulaaaaa!
Ciągle w drodze. Kilkanaście kilometrów każdego dnia.
- Ta ta ta ta ta...! – podjechał żółty samochód.
Dzieciak sąsiada już wysępił pieniądze na lody. Tym razem tylko na te na patyku.
- Pssssssyk – syczy otwierana puszka. Puszka owinięta kawałkiem gazety. Podobno nie wolno tak oficjalnie. Zakaz. Przepis. Przepisy są od tego, by je łamać. Czy komuś to przeszkadza? Nieszkodliwy, trochę otępiały sąsiad usiadł na ławce przed blokiem. W ręce ściska puszkę. Chlip. Łyk:
- Aaaa...
- Hau, hau, hau…
- Arnold!... Arni! AAAAaarni!
- Dzień dobry!
- Łup! – trzasnęły drzwi. To sąsiad wraca z Arnim do domu.
Oparty o parapet – świeżo upieczony magister. Ciągle ten sam. Po prostu człowiek. Entuzjazm po nocy jakoś nie wraca. Wyjście do kiosku po gazetę to rytuał.
Gazeta już przyniesiona. Oferty przeglądnięte. Niektóre podkreślone. Otwarta gazeta leży koło niedopitej kawy. Filiżanka cały czas ta sama. Uszko ubite 3, 4 czy 5 lat temu i sklejone kropelką. Filiżanka czerwona. Firmowa.
Współlokator na wychodnym. Poczucie godności na drugim końcu pokoju. Wpatrzone w powłoczkę, która jeszcze nie tak dawno myślała, że wtedy wszystko się zmieni. Najłatwiej wyjść z siebie, stanąć obok i bezmyślnie wykonywać wszystkie czynności dnia codziennego.
W łazience spędza prawie godzinę. Wreszcie ma czas, by o siebie zadbać. Dokładnie myje zęby. Obcina paznokcie. Zmywa wannę, kuchenkę. Zbiera rzeczy do prania. Nikt mu dziś nie powie:
- Zapuściłeś mieszkanie. Śmieci nie wyniosłeś, a to przecież twoja kolejka.
Składa ubrania. Rzeczywiście dopiero teraz widzi, że w szafie jest dość miejsca na wszystko. Wystarczyło tylko poskładać w kosteczkę. Porządek nadaje sens jego życiu. Całe szczęście, że porządek nie trwa wiecznie i jutro znów będzie można na coś się przydać. Choćby tak lokalnie. Można zawsze umyć jeszcze okna i wyprać firanki. Wyciągnąć odkurzacz. Robota na dwa dni. Co najmniej. Za ten czas poczucie godności nie powinno zostać sporo nadwątlone.
Ważne, że człowiekowi pozostają chociaż wspomnienia. Niezatarte obrazki, które w chwilach zwątpienia nadają życiu sens.
Ludzie, którzy weszli kiedyś na naszą drogę, w chwilach samotności i beznadziejności, maszerują ścieżkami naszego umysłu…, naszej pamięci…

***

Marek
Dziennikarz z powołania, wędrowiec z konieczności. Skromny mieszkaniec małego miasteczka. Czas trwoni na poszukiwaniu swego miejsca na ziemi.
- Właściwie do kraju przyjechałem na miesiąc… - mówił do słuchawki - ale chętnie się z wami spotkam.
Tym razem spotkanie organizował Krzysiu, odwieczny pesymista z przekonania. W klubie zjawili się prawie wszyscy, którzy żegnali go na imprezie po „obronie”. Pracę magisterską bronił jako pierwszy z całego roku. Zależało mu na szybkim wyjeździe:
- Bilety w kieszeni, umowa w Internecie – żartowali sobie z niego.
A on witał się z ludźmi i pytał:
- Gdzie Zosia? Przyjdzie? Może do niej zadzwonię? Daj numer, proszę…
Dzwonił. Zosia nie mogła się zjawić, pracowała na drugą zmianę w innym pubie.
- Gosia? Gdzie Gosia? Będzie? Daj numer, zadzwonię…
Witał i żegnał wszystkich, którzy przychodzili, bardzo serdecznie. Nie dziwiło to nikogo. Zawsze był taki: skromny, serdeczny, pokorny, niewielki człowieczek o wielkim sercu i gigantycznym umyśle.
Pokory nauczyło go życie.
- Czesiek k…, trzymaj młodego.
Młody wybierał ziemię.
- Młody k…, skocz po flaszkę – padała komenda .
- Umarlak będzie jutro. Kasa, k… dzisiaj. Cała nie, k… tyko część, k…
Kamienie były wystarczająco ciężkie, by przenosić je w dwójkę. Płyty granitowe ocierały ręce, nawet w rękawiczkach.
Stał nad tym dołem…, dziurą wykopaną w ziemi. Wykopaną jego rękami. Jego własnymi rękami. Żal i ból rodziny, którą widział z oddali wypełniał jego serce. Po brzegi.
Nie zmieniał się tylko on i ekipa, w której, k… pracował. Klienci bywali różni. Stawki były wysokie.
Jedne wakacje w zawodzie grabarza nauczyły go więcej niż kolejne miesiące na studiach. Zapewniły mu też miejsce w regionalnym dodatku pewnej gazety. Jego reportaż zrobił furorę. Otrzymał nagrodę. Na razie tylko instytutową, przyznawaną przez komisję studencką.
- Czy on to oparł na własnym doświadczeniu? – pytali profesorowie.
Zdaniem Łukasza:
- Nie ma czego zazdrościć.
Tymczasem zazdrościli mu wszyscy. Prawie wszyscy.
Samolot wzbił się w górę. Znów coraz dalej od domu. Od tego prawdziwego, rodzinnego, w małym miasteczku. Coraz bliżej przygody. Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, Hiszpania…, Wielka Brytania…. Ileż razy zmieniał miejsce zamieszkania w ciągu ostatnich dwóch lat? Nie liczył podróży. Wszędzie miał przyjaciół, do których jechał z radością:
- Mark!...Marko!
Wszędzie czekała na niego namiastka domu. Wszędzie zarabiał pieniądze.
Mały, choć i wielki, szczęśliwy, pokorny i skromny człowieczek. Ciągle w drodze.

***

Gośka
Miłość do literatury była motorem jej życia. Rozkochana w języku francuskim. Na zawsze przeniosła się do Niemiec. Pierwsze słowa w nowym, obcym dla niej języku brzmiały:
- Ich heisse Małgorzata, Margaret…. Meine Liebe Freundin…
Skończyła polonistykę:
- Może zastanowiłaby się Pani nad podjęciem studiów doktoranckich? – proponował promotor.
- Mam już inne plany – odparła nawet dosyć szczerze.
Mimo tego, że zawsze marzyła o karierze naukowej, nagle, kiedy pojawiła się przed nią taka możliwość, przestała o niej myśleć. Zrezygnowała, zanim jeszcze zdążyła cokolwiek rozważyć.
- Brakuje mi tej atmosfery studiów - pisała w niejednym liście do swoje przyjaciółki. – Tych wykładów, rozmów i książek. Brakuje mi towarzystwa ludzi natchnionych, dla których literatura jest osłodą życia.
Dzień spędzała w czterech ścianach nienależącego do niej mieszkania. Czekała, kiedy ON wróci z pracy.
ON – przystojny blondyn o polskim pochodzeniu. Dobrze władał niemieckim. Mieszkał już tam ponad dziesięć lat. Długie dziesięć lat, które dla Gośki stanowiły trochę ponad połowę jej życia.
- Niemieckiego uczę się sama. W domu rozmawiamy na razie po polsku.
- Może wybrałabyś się na kurs, na pewno byłoby Ci łatwiej, poza tym zawsze miałabyś okazję spotkać jakichś ludzi. Nie musiałbyś siedzieć sama całymi dniami.
- Mam telewizor - odpowiadała.
Miała właściwie wszystko, co chciała.
Pracy przestała szukać, kiedy tylko padło sakramentalne „tak”. Wiersze przestała pisać już dużo wcześniej.
- Nie widzę w tym sensu! To dobre dla nastolatek.
Pozostały po niej zapisane zeszyty. Pseudonimy i pusty pokój, do którego ostatecznie wprowadziła się młodsza siostra.
Gosia żyła czasem samymi wspomnieniami:
- „U prząśniczki przędą jak anioł dzieweczki, przędą sobie, przędą jedwabne niteczki….” – wyły kiedyś wracając do domu zdezelowanym maluchem Tomka.
Wybuchały niekontrolowanym śmiechem. Zepsuły hamulec… ręczny hamulec, który sprawił, że w samochodzie rozchodził się lekki swąd palonego ogumienia.
Wracały razem z niejednej imprezy. Rozmawiały razem o niejednym chłopaku. Miały wielkie plany wspólnego mieszkania na studiach. Scenariusze studenckiego życia układały jeszcze w liceum. Gosia zamieszkała jednak w innym akademiku, w innym mieście. Nie było im dane razem studiować. Dwie wariatki, bez poczucia kontroli nad rzeczywistością.

***


Przemek
Rozsądek i przedsiębiorczość całkowicie zdominowały jego jestestwo. Pracę zmieniał kilkakrotnie jeszcze w czasie studiów. Był kolekcjonerem praktyk.
- Ile dostajesz w tym radiu? – zapytał Paweł, a kiedy nie usłyszał odpowiedzi doprecyzował.– Chyba nie pracujesz tam charytatywnie?
Tymczasem Przemek praktykował wolontariat w międzynarodowych firmach.
- Za friko robi, idealista – podśmiewali się koledzy ze studiów.
Przemek robił to dla papierka.
- Mała rzecz, a cieszy - komentował w domu.
- Doświadczenie to rzecz bezcenna – powtarzał mu tata. – Pamiętaj jednak, że kiedyś będziesz musiał tym doświadczeniem wyżywić rodzinę.
Przemek nie myślał o tej swoje przyszłej rodzinie. Nie była mu jeszcze, a może nawet w ogóle, potrzebna.
- Rozwożenie pizzy to dobra fucha – przekonywał kolegów, którzy czas poza wykładami spędzali w klubach studenckich.
- Co prawda, prestiż może zerowy, ale przynajmniej jest kasa – powtarzał pod nosem.
To była pierwsza kasa, którą zarobił. Oblał za to dwa egzaminy. Nie miał czasu, żeby się do nich przygotować.
- Synu, studia przede wszystkim – otrzeźwił go tato.
Kolejna rozmowa kwalifikacyjna odbyła się dwa miesiące później. Tym razem zarzucił sieci (jakkolwiek, by to nie brzmiało ironicznie) na dużą firmę.
Rozmowa przebiegała na wysokim poziomie. Nawet anglojęzycznym.
- Oj, tutaj trochę przesadził, bo zbyt dobrze ocenił swój anielski w życiorysie – relacjonowała przebieg spotkania mama Przemka podczas rodzinnej uroczystości.
- Bo to teraz wiadomo, jaki poziom wpisać? – oburzyła się ciocia Zosia. – Się dogada i starczy, po co jeszcze poziom?
Tymczasem poziom był pierwszoplanowym czynnikiem. Drugoplanowym okazał się brak błyskotliwości lub, dla pocieszenia, błyskotliwość stłumiona.
Kolejnych porażek nie wpisuje się do życiorysu. Coś jednak trzeba było wpisać.
- Zainteresowania mówi Pan… - siedzący naprzeciwko dostojny mężczyzna przyglądał się mu z uwagą. Badawczy wzrok wpatrywał się w jego zmarszczki mimiczne.
- Dzień dobry – usłyszeli po chwili.
- Pan pozwoli, że przedstawię – dostojny mężczyzna podniósł się na chwilę – Pan…… - Przemek szybko zapomniał jego nazwisko, a może w ogóle go nawet nie usłyszał. Taki był zestresowany.
Nowoprzybyły Pan nie zadawał żadnych pytań. Siedział i uśmiechał się aż nazbyt szczerze.
- Podejrzane - pomyślał Przemek, ale kontynuował rozmowę.
- Teraz to na wszystkie spotkania w sprawie pracy przychodzi cały sztab ludzi – uświadomił Przemka współlokator. - Pewnie psycholog przyszedł i oceniał twoje niewerbalne zachowanie.
Komunikacja werbalna i niewerbalna? Czy nie mówiono mu o tym na studniach.? No, proszę. A podobno studia przeładowane są teoria? A tu. Chociaż właściwe… Racja. Samą teorią.
Nie zadzwonili. Nie było w tym nic dziwnego. Wielu nie dzwoniło. Nawet wtedy, jak mówili, że zadzwonią, nie dzwonili.
- Zły PiaR mają – skomentowała znajoma. W dzisiejszych czasach to nie do pomyślenia. Firma musi dać o klienta. Nawet jeśli szefostwo nie ma zamiaru kogokolwiek zatrudniać, to musi stracić czas, żeby to elegancko, delikatnie przekazać. Przede wszystkim chodzi tu o pozostawianie dobrego wrażenia.
- Dziękujemy za zainteresowanie naszą firmą i naszą ofertą. Niestety aktualnie nie planujemy rozbudowywania kadry, ale z pewnością weźmiemy Pana zagłoszenie pod uwagę w przyszłości – przeczytał.
Na stole leżało jeszcze pięć wydruków komputerowych o podobnej treści.
- Dobry PiaR – westchnął Przemek i zalogował się na skrzynkę. Tam czekało już zaproszenie na kolejną rozmowę.
Tydzień później Przemek przeprowadzał się do Monachium. Sam, nawet w marzeniach, nie wymyśliłby lepszego zakończenia. To był dopiero początek.

***

Madzia
W rzeczywistości odnalazła się tylko przez przypadek. Pani ekonomistka z dyplomem polonistki. Literatura była jej pasją jeszcze w szkole podstawowej.
- Madziunia weźmie udział w olimpiadzie – obwieściła pani Podstawna na lekcji polskiego.
Madziunia zamarła w ławce.
- Ja? Dlaczego ja? – zaniepokoiła się. Sama chciała przecież starować w olimpiadzie geograficznej, tylko w geograficznej. Na swoje nieszczęście była jednak dobrą uczennicą, która zbyt sumiennie odrabiała zadania.
Skutek był taki, że zdecydowała się na konkurs matematyczny.
- Cudownie - ucieszyła się matematyczka.
Zdawała do liceum ekonomicznego. Na studia dostała się z odwołania, po interwencji Pana Boga.
- „Studenci z klasą” to dobrze zapowiadający się program. Dzięki niemu można zyskać pedagogiczne doświadczenie i spróbować swoich sił w roli nauczyciela – powiedziała kiedyś Ulka, przyjaciółka Madzi.
Ulka studiów nie skończyła. Zajęła się karierą w firmie męża. Teraz prawdopodobnie przebywa na wakacjach w Egipcie lub w Tunezji. Opalona. Chyba nawet szczęśliwa, niedoszła polonistka.
Madzia pracę magisterską tworzyła praktycznie „na kolanach”.
- Wstyd się przyznać – wyznała – ale nawet nie mam kiedy wprowadzić tego w komputer.
- Żebyś choć tych kartek nie pogubiła – ostrzegała mama.
Zawieruszyły się zaledwie trzy. Treść dało się odtworzyć. Pani Magdaleno – gratulujemy pani tytułu magistra. Bardzo wartościowa i ładna praca, może warto byłoby pomyśleć o publikacji.
- Pewnie – burknęła zadowolona - pomyśleć to i warto, ale opublikować to mam we własnym zakresie – skomentowała w głębi duszy.
- Takie życie –podniosła ją na duchu ciocia Lusia - Gratuluje.
Krzyś czekał na Magdę przed salą. Praca, nie ta napisana, nie ta magisterska, ale ta zarobkowa, na Madzię niestety nie czekała.
- Jak będzie wyglądał jutrzejszy dzień? - martwiła się w drodze do domu. - Od czego zacząć? Kolejny raz kupić gazetę. Przeglądnąć ogłoszenia w Internecie?
- Trzeba szukać czegokolwiek, a CV posyłać na prawo i lewo - proponowała Kasia.
- Nie – doradzała Karola, studentka czwartego roku. - Musisz wybierać tylko takie ogłoszenia, które będą specjalnie dla Ciebie.
- Idealistka – skomentowała Madzia. – Wysyłać tylko na ogłoszenia czy posyłać do wszystkich szkół, które znajdę w książce telefonicznej?
- Tylko nie adresuj na sekretariat, bo żaden dyrektor, żadnej szkoły, nawet nie dostanie twojego podania – narada na imprezie „po obronie” trwała do 3 w nocy.
Nastrój pogarszał się stopniowo wszystkim gościom. Większość z nich też była na etapie poszukiwań swojego miejsca w życiu zawodowym, o uczuciowym już nawet nie wspominając. Magda miała przynajmniej to szczęście, że jej rozterkom i dylematom dzielnie towarzyszył Krzyś. On miał pracę i prawie cały czas milczał.
- Jak komuś bardzo zależy, to wcześniej czy później jakąś pracę znajdzie – uważał i już wcześniej dał to do zrozumienia Madzi.
- Najlepiej będzie, jak osobiście wybierzesz się do tych szkół i sama zaniesiesz swoje papiery.
Tylko pamiętaj, prosto do dyrektora, a w sekretarce mów, że w zupełnie innej sprawie przychodzisz – doradzali.
- Na przykład? – zainteresował się Piotrek.
- A że studentka jesteś… i chciałabyś badania do pracy magisterskiej… i zgodę potrzebujesz… albo że w ramach tego wolontariatu, co mówiłaś?... „Student z klasą” czy „Szkołą z klasą”… to dobry pomysł, na wolontariat patrzą inaczej niż na pracę.
Madzia z głową pełną cudzych pomysłów, kładła się spać dopiero nad ranem. Tytuł magistra nie był w stanie przysłonić jej reszty problemów. Wręcz przeciwnie, to on wywoływał lawinę smutków i popularnych w dzisiejszych czasach depresji, które z taką łatwością pojawiły się właściwie z dnia na dzień, bo choć i wcześniej istniały, to starała się o nich nie myśleć.
- Jakoś będzie – powiedziała na odchodne Weronika.
- Jakoś będzie! – powtórzyła Magda i weszła do pokoju dyrektorki.
- Proszę niech Pani siada. Czy ja dobrze słyszałam, że pani ma dla mnie ciekawą propozycję oryginalnych zajęć…
- Pani dyrektor, przyniosłam podanie – weszła jej w słowo, bo nie chciała spłonąć rumieńcem, kiedy ta patrzyła na nią z taką uwagą i życzliwością zarazem.
- Skończyła Pani polonistykę… – uśmiechnęła się dyrektorka. - Proszę niech pani siada i opowie o tym, czym zajmowała się pani do tej pory. Do jakiej szkoły pani chodziła? – spokojnie kontynuowała. - Ach tak…, naprawdę?...
Magda dostała tę pracę. Na razie w zastępstwie. Na rok. Lekcja próbna była tylko formalnością. To była pierwsza szkoła, do której zaniosła swoje podanie.

***
- Życie nie rozpieszcza nikogo. Musimy dbać o to sami – powtórzył i z mocnym postanowieniem znalezienia swojego miejsca na tej ziemi, zabrał się za wciąganie skarpetek.

Opublikowano

zaczynasz bardzo chaotycznie, zniechęcająco wręcz; z czasem się rozjaśnia, język jest niezwykle żywy, ale czasem dokonujesz nazbyt gwałtownych przeskoków. Nie wiem, czy prowadzenie historii w ten sposób, nie spowoduje gmatwaniny - każda część, w kolejnych odcinkach będzie należała do jakiejś osoby, w końcu może to doprowadzić do chaosu. Na razie mały plus, za ten język i chwilę refleksji pomiędzy wierszami. pozdr.

Opublikowano

Dzieki za komentarze:) Jezeli zas chodzi o to, czy to jest czy nie jest literatura, to wybacz asher, reportaz (o ile to jest reportaz) tez jest literatura, bo literatura to "wszystkie dzieła artystyczne zachowane w formie pisanej lub w przekazie ustnym"
:)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...