Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

To ja - wbrew panującej modzie - spróbuję rozpocząć jakiś odrobinę poważniejszy temat.

[quote]
W 1907r dr Duncan MacDougall, lekarz z Massachudetts, przeprowadził ekperymant majacy udowodnic istnienie ludzkiej duszy - polegal on na zwazeniu ciala ludzkiego przed smiercia i tuz po niej. Przy zalozeniu, ze dusza posiada pewne materialne atrybuty, takie jak ciezar, cialo powinno stac sie lzejsze w momencie smierci, gdy dusza je opuszcza. MacDougall wykorzystal do badan szesciu pacjentow w stanie agonalnym. Kazdy kolejno umieszczany byl na specjalnie skonstuowanym lozku-wadze. W chwili smierci pierwszego pacjenta waga drgnela i wykazala nagly spadek wagi ciala o 3/4 uncji czyli ok 21g. Przy nastepnych zgonach utrata wagi wahala sie od 0,5 do 1,25 uncji. MacDougall powtorzyl eksperyment z 15 psami i stwierdzil - zgodnie zreszta z wyznawana przez siebie doktryna religijna - ze zaden z nich nie stracil na wadze po smierci, a zatem zaden nie mial duszy. W srodowisku medycznym rezultaty badan MacDougella nie zostaly uznane za wiarygodne.



zapewne wielu z was o tym słyszało. Ja również słyszałem, ale niedawno zostałem tą opowieścią uraczony przez księdza. Uradowany duchowny sprawiał wrażenie, jakby mniemał, że oto przedstawia mi niezbity dowód na istnienie duszy, a co za tym idzie - na istnienie Boga. Pomyślałem sobie z kolei, że kapłan ma mierne pojęcie o filozofii, skoro wyskakuje z takim argumentem jako dowodem na istnienie Boga. Przecież to jest dowód na materialność duszy, a z kolei materialność duszy jest najgrubszym argumentem ateistów (nie mówię o takich ateistach "nie bo nie", tylko takich myślących - bodaj najbardziej znanym ateuszem był oświeceniowy skandalista LaMettrie, który zradykalizował monizm materialistyczny). Mi się to wydawało proste - skoro dusza jest materialna i - w założeniu religii katolickiej - po śmierci trafia do nieba, to niebo również musi być materialne, a zatem i materialny Bóg, a skoro Bóg jest materialny to jak, u licha, może kierować materią tudzież tworzyć nową?
Oczywiście przekonanie o materialności duszy jest związane ze starograckim pojmowaniem świata. Sekty mistyczne - na czele z pitagorejczykami i orfikami - twierdziły, że dusze między śmiercia poprzedniego ciała a wcieleniem w następne ciało są... pyłkami (tudzież kurzem). Ale te mistyczne bzdety - jak myślałem - oświecony Kościół wsadza między bajki.
Ale nie.
Okazało się, że w myśl oficjalnej doktryny Kościoła dusza jest materialna! Ja tego nie rozumiem, moze jest tutaj jakiś uczony chrześcijanin, który mi to wytłumaczy? Byłbym bardzo wdzięczny.
A przy okazji: jaka jest wasza opinia w sprawie duszy, jej materialności no i samego "odkrycia duszy"?
Opublikowano

Zaczne od tego, że temat jest przedni.

Cóż, filozoficzne podejście do religii nie ma większego sensu, kiedy chodzi o dialog z Kościołem. Oni już dawno cuda wcisneli do logiki. Niechaj sobie dusza będzie czymkolwiek, w moim mniemaniu ciągle jest insygnifikantna, gdyż nie jest mną. Dusza jest wieczna, zatem poprzedza również moje życie, a ja moje życie datuje od narodzin, to co się działo z jakąś częscia mniej wczesniej ma takie samo znaczenie jak to, że poszczególne atomy mnie zostaly kiedyś wysrane przez mamuta i tak samo nie mam powodu przypuszczać, aby dalsze poczynania domniemanej duszy były powiązane ze mną.

Z Twoim sposobem rozumowania nie mam powodu dyskutować, gdyż jest tautologicznie prawidłowy i nawet jeśli da się go obalić, to ja nie czuję potrzeby:)

pozdrawiam

Opublikowano

No właśnie okazuje się, że materialność duszy (czy raczej: jej cielesność) jest zgodne z oficjalnym przekonaniem kościoła; potwierdziła to moja siostra, która prawie dekadę przesiedziała na katolickiej uczelni i do której się z tego powodu nie odzywam - stąd wiecej szczegółów od niej nie wyciągnę.

Akurat wieczność duszy łatwiej jest pojąć czy "logicznie" wytłumaczyć. No bo po pierwsze: mamy metempsychozę, ale tą Kościół każe włożyć między herezje. Ale po drugie mamy też możliwość stwierdzenia, że dusza nie ma tego, co człowiek cielesny nazywa "świadomością". Ma ona świadomość wyższego rzędu, nie obejmującą pamięci, rozumu, pojęć czasu i przestrzeni - stąd jej doświadczenia sprzed "wcielenia" są dla człowieka cielesnego niezrozumiałe. Co nie zmienia faktu, że sam w ogóle w istnienie duszy nie wierzę i nie zamierzam go bronić ani nikogo szczeólnie przekonywać. Jestem po prostu bardzo ciekawy, jak cielesność duszy daje się pogodzić z doktryną katolicką.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



ja sobie zdaje sprawę z tego stanowiska, ale co mi po tym, jesli dusza jest dla mnie tak wysublimowana, ze nie istotna. Niech się martwi sama tym, czego ja nie moge w niej zrozumiec:) rozumiesz?:)
Opublikowano

Nie szanowny kolego, nie jestem agnostykiem. Jestem "prawie ateistą", tylko znacznie latwiej bronić agnostycyzmu przed katolikami. Latwiej dowiesc, ze cos jest bez znaczenia. Co więcej, twierdzę, że ateizm jest agnostycyzmem, bo rzeczywiście nie sposób poznać czegoś czego nie ma:). Choć to rozumowanie jest poprawne tylko przy uproszczonej definicji agnostycyzmu:)chociaż to nie jest polemika z Tobą, tylko taki dodatek autobiograficzny

Opublikowano

w samej rzeczy, musiałaby to być definicja agnostycyzmu granicząca z jego niezrozumieniem.

Agnostycyzm wydaje się być w sprawie Boga stanowiskiem trzeźwym i zdroworozsądkowym (i też takie przyjmuję w kwestii Boga). Ateizm w istocie - co poniekąd zauważyłeś - orzeka sam o czymś, co według niego nie istnieje, stąd jest nielogiczny. Niemniej jednak i z tego już ateiści się wytłumaczyli, mówiąc, że zaprzeczają oni nie istnieniu Boga, ale hipotezie zakładającej istnienie takowego. Tak czy inaczej wszystko w gruncie rzeczy rozbija się o zupełnie zbyteczną w tym wypadku nomenklaturę.

A argument przeciwko istnieniu duszy - tytułem uzasadniania mojego aspirytualizmu pozwolę sobie takowy wymienić - jest prosty. Duszy się nie doświadcza, doświadcza się jedynie czynności duszy (jeśli za takie przyjmiemy pamięć, zdolność myślenia abstrakcynego itd.). Ilekroć pomyślimy o duszy, zawsze trafiamy nie na duszę, ale na jej czynność.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Czynnością duszy ma być pamięć? taka normalna codzienna pamięć? Chyba jestem niedouczony. Ale to i tak lepsze od platonskiej, fruwajacej na skrzydelkach:)
Nie zgodze się z tym myśleniem o czynności. Bo teraz na przykład myślę o jej ciężarze.
Opublikowano

owszem, funkcje psychiczne takie jak pamięć klasyczna filozofia podporządkowuje w całości duszy. No bo przecież nie ciału. Nie wiem jak nowoczesna psychologia tłumaczy sobie pamięć, bo z psychologią pogubiłem się w początku XX weku :)

w życiu nie słyszałem, jakoby platońska dusza fruwała i miała skrzydełka.

a czy myślenie o ciężarze - nie jest czynnością duszy? Wszelka myśl jest funkcją duszy! Nie możesz namacać sobie duszy, a jedynie jej czynności, tak jak - w fizyce - nie widzisz działającej siły, a tylko jej skutki.

Opublikowano

jak się uprzesz to możesz nawet stwierdzić, że nie wierysz w to, że jesteś człowiekiem. To, że tych, którym się wydaje, ze są drzewem, wsadzają do wariatkowa, a tych, którym się wydaje, że nie ma duszy - nie, jest wyłącznie efektem konwencji.
W zasadzie to nieistnienia nikt żywy dowieść nie może. Ja - z przekonania - zaprzeczam istnieniu duszy wiecznej, niematerialnej, nieśmiertelnej (ale nie zamierzam na to dawać dowodów, bo to bezcelowe), natomiast nie zaprzeczam istnieniu złączonej z ciałem świadomości.

Opublikowano

I niby czym/gdzie/jaka miałaby być da "materialna dusza"? Toż człowieka już na wskroś pokrojono i nic takiego nie znaleźli, a przynajmniej nei nazwali w ten sposób (może jednak szyszynka??)... poza tym wydaje mi się, że sama idea wiary zakałda, żeby wierzyć, przedmiot wiary chyba nawet nie powinien być tak całkiem materialny, bo i co to za wiara wtedy? To by już wiedza była... chyba, nie wiem. Dziwne mi sie to wydaje, ale temat dyskusji w sumie ciekawy.

Opublikowano

Gdzie Pan wyczytał, że w religii katolickiej (rozumuję, że tą religię miał Autor na myśli (ksiądz)) dusza jest materialna? Wiem, że adwentyści i świadkowie Jehowy uznają duszę za materialną i kończącą swój żywot z chwilą śmierci ciała, a dopiero zmartwychwstanie ciała i owej duszy następuje po Sądzie Ostatecznym.
Dyskusję na temat nieśmiertelności duszy można jedynie prowadzić w odniesieniu do racjonalizmu, którego trudno oczekiwać od człowieka głęboko wierzącego. Wiara nie jest nauką z samego założenia. Ktoś w coś wierzy i koniec. Racjonalnie podchodząc, to można wszystko zanegować w większości wyznań. Przecież człowiek może zastanawiać się po co jest modlitwa za kogoś chorego, skoro Bóg ma wszystko zaplanowane do końca świata i prośba o cokolwiek jest przysłowiowym wołaniem na puszczy. Jak mógł zbuntować się anioł i zostać szatanem w "przestrzeni", w której nie było żadnego zła a dookoła była jedynie Dobroć? Na te i inne "niedorzeczności", w rozumieniu zwykłego śmiertelnika, ma wpływ nasze pojmowanie świata. Wiemy tyle ile potrafimy zrozumieć. Ta zasada dotyczy również wierzących, ale oni nie zastanawiają się nad takimi dylematami - oni wierzą... i im jest łatwiej. Czasami, będąc niedowiarkiem, tej głębokiej wiary innym zazdroszczę.
Pozdrawiam
Marek Wieczorny

Opublikowano

ktoś kiedyś poweidział ,że "to co zrozumiales nie jest juz wiarą"
ja kiedys mocno wierzylam, ale jak sie zaczęłam zastanawiac nad tym wszystkim co napisał wyżej Marek to mi ta wiara słabła i słabła... Wiara to wiara.. i niektórych rzeczy (wg wierzących) po propstu nie da się pojąć ludzkim rozumem... być moze po śmierci.. w niebie czy gdzies tam sie dowiemy co jak dlaczego jak to mozliwe itd...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...