Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

gruchaniem gołębim
trzepotem skrzydeł
gwarem głosów
wypełniony potwór
głodny ofiar
długo mrozem uśpiony

przebudzenie
chrzęściło metalem
ogłuszało krzykiem

w poszarpanym brzuchu
łzy zmieszane z jękami
tych co jeszcze
nie zamknęli oczu

nasycony czekał
na sekcję

wkrótce nadbiegli
rycerze z odsieczą
gapie z ciekawością


zdziwione ptaki
ustawione w żałobne sznurki
czekały daremnie

Opublikowano

O, matko!
Skad taki pomysl? Nie sugerowalem niczego podobnego.
Proste- wiersz jest kiepski. A to, ze dotyka spraw trudnych i bolesnych, wcale tego nie zmienia.
Gdzie tu prostactwo?
bye

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Oki Piernik, przyjmuję do wiadomości. A miałam na myśli prostactwo formy i banalne ujęcie tematu oraz nieumiejętność napisania dobrego wiersza. Proszę jaką samokrytykę złożyłam w jednym zdaniu, fakt - faktem widzę swe ułomności. Mimo tej świadomości chciałam jednak te wierszydło tu umieścić...
Pozdrawiam ponownie!
Opublikowano

miałam nadzieje,
że nikt narazie nie poruszy tego tematu (w wierszu)

jak dla mnie przerysowane- oceniam wiersz.
za dużo wkradło się trywializacji jakby na inny temat.
takie mam odczucie. słabiutko. pozdro

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Napisałam bo mną potrząsnęło. Wiem nieudolny ten mój głos. Może jednak przez to zatrzymamy się w tym biegu szalonym, przystaniemy, znajdziemy czas na chwilę refleksji, na nieśpieszną rozmowę z bliskimi, na bycie bardziej razem niż osobno. Nie znamy dnia ani godziny...

Pozdrawiam!
Asia

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...