Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Szanowni Państwo



przypadł mi zaszczyt powitać Was na naszej uroczystości (której się doczekaliśmy) – z okazji 50-lecia na naszych ziemiach staropolskich, które pół wieku temu wróciły do naszej Ojczyzny.
Witamy serdecznie wszystkich przybyłych gości, którzy zaszczycili nas swoją obecnością. A sobie życzymy by wszyscy wysłuchali wspomnień i świetnie się bawili. (Można wyliczyć gości?). A nade wszystko z wzruszeniem witamy tych, co pierwsi przybyli do Skarszyna i graniczących z nimi wiosek. Bo oni byli tymi pierwszymi, co zaczęli tu żyć, pracować i krzewić naszą Polskość, wiarę, a jak trzeba było to i siłę.
Witamy dzieci i wnuków naszych pierwszych osadników. Witamy wszystkich, którzy teraz żyją i mieszkają w Skarszynie i okolicznych wsiach. Witamy naszą młodzież i dzieci – które są takie piękne i zdolne. Bo to oni stopniowo obejmą nasze dziedzictwo i będą dzielnie trzymać się tego, co im w spuściźnie zostawimy. Jeszcze raz witam wszystkich razem i każdego z osobna.
Szanowni zebrani goście, sąsiedzi i przyjaciele naszej wsi – by zrozumieć, dlaczego dziś tu świętujemy pragnę podzielić się z Wami garstką wspomnień sprzed pół wieku – jak się nam żyło –
A było to tak:

Skarszyn, wioska o której są wspomnienia, istniał już w XII wieku – były tu wody zdrojowe, lecznicze i uzdrowiska – przechodził z rąk do rąk, ale zawsze miał Polską nazwę Skarszyn. (Tyle co do przeszłości). W 1945 gdy nawałnica frontu przeniosła się w stronę Berlina w lutym (1995r) zaczęli napływać pierwsi mieszkańcy Skarszyna. Byli nimi ludzie, którzy wyjechali na przymusowe roboty do Niemiec. Dziwny był ich los – z myślą o swojej rodzinie i swoich siedzibach wracali do wolnej Polski. Mieli wozy zaprzężone wołami – woły nie wytrzymały tak długiej, ciężkiej drogi i się podbiły (okulały) i stanęły na „krzyżówce” (ani trochę dalej) w Skarszynie więc powracający zatrzymali się na nocleg – i tak już zostali do dziś. Pierwszą rodziną był pan Władysław Karpeta z Matką i Rodzeństwem, ś.p. Roman Nawrocki z Rodziną – z której obecna jest Maria Szumowska z domu Nawrocka oraz Kazimiera Karpeta z domu Nawrocka. Rodzina Klimaszewskich i Czesław Klajnert. Wówczas przybyli także
– Rodzina Przybylskich z których obecna jest Pani Bronisława Klich
- Rodzina Ja rząbków z których jest Pani Janina Jarząbek
- Rodzina Semików, którą reprezentuje Franciszek Semik.
Były to rodziny, które przybyły do Skarszyna w lutym 1945r.
Życie tych ludzi nie było łatwe – od dnia zatrzymania Radziecki komendant, który zajmował dwór, majątek i wieś zagarnął te rodziny do pracy przy obsłudze krów, koni, które wojsko zgromadziło. Musieli zganiać krowy z pól, oprzątać i tak im zeszły pierwsze dwa miesiące. Nie było jeszcze żadnych informacji, że mogą zajmować gospodarstwa. W maju zaczęli napływać pierwsi osadnicy z Polski centralnej i ze Wschodu. Wówczas wszyscy wybierali własne gospodarstwa i (te rodziny, które pracowały wcześniej także). Każde wybrane gospodarstwo zaznaczone było chorągiewką przez właściciela, który następnie jechał sprowadzić swą rodzinę. Były to trudne czasy, pociąg dojeżdżał tylko do Oleśnicy i tak różnymi drogami na plecach z małym dobytkiem, a czasami z kilkoma kurami lub kozami dochodzili do wybranego gospodarstwa. W Skarszynie w gospodarstwach nie było wiele, trochę sprzętu rolniczego – mebli też niewiele zostało, bo co lepsze zarekwirowało wojsko i wywiozło.
Ale każdy się cieszył, że po zawierusze wojennej nareszcie ma dom, ziemię i zaczynał gospodarować. Pierwszym zadaniem było zdobywanie żywności. Prawie każdy wymieniał bimber na mąkę z żołnierzami (Polak potrafi), czasem udało zdobyć się cukier i sól. (Bimber robiony był z melasy, która była w części gospodarstw). Osadnicy przywieźli ze sobą nasiona warzyw i innych roślin. Była jakaś solidarność by tym, co zostało podzielić się. Na polach rósł rzepak, który wiozło się do Bierzyc – bo była tam olejarnia i każda rodzina zaopatrzona była w tłuszcz.
Pierwsze żniwa na pewno wszyscy starsi pamiętają – zboża zimowe były zasiane przez poprzednich właścicieli. Wyszliśmy wszyscy do żniw, nasi ojcowie w pocie czoła, ale i radośnie, wykosili kosami pola, które do nich należały. Zebranemu tutaj młodemu pokoleniu trudno będzie uwierzyć, ale te wszystkie stodoły zapełnione były snopami złotej pszenicy. Chciałabym, by uwierzyli, że to zboże zwiezione było wozami na żelaznych kołach, które ciągnęła cała rodzina z pola do stodoły i była bardzo z tego szczęśliwa. Przestali się obawiać głodu, bo było zboże na chleb, na następny zasiew. Omłoty odbywały się cepami – nie było prądu.
Rosjanie w majątku mieli zasadzone ziemniaki, które zebrali. Ale zostało jeszcze sporo w polu i znów całe rodziny jak mrówki zbierały, co pozostało i przynosili do domów. Najgorsze było to, że nie było koni i krów. Dopiero w 1946 r trochę się poprawiło, bo otrzymaliśmy konie i krowy z „UNRY”, każdy zdobył jakieś kury, świnie i zaczęło gospodarzyć się łatwiej.
Chciało by się wspomnieć o wszystkim, co każda rodzina przeżyła, a były to chwile dobre i złe. Dobre – to, te narodzone dzieci w 1946r dziewczynka i chłopiec, które w tym miesiącu obchodzą 50-lecie urodzin; wspólne śpiewanie majowego nabożeństwa w altance. Bo nie było krzyża, aż do przyjazdu Księdza Baszaka do kościoła w Łozinie. To sprawiło, że byliśmy szczęśliwi, że możemy chodzić do kościoła. Pierwszych chrztów i ślubów udzielił ks. Baszak.
W Skarszynie w tych latach wszyscy wspaniale się bawili – z okazji imienin było w zwyczaju rano iść z akordeonem i bębenkami i składać życzenia, od rana była skromna uczta: był chleb z jajkiem i szczypiorkiem i trudno się nie przyznać, że częstowano doskonałym bimbrem.
W tym czasie można było sprzedać to, co się wyprodukowało – we Wrocławiu, i były to pierwsze pieniądze. A kupować w sklepie u p. Kizińskiego – i to było dobrze. Złem to były nałożone na rolników przymusowe kontyngenty – po bardzo niskich cenach. Wiadomym nam było, że trzeba wyżywić miasta, ale niskie ceny za oddawane produkty wyniszczały rolników. No a w latach pięćdziesiątych były prawie przymusowe Spółdzielnie Produkcyjne. W Skarszynie też przez to przeszliśmy, tyle, że po rozwiązaniu spółdzielcy wyszli bez długów. Snując opowieść nie sposób pominąć Państwowego Gospodarstwa Rolnego, które powstało, gdy wojska radzieckie opuściły Skarszyn. Pierwszy kierownik, który nim zarządzał miał bardzo trudne zadanie – nie miał maszyn, inwentarza żywego, ale jakoś powoli zaczął organizować pracę. Do pracy przyjęci byli pierwsi: Rodzina Jarczewskich – aktualnie siedzi tutaj pani Maria Jarczewska; Rodzina Sułków z dziećmi, którą dziś reprezentuje Pan Jan Sułek – który pracował jako główny oborowy i pracuje w „Agrobecie” do chwili obecnej.
Wiele rodzin podejmowało pracę, wielu z nich jest do dziś. Kierownicy PGR-u się zmieniali, każdy z nich coś ulepszał, poprawiał warunki życia i pracy swych pracowników. Ludzie ciężko pracowali, ale żyło im się dobrze. Rozkwit PGR nastąpił pod kierownictwem Pana Bernarda Wutke – następowała coraz większa mechanizacja, nie trzeba było już tak ciężko pracować. Poprawiły się także warunki materialne pracowników. Po odejściu Pana Wutkiego objął gospodarowanie PGR-em Pan Muzyka i Pan Z. Sidorowski, który zarządza bardzo dobrze i nowocześnie.
Obecnie po zmianach ustrojowych w naszym kraju PGR przekształcił się w Spółkę Pracowniczą – „AGROBETA”, pod zarządem Panów Z. Sidorowskiego, B. Witkowskiego i T. Jokiela. Wszyscy mieszkańcy darzą uznaniem i szacunkiem obecny Zarząd widząc wyniki ich pracy - wspaniałe urodzaje, dobre inwestycje i troskę o 100-osobową załogę, która ma „pracę i płacę”, a w przyszłości i premię z udziałów, a przede wszystkim pracę w swojej spółce. Rolnicy i mieszkańcy Skarszyna często zwracają się z różnymi sprawami do Zarządu spółki i zawsze ludzie Ci służą im pomocą i radą (w miarę możliwości). Spółka „Agrobeta” sponsoruje klub sportowy „Sparta”, pomaga szkole, współpracuje z całym środowiskiem wsi Skarszyn.
Tyle by było tych wspomnień, o tych, co od nas odeszli i o tych co są wśród nas. My mamy się dziś bawić, patrzyć na występy naszych dzieci – na tym poprzestanę.
Jeszcze mam obowiązek i przyjemność zapoznać Was wszystkich o życiu Państwowym. W Skarszynie w lipcu 1945 roku powstała Gmina do której należało 20 okolicznych wiosek. Wkrótce wybrano w każdej wsi sołtysa – w Skarszynie pierwszym sołtysem był Pan Antoni Jarząbek. Siedzibą Gminy najpierw był prywatny dom, a następnie „Pałac”, w owych czasach Gmina Skarszyn wygrała konkurs na najlepszą gminę w woj. wrocławskim. Pierwszym sekretarzem Gminy był śp. Jerzy Wojtaśkiewicz, księgowym Władysław Kikut, a pracownicy Gminy mieli dużo trudnych spraw, które musieli załatwiać indywidualnie. W Gminie znajdował się także dział higieniczno-opiekuńczy, który prowadziła Helena Bierska – jest obecna wśród nas. Bibliotekę, która miała 5 tys. książek przez parę lat prowadziła Alina Marczak-Wojtaśkiewicz. Z naszej Gminy poprzez soltysów książki docierały do dwudziestu wiosek i były czytane bardzo chętnie, bo ludzie wówczas byli spragnieni pisanego słowa. Po sześciu latach wojny i tułaczki mogli legalnie czytać po Polsku. Wspomnę jeszcze, że pod koniec maja 1945r. był w naszej wsi Posterunek Milicji w liczbie 17-stu milicjantów. Trzeba im oddać słowa uznania, że bronili i osłaniali, bo tamte czasy były niebezpieczne. Ci dzielni ludzie za swoją pracę mieli płacone beczką śledzi, bo Władze powiatowe nie miały pieniędzy. Jednym z tamtych Milicjantów jest p. Szumowski Sylwester, który do dziś mieszka w Skarszynie i jest reprezentantem tamtych odległych czasów.
Muszę także wspomnieć o szkole: Już w 1945r. gdy Wrocław był jeszcze twierdzą i wokół było dużo ognia, Polskie Wojsko w szkole w Boleścinie zorganizowało pierwszą zabawę, na której bawili się wszyscy Polacy co byli zatrzymani przez Radzieckie wojsko. Do dziś niektórzy wspominają z łezką w oku te polskie melodie.
Nauka w szkole zaczęła się w 1945r zorganizował ją Józef Czerwieniec i pracowała tylko jedna nauczycielka, następnie jej kierowniczką była p. Teresa Kuśmider, a później p. Bronisława Wilczek. Pierwszy był zorganizowany kurs dla analfabetów – po przez okres okupacji wielu ludzi nie mogło chodzić do Szkół. Potem była normalna nauka dla dzieci ze wszystkich wiosek. Między innymi pracowały i służyły swą wiedzą w tych pierwszych latach siostry Wilczkówny, potem kierownikiem był pan Andrzej Romańczuk, który poświęcał swą wiedzę i siłę dzieciom, a także uczestniczył czynnie w życiu szkoły i wsi - serdecznie witamy Pana. W tej chwili nie sposób nie wspomnieć o Pani J. Ambrozik i jej siostrze Kasi Ozdze, których praca owocuje do dziś. W naszej szkole przewinęło się wielu wspaniałych nauczycieli, którzy poświęcili swoje siły dla naszych dzieci. By przekazać im wiedzę i kulturę, za co im serdeczne Bóg zapłać. Co do Kościoła to ksiądz Proboszcz Edward Szajda tak wszystko nam pięknie przybliżył i wspominał, że nie mam odwagi nic dodać. Powiem tylko, że pierwszy krzyż, który ufundował Pan Pilc w 1949r – osadnik, ze wschodu – jest dla nas ostoją i symbolem wiary przez te wszystkie lata. Każdy przed nim wzdycha i czasem myśli nad swym losem. W maju pod nim się zbieramy i powierzamy Matce Bożej, a w czasie Wielkanocy cała ludność Skarszyna zbiera się „ze święconym”. Jest bardzo pięknie i uroczyście.
Jeśli pozwolicie Państwo to parę słów o teraźniejszości.
Jesteśmy teraz największą wsią w gminie Trzebnica – mieszka tutaj około 200 rodzin, z których część pracuje w rolnictwie, a spora ilość we Wrocławiu i Trzebnicy. Żyje się wszystkim średnio, a jeśli jest komuś naprawdę ciężko to Opieka Społeczna z naszej gminy stara się pomagać.
Mamy dwa sklepy, dwa kioski, pijalnię piwa – do której zapraszamy. Jest tu w pałacu Klub, który prowadzi Pan Karcz – organizuje różne imprezy i uroczystości takie jak Dzień Babci, Dzień Dziecka i wiele młodzieżowych imprez łącznie z dyskoteką. Nasze dzieci – przyszłość Narodu i Polski, a jest ich w Skarszynie sporo, chodzą do szkoły w Boleścinie. Szkoła jest pięknie rozbudowana, dobrze wyposażona, ostatnio doprowadzono wodę z której korzystają także mieszkańcy Skarszyna i Boleścina.
Dyrektorem szkoły jest Pani H. Boś – trzeba przyznać, że nasza Dyrektor i cały młody zespół nauczycielski daje z siebie wiele by ta ogromna gromada dzieciaków wyniosła ze szkoły wiedzę, kulturę. By mogła uczyć się dalej w szkołach średnich i wyrosnąć na wspaniałych, porządnych ludzi na pożytek własny, rodziców i naszej kochanej Ojczyzny. W szkole są zespoły muzyczny i taneczny, które uświetniają swoją obecnością i występami naszą uroczystość. Zapraszam Państwa do oglądania występów naszych najmłodszych i gorące oklaski dla małych artystów. Dziękujemy całemu Gronu Pedagogicznemu, a szczególnie Pani Klin i Pani dyr. Boś za przygotowanie występów.
Jest u nas w Skarszynie LZS, jest to drużyna piłki nożnej która gra ze zmiennym szczęściem, ale są ambitni i ciągle są w klasie „A”. Trzymamy kciuki za naszą drużynę, bo właśnie dziś gra na wyjeździe i wznoszę hasło „Sparta bądź uparta”.
Jeszcze pozostało mi powiedzieć o naszej Pani Sołtys. A jest nim Pani Danuta Szydełko, która była między innymi inicjatorem i motorem dzisiejszego święta.
W imieniu Pani Sołtys, jej przyjaciół, organizatorów i wspominającej – dziękuję wszystkim za to liczne przybycie, zapraszam na występy naszych dzieci, na mecz piłki nożnej gdzie zobaczymy „starą gwardię” – skład pierwszej drużyny Sparty z Radnymi Gminy Trzebnica – których mamy zaszczyt gościć. Zapraszam także na grochówkę, piwo, wieczorną zabawę, życzę wszystkim zdrowia i miłej zabawy żegnając się po staropolsku: „Szczęść Boże”.


Wspominała –
Alina Wojtaśkiewicz z domu Marczak
która przybyła do Skarszyna
dnia 3 lipca 1945r jako 17 letnia dziewczyna
obecnie 68 letnia Babcia


- Można skrócić i wyrzucić
Alina

  • 1 miesiąc temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @_M_arianna_W... Super

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Grahamoza dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...