Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

umiem wczuć się w życie. codziennie zasypiam
z głową pod telewizorem który od lat wisi nad łóżkiem
jak miecz. w każdej chwili może uciąć sen
albo ułatwić stany przejściowe. pomiędzy

nocą i dniem zawsze coś skrzypi. zmęczone duchy
opadają tyłkami na półki. chowają się do szafek
ze swetrami. podobno po śmierci trzęsie
jeszcze bardziej. uprzejmie ustępuję miejsca

licząc na wsparcie. nie wychylam się
spod kołdry. cienie są gorsze. bezsennie krążą
nad wezgłowiem. zjadają te myśli które każą wierzyć
że pod łóżkiem jest coś więcej niż nic.

Opublikowano

ciekawy, bardzo dobrze się go czyta; w ogóle lubię ten styl pisania, a Ty świetnie nim operujesz (w każdym razie w tym wierszu); jestem oczarowana;
jedyna uwaga to ta, że cienie nie są najgorsze, najgorsze są myśli...

pozdrawiam serdecznie

Opublikowano

Telewizor jako miecz Demoklesa - dobre, wczuc się w życie - osobiście miałem kiedyś podobny motyw w swoim wierszu, dlatego ten jest mi zdecydowanie bliski. Zarówno temat jak i treśc...
Jesten pod wrażeniem...
Pozdrawiam.

Opublikowano

Tali Maciej — Cieszę się, że nie przyczyniłem się do rozczarowania. ;) Dzięki.


Dzie wuszka —
1. cienie zjadają myśli -tak? - Tak.
2. mysli mówią - pod łóżkiem jest coś więcej -tak? - Tak. Tyle, że coś więcej niż nic.
3. chyba dobrze skoro te cienie zeżrą paskudy myśli - Niekoniecznie (patrz punkt 2). Skoro podmiot twierdzi, że są gorsze, najwyraźniej chciałby wierzyć. Dzięki za wizytę.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...