Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Natasza zbudziła się z ogromnym kacem. Jak zwykle po przepiciu spała zaledwie kilka godzin. Spod półprzymkniętych powiek spojrzała na zegarek - była 7:56. Trzy godziny snu. Zdecydowanie za mało. Ale bywało już gorzej - czasami nie spała wcale. Marzyła o tym, by jeszcze zasnąć, jednak powoli dochodziło do niej, że boli ją głowa i że ma ciężkie powieki. Ogromne pragnienie. Ciężkość. Głowa.
- Boże – westchnęła. Obróciła się na brzuch i uniosła głowę - kilka głębokich wdechów. Wcale nie zrobiło się jej lepiej. Zamknęła oczy i poczuła w okolicy serca lęk. Jeszcze nie myślała - tylko czuła podświadomie. Zaczęły napływać wspomnienia. Całkiem nie po kolei. Całkiem dziwaczne. Zupełnie niemożliwe. Coś się w nocy wydarzyło – coś niepokojącego, co nie powinno nigdy się wydarzyć. Pamiętała, że przyszła do niej pani Karolina. Przeszły na ty. Karolina była u niej wczoraj. Zjadły kolację, wypiły wino...za dużo wina. Przed oczami stanął jej jeden jedyny obraz – boleśnie wyraźny. Nie wiedziała, jak to się mogło stać, ani co to w ogóle było? Natasza nie rozumiała nic z minionej nocy. Kac moralny - oh, jak okropnie się czuła. Po raz pierwszy w życiu nie wiedziała, co myśleć. Poczucie wstydu przytłoczyło ją. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz się tak czuła. Dziesięć lat temu? Dwadzieścia? Tak, pewnie jakoś na studiach. Obróciła się na plecy, znów zamknęła oczy i położyła rękę na czole. Piątek - cholerna uroczystość. Cholerna fundacja. Po co, do diabła, dała się tam wciągnąć? Przecież chciała świętego spokoju. O 15-ej musi być w centrum. W myślach przeklęła dzień, w którym usłyszała propozycję członkostwa w fundacji. Doprawdy, fundacja nie była jej do niczego potrzebna. Teraz chciała tylko cofnąć czas. O dziesięć godzin, o osiem... Nie wiedziała, jak się zachować. Ona, czterdziestoletnia kobieta.
Jaki ten człowiek głupi” - westchnęła w duchu.
Pamiętała dłonie - drobne, gładkie, mniejsze od jej dłoni. Nie mogła o tym myśleć. Nie chciała. Po co się znów upiła? Przecież było oczywiste, że dziś jest to wręczanie nagród. Nie zapomniała o nim. Alkohol. Dobrze się czuła pijąc. Nocne rozmowy. Do trzeciej rano. Do czwartej. Butelka wina. Dwie. Teraz już nie tak często, jak kiedyś. Ale okazja do wypicia lampki była zawsze. A jeśli jej nie było – to co z tego? Była wolna, robiła, co chciała. Nikt jej nie liczył drinków, butelek...Tak, sama ustalała sobie standardy. Od zawsze. Znajomi z kraju i z zagranicy. Towarzystwo do kieliszka. Nie była jedyna. Wielu tak funkcjonowało. Błędne koło. Koszmar, do którego chciała wracać wieczorami i od którego chciała uciec rano. Ale jak to się stało, że ona – Natasza – położyła jej dłoń na piersi? Wsunęła pod stanik. Jak to się stało, że ją całowała? Wino z ust do ust... Przecież jej podobają się mężczyźni. Zawsze tak było. Nigdy o żadnej kobiecie nie myślała w sposób seksualny.
Wczoraj też nie myślała. Zrobiła to.
Zawibrował telefon. SMS. Od niej. Mocniej zabiło jej serce – bała się odczytać. Bała się, że będą to wyrzuty. Albo – co gorsza – wyznanie miłosne. Odetchnęła z ulgą. Tylko zapytanie o samopoczucie i informacja, że Karolina musi jeździć autem, a jeszcze nie doszła do siebie. Miły w wymowie. Przyjazny. Odpisała w tym samym tonie. Przyszła odpowiedź – równie miła. Mój boże – Karolina mogłaby być jej córką. Nie mogła o tym myśleć. Chciała wstać – prysznic, sok. Już od dawna nie czuła się tak źle.
Natasza stanęła przed lustrem. Bała się spojrzeć – ostatnio coraz częściej. Już kilka lat temu przekroczyła czterdziestkę. Wciąż była atrakcyjna. Dojrzała. Niewiele zmarszczek. Powieki, tak było już widać. Skóra nie była już tak jędrna, jak kiedyś. Ona nie była już tak szczupła – skąd ten brzuch? Zęby – białe, równe, idealne. Piękne. Piersi – wciąż jeszcze krągłe. Boże! Jak bolała ją głowa! Jak bardzo chciała nigdzie nie iść. Cóż mogła wymyślić? Nic - to byli jej znajomi. A z Dominikiem przecież niegdyś sypiała. Wzięła na siebie tę rolę, to i zagra. Strugi wody zmywały z niej alkohol. Umyć się, wysuszyć ubrać, umalować, wyjść z domu, wsiąść do auta, jechać tam, siedzieć, powiedzieć coś na forum publicznym, zabawiać gości - koszmar. Chciała dziś końca świata. Wyszła spod prysznica. Poczuła, że godzina biegu po parku dobrze by jej zrobiła. Może przynajmniej alkoholu się pozbędzie. Szybko wciągnęła dres.
Minęła dziewiąta. Gosposia już kilka minut temu weszła do domu. Natasza wiedziała, że gdy wróci z parku ślady poprzedniej nocy będą już przez Katarzynę uprzątnięte. Miała wrażenie, że tę noc ma wypisaną na twarzy. I nie chodziło o alkohol, czy niewyspanie - chodziło o TO. Pocałunek. Pocałunki. Z kobietą. Nie mogła przestać o tym myśleć. Biegła aż do utraty tchu. Biegła tak, by skupić się tylko na oddechu, na rytmie. Do domu wróciła szybkim marszem. Prawie bolały ją płuca. Znów wzięła prysznic. Umyła głowę. Nadal źle się czuła. A będzie musiała wznieść toast. Szampanem. Nie mogła sobie tego nawet wyobrazić bez uczucia mdłości. Powinna coś zjeść. Znów poczuła skurcz w przełyku. Czas – czas zabierze ze sobą kaca. Wysuszyła włosy i w szlafroku weszła do kuchni. Telefon znów zawibrował. Znów zabiło jej serce. Uśmiechnęła się na myśl, że to zapewne Karolina. Tak, SMS był od niej: „Mam nadzieję, że już Ci lepiej. Ja wciąż w trasie. Już trzeźwiejsza, ajajaj...co za dzień. Całuski posyłam, Maleńka!” Przynajmniej Karolina nie ma do niej żalu. Natasza nadal jednak czuła się nieswojo – i to coraz bardziej. Nie potrafiła dokładnie określić rodzaju uczuć – trochę czuła się winna, trochę było jej wstyd za siebie. I głupio. Nie chciała tego. Nie chciała, by ten wieczór skończył się na pieszczotach. Nawet do głowy jej to nie przyszło. Z drugiej strony cieszyła ją nowa znajomość. Jeszcze zanim zaprosiła Karolinę do siebie do domu, cieszył ją każdy SMS od niej. Był inny niż wszystkie, które otrzymywała do tej pory – od znajomych, przyjaciół, kochanków. Uśmiechała się już na dźwięk przychodzącej wiadomości. A gdy widziała na wyświetlaczu napis „Karolina” – odsłaniała zęby. Nie miała pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi. Wkrótce będzie musiała się z nią spotkać. Obawiała się, że nie będzie mogła spojrzeć jej w oczy. Czy Karolina była lesbijką? Raczej nie. Boże – ależ źle się czuła!
Natasza wykonała kilka telefonów. Umówiła się na przyszły tydzień z księgową. Zamówiła bilety na majowy turniej tenisa w Hamburgu. Minęło południe. Tak, powinna chyba przez chwilę popracować. W sumie nie miała nic pilnego – pieniądze pomnażały się same. Nie zarządzała ludźmi. Nie zarządzała zapasami magazynowymi. Gromadziła dobra. Inwestowała swoje pieniądze w grunty, budynki, akcje. Tak – nie musiała robić nic. Nawet nie chciała.
Zaparzyła sobie kawę i wykonała kilka bezsensownych czynności. Cztery razy wchodziła do garderoby. Wybrała czarną sukienkę. W zasadzie, wybrała ją już dwa dni temu. Buty. Torebka. I jeszcze perfumy. Zdecydowała się na Kenzo. Teraz tylko makijaż. Absolutnie się nie spieszyła. Marzyła już o powrocie do domu. O łóżku. O śnie. Byle wytrwać tam do 19-tej. Dłużej nie musi. Doszła do wniosku, że nie jest w stanie prowadzić auta – od dawna nie pozwalała sobie na jazdę po wypiciu alkoholu. Zamówiła taksówkę. Nadal miała kaca. Wiedziała, że przejdzie jej dopiero wieczorem. Dobrze znała swój organizm. Myślami wróciła do czasów, gdy była w reprezentacji narodowej, gdy stawała na słupku – najszybszy start w kraju. Kochała trening. Wysiłek fizyczny. Zmęczenie. Walkę i - wygraną.
Była typem zdobywcy i zawsze osiągała to, co sobie założyła, nie poddawała się. Wyznaczała cel i konsekwentnie do niego dążyła. Była wytrwała i uparta. Zdyscyplinowana. Inaczej nie osiągnęłaby niczego. Jeśli celem była wygrana w zawodach – trenowała, trenowała i trenowała. Lubiła trening, gdyż przybliżał ją do wygranej. Gdy celem był zdany egzamin – uczyła się po nocach anatomii. Była na tyle rozsądna, by wyznaczać sobie cele ambitne, lecz nie przerastające jej możliwości. Dlatego szła od szczytu do szczytu. Chciała mieć męża – wybrany nie mógł się jej oprzeć. Wszystko osiągała sama. Nie potrzebowała nikogo. Czuła, że jest najlepsza. Była szczęśliwa, gdy „dawała radę”. Tak, wiedziała, że ona potrafi. Musiała być niezależna, wolna. I była. Sama zapracowała na swoje szczęście. Dzieci – sama je urodziła. Przez dziewięć miesięcy nosiła pod sercem każde z nich. Krzyczała z bólu w szpitalu. Tak, była matką własnego szczęścia. Gdy czegoś pragnęła, po prostu wyciągała rękę i zrywała jak jabłko. Gdy nie mogła dosięgnąć – podskakiwała. Gdy było i tak za wysoko – wspinała się po drabinie. Gdy to nie przynosiło skutku – cierpliwie czekała, aż spadnie jej w dłonie, bo wiedziała, że spaść musi. Wszystko, co ma, co osiągnęła, zawdzięczała sobie. Była debeściakiem. Była debeściakiem, bo znała swoją wartość i swoje predyspozycje. Swoje miejsce w życiu. Była realistką. Jej analityczny umysł świetnie oceniał szanse i zagrożenia każdego przedsięwzięcia. Szybko podejmowała decyzje. Zdarzały się jej wpadki, ale nigdy nie popełniała tego samego błędu. Szybko się uczyła. Wiedziała, że życie jest jej życiem i chciała je przeżyć po swojemu. Wiedziała, że nikt nie może narzucać jej swojej woli – a do tego trzeba być silnym i mieć mocną pozycję. Trzeba być zwycięzca.
Zaczęła przegrywać z czasem. Zbliżały się jej urodziny. Czterdzieste czwarte. Jeszcze kilkadziesiąt dni i znów się postarzeje. Nie, teraz starzała się każdego dnia, każdej sekundy.
Sypię się” - pomyślała.
Chciała weselszych myśli, ale tego dnia przychodził jej do głowy wyłącznie temat kaca, minionej nocy i upływającego czasu. Nawet na koniach nie potrafiła się skupić. Miała swoją klacz – Scarlett. Sześciolatkę. Kochała konie. Jeździła każdej wolnej chwili. O koniach wiedziała niemal wszystko.
Wsiadła do auta i zamknęła oczy. Lubiła prowadzić, ale i lubiła być wożoną. Miała nadzieję, że taksówkarz nie będzie zbyt rozmowny. Najmniejszy wysiłek intelektualny był dla niej katorgą. Popędzała minuty.
Taksówka dojechała na miejsce. Natasza zapłaciła z uśmiechem, bo lubiła się uśmiechać. Wiedziała, że z uśmiechem jej do twarzy. Może uśmiech to więcej zmarszczek, ale gdy ona się uśmiechała – wszyscy patrzyli na jej usta. Wiedziała o tym. Usta miała idealne – nie za wąskie, nie za szerokie. Niezbyt wydatne. Stworzone do całowania. Na ustach zawsze miała szminkę lub błyszczyk – nigdy bezbarwny. Jej usta miały charakter. Natasza zawsze dbała o urodę. O wygląd. Bezsprzecznie stanowiła ona część jej kapitału. Pięknym kobietom łatwiej w życiu. A Natasza potrafiła być olśniewająca.
Przyjechała w samą porę. Nie była zadowolona ze swojego wyglądu. Nie była zadowolona ze swojego samopoczucia. Uśmiechała się promiennie do wszystkich. Wiedziała, że nikt niczego nie zauważy. Była świetną aktorką. Kobieta musi umieć się maskować. Płynęła przez salę. Pocałunki w dłoń. W policzki. Uściski. Wszystko to obok niej. Słowa powitania same wychodziły z jej ust – jakby bez udziału myśli. Była jak automat. Jeszcze kwadrans i będzie musiała wyjść na scenę. Dwie minuty na scenie i usiądzie, i będzie udawać, że wszystko to ją bardzo interesuje. Będzie udawać, że słucha. Że nie ma kaca. Chciała pojechać do domu.
Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Oświetlenie, kamery, szampan, owoce, wina, soki. Goście - znała sporą część. Wciąż ktoś ją zagadywał. Cieszyła się, bo przynajmniej czas płynął szybciej. Uroczystość rozpoczęła się punktualnie. Jej przemówienie trwało dokładnie minutę i pięćdziesiąt sekund. Odetchnęła z ulgą. Już prawie po wszystkim. Teraz zostało jej tylko siedzieć i czekać. Potem pokręcić się po sali. Zamienić kilka słów z kilkoma osobami. Minuty wlokły się niemiłosiernie. Starała się dyskretnie zerkać na zegarek. Cała oficjalna część była potwornie nudna. Nie dało rady tego słuchać. Bynajmniej ona nie potrafiła. Zaczęła planować weekend. Tak, jutro na pewno pojeździ konno. W niedzielę też. Będzie leniuchować. W sobotę po południu spotka się z przyjaciółką. Czy powie jej o tym, co się wydarzyło? Nie, chyba nie potrafi. Jak niby ma o tym powiedzieć? Sama dobrze nie wie, co tak naprawdę się wydarzyło. Przecież to do niczego nie pasuje. Jak to się zaczęło? Miała luki w pamięci. Za dużo wina. Chyba połowy rzeczy nie pamiętała. Tak, Karolina dzwoniła po taksówkę. Jedna musiała czekać zbyt długo i odjechała. W sumie Natasza poszła spać koło piątej. Co się działo przez te wszystkie godziny? Dużo rozmawiały. Ale o czym? Trochę o sprawach zawodowych. Tak czy siak, z powodu jej spraw zawodowych będą musiały się spotkać. Nie żeby Natasza unikała spotkania. Lubiła Karolinę. Ale to, co się stało - przecież wcale nie zna tej dziewczyny - rozmawiała z nią kilka razy. Ze dwa razy spotkały się przelotnie. Nie, nikomu o tym nie powie. Na pewno nie teraz. Tragedia...I tak daleko do końca części oficjalnej. Natasza czuła, że kac powolutku mija. Za wolno. I ten okropny smak w ustach. Gdyby chociaż nie paliła wtedy papierosów. Tak, obie przesadziły z ich ilością.
Jaki ten człowiek głupi” – pomyślała po raz setny tego dnia.
Wszyscy zaczęli wstawać z miejsc. Natasza rozejrzała się po sali – tak, koniec części oficjalnej. Teraz tylko coś wypije i chwilkę porozmawia. Modliła się, by nikt jej nie zatrzymywał. Wytrzymała tak długo, wytrzymałaby jeszcze i raz tyle – wciąż grając zadowoloną i radosną. Wiedziała, że dałaby radę. Wiedziała, że zrobi wszystko, by jak najszybciej wrócić do domu. Jeszcze jeden kieliszek szampana. Było jej lepiej. Powoli przesuwała się w stronę wyjścia. Zrobiła swoje. Nie zaniedbała nikogo ważnego. Jeszcze góra kwadrans i będzie wolna. Zadzwoniła po siostrę. Na Alicję zawsze mogła liczyć. Siostra odwiezie ją do domu. Za kwadrans będzie czekać. Jak to dobrze. Jak to dobrze, że to już.
Natasza zatrzasnęła drzwiczki samochodu. Odchyliła głowę na oparcie i zamknęła oczy.
- Wieź mnie do domu. Umieram – wyjęczała wsiadając do auta.
- Aż tak nudno było? – spytała Alicja.
- Też. Mam potwornego kaca i nic a nic się nie wyspałam. Horror. Czuję się fatalnie. Okropnie. Marzę o prysznicu i o łóżku. Nawet nie chce mi się gadać - Natasza machnęła ręką.
Dojechały w milczeniu do domu.
- Wejdziesz? - zapytała Natasza - Jeszcze nie pójdę spać. Katarzyna na pewno coś dobrego ugotowała. Już mogę jeść i nawet jestem trochę głodna. Nie ma to jak dom. - Zakończyła z wyraźną ulgą. Siostry weszły do domu. Rzeczywiście, kolacja była gotowa, a Katarzyna czekała na Nataszę w kuchni.
- Dobrze, że jesteście, bo akurat kolacja gotowa i ciepła. - Uśmiechnęła się zamykając zmywarkę - A skoro już jesteście, to ja pójdę do siebie. Wszystko na jutro gotowe, prasowanie zrobione, zmywarka wypakowana.
- Dziękuję ci bardzo, Kasiu. Poczekaj, dam ci pieniądze na poniedziałek - Natasza sięgnęła do torebki i wyciągnęła banknot - Wystarczy? Nie wiem, czego tam potrzeba - rozejrzała się po kuchni.
- Tak, lodówka jest prawie pełna. Kupię tylko świeże owoce. I może jakieś drobiazgi. W zasadzie niczego w domu nie brakuje - Katarzyna schowała pieniądze do kieszeni. - To ja już pójdę. Do jutra.
- Do jutra - odpowiedziały siostry.
Alicja nie zabawiła długo u Nataszy. Zjadły w pośpiechu i w zasadzie w milczeniu. Natasza streściła tylko przebieg uroczystości, po raz trzeci podziękowała Alicji, że ją odebrała i tym samym niemal wybawiła, poczym stwierdziła, że dziś nie nadaje się już do niczego.
– Pierdolę, idę pod prysznic i do łóżka, a ty rób, co chcesz. – rzuciła rozkładając po swojemu ręce.
Alicja roześmiała się i powiedziała, że dziękuje za gościnę i wraca niniejszym do męża i dziecka. Pocałowały się w policzki na pożegnanie i Alicja pojechała do domu.
Natasza została sama. Zamknęła drzwi, nalała sobie soku i poszła do sypialni. Wzięła prysznic, przebrała się w dres, położyła na łóżku i wyciągnęła telefon. "Przepraszam, że się nie odzywałam, ale miałam ciężki i pracowity dzień. Dopiero wróciłam do domu i leżę w łóżku. Życzę dobrej nocy". Wzięła głęboki oddech i wcisnęła "wyślij".
Pisała do Karoliny.
Piątek dobiegł dla niej końca. Wyłączyła telefon.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...