Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Informacja, że w tegoroczne lato nie wezmę udziału w wyprawie do ciepłych krajów, została przez moich rodziców przyjęta ze zrozumieniem, choć rzecz jasna bez przesadnego entuzjazmu. Od dawna spodziewali się bowiem, że w któreś wakacje zrezygnuję ze wspólnego wypadu; nic dziwnego, że gdy moment ten nadszedł, najbardziej zbulwersowana takim obrotem sprawy była moja wścibska sąsiadka. Rodzice, miast ciągnąć mnie siłą do samochodu, przedstawili mi sprawnie schemat funkcjonowania domu, zwierząt i obejścia. Ja rewanżowałem się swojskimi "jedźcie ostrożnie", "uwaga na postojach" i "nie rozmawiajcie z nieznajomymi". Zapewniałem też, że prowadzenie gospodarstwa domowego to rzecz na tyle trywialna, że i ja, nie będący w tej mierze weteranem, poradzę sobie świetnie. Starałem się być w tej oracji przekonującym - rodzice, co dziwne, uwierzyli. Przerażający wprost optymizm.

Panem na Obejściu zostałem w nocy, około czwartej nad ranem. Już wtedy, zamknąwszy wcześniej co było do zamknięcia, zdecydowałem się na obchód moich włości. Szybko okazało się, że - z wyjątkiem wiecznie niepełnej lodówki - moje domostwo wyposażone jest bogato, a i kryje w sobie niejedną osobliwość. W kuchni zlokalizowałem szereg maszyn i surowców gastronomicznych; w pralni znalazłem automatyczną z wirnikiem, na piętrze zaś uroczo aerodynamiczne żelazko. Poczułem wiatr w żaglach: przede mną otwierało się całkiem nowe, nieznane wcześniej uniwersum. Wkraczałem na dziewicze tereny; wpływałem na Ocean Gospodarowania!

Gdy jesteś sam w domu, rzeczą absolutnie pierwszoplanową staje się szeroka pojęta garmażerka. Szybko okazuje się bowiem, że na samych chrupkach wytrzymać można maksymalnie dobę - po upływie tego czasu organizm zaczyna domagać się należnych mu racji żywnościowych. Sympatyczną sprawą okazują się być dania gotowe do podgrzania - szybciej się je gotuje niż otwiera. Z czasem jednak i one przestaje wystarczać: mój przerost ambicji kazał szukać mi więc mocniejszych wrażeń. Rozpocząłem - z niewątpliwą pomocą mej kobiety ;) - od przypalonej marchewki z przypalonego rondelka; z czasem jednak, odkrywszy w sobie smykałkę do garnuszków, zacząłem piec kurczaka, smażyć skrzydełka i kroić ogórki. Nauczywszy się, że - jak twierdzi Rainman - z keczupem zjeść można wszystko, nie bałem się też eksperymentować z przyprawami. Chile, bazylia, zioła, pieprz, ananas, kaktus, perz, żonkile. Wedle zasady: im nas więcej, tym nas więcej, kości z musztardą - nawet na twardo, a z majonezem - zjem chlebek z jeżem.

Wykarmienie własnej osoby okazało się wkrótce najmniejszym z problemów: kot mówiący wierszyk i pies z gitarą uświadomiły mnie szybko, że i inwentarz nie planuje paść z głodu. Co więcej: prędko zdałem sobie sprawę, że zwierzaki, głuche na głos reklamy, preferują nie dobroduszne żarcie z paczki, a prawdziwe mięso z mięsa. Koniec końców więc kot konsumował filet z mintaja, pies gotowanego kurczaka, ja zaś chleb z serem. Mój prywatny folwark okazał się zresztą dość kapryśną i ruchliwą drużyną: kot znikał na całe doby w sobie tylko znanych celach, pies zaś, wyczuwszy w okolicy pannę w stanie wskazującym na spożycie, nauczył się przesadzać płot i wybywał z obejścia w celu oczywistym. Ja goniłem go do sąsiadów, rzucałem się na szyję i karałem za romantyzm. Reprymenda starczała na czas nieokreślony, acz nie mierzony w specjalnie wielkich jednostkach. Zmęczony schematem, stosunkowo ciepło powitałem mniej ruchliwe larwy zalęgłe - bez większych na szczęście rezultatów - w koszu na śmieci. Dokonawszy na nich masowej eksterminacji, zrobiłem małą inwentaryzację: kot utył zauważalnie, pies lekko przysechł z krótkotrwałej tęsknoty.

I na tym nie kończyła się bynajmniej sfera mej opieki! Moja mama, zapalona florystka i opiekunka stworzeń roślinnych, pozostawiła mi pod skrzydłami sporych rozmiarów gaik wielorodzajowy. Różnorodność form i kolorów zachwyciła mnie z początku; szybko jednak zdałem sobie sprawę, że rzecz nie jest tak różowa, jak co niektóre z moich podopiecznych. Wielorakość kształtów oznaczała bowiem wielorakość wymagań: część zielnika domagała się notorycznego podlewania, część przeciwnie, była na wiecznym głodzie. Z lewej strony żądano dostępu do światła, z prawej domagano się cienia, pośrodku zaś wołano o nawóz. Najbardziej przebojowym stworzeniem okazał się jednak być storczyk, imigrant z południa: zgodnie z zaleceniami mamy nurzałem go w wodzie w niedziele, święta i pierwsze piątki miesiąca. Najmniejsze wymagania miał obły kaktus, więc, zrażony trywialnością, perfidnie go zasuszyłem.

O niektórych ludziach mówi się, że łatwiej ich ubrać niż wyżywić; osoby zaznajomione z moją tuszą wiedzą, że przysłowie to pasuje mi jak świni irokez. Ubieram się łatwo; sam proces przygotowawczy okazał się być jednak bardziej skomplikowany. Pralka, ustawiona podstępnie w najdalszym kącie suszarni, okazała się być jedynie semiautmatyczna i w kluczowym momencie wymagała poufałego kopnięcia. Równie emocjonujące było suszenie ubrań: na wieść o niezwykłych dość, acz niebezpiecznych kradzieżach bielizny, wystawiałem czaty i obserwowałem linki z strategicznej odległości. Prasowanie wreszcie, finalny element recyklingu, nosiło w sobie zagrożenie w postaci gorącego żelazka. Na pocieszenie pozostawała myśl, że mężczyźni z bliznami wyglądają bardziej bandycko, zwłaszcza w podartej koszuli.

Mając tak bohatersko męski layout, zdecydowałem się wkrótce wykorzystać walory pustego domostwa zapełniając go bratnimi duszami. Jak każdy zbir i łotr w pieszczosze, zdecydowałem się zaprosić na weekend moją prywatną, równouprawnioną połowę: uciekła do mnie, o dziwo, bez specjalnych oporów. Wraz z przybyciem Laury, moja najbliższa okolica zaczęła wykazywać - typowe w takich sytuacjach - cechy Syndromu Nagłej Sensacji: sąsiedzi wybyli na spacery, ksiądz przyjeżdżał przypadkiem, w promieniu trzech przecznic zabrakło zaś soli. Zmęczeni szybko parawojenną konspiracją ruszyliśmy już drugiego dnia w triumfalny obchód osiedla, dając misom z okienka igrzyska i powód do dyskusji na najbliższe dwa tygodnie. Nie jedyny zresztą.

Nie jedyny, pusty dom bowiem powinien, wedle wszelkich prawideł, zapełnić się w końcu ludźmi, winem i muzyką. Doprawdy, słowa mają w tym okresie wielką moc: przebąkujesz coś o imprezie - i ta staje się faktem; z grzeczności stwierdzasz, że zapraszasz - i wszyscy przychodzą naprawdę! Póki jednak znasz wszystkich śpiących w twoim łóżku, przynajmniej z widzenia, póki ktoś jeszcze interesuje się twoją opinią w sprawie palenia firanek, póki potrafisz przeciwstawić się pomysłowi frisbee z udziałem porcelany po dziadku - dopóty jesteś panem na włościach. A wówczas wolno ci wraz z resztą tańczyć na mokrym od rosy trawniku, śpiewać "Ho" na cztery całkowicie niepodległe głosy i pić zdrowie gości. Czasem nawet każdego z osobna.

Goście zaś, biegli w sztuce improwizacji, potrafią cię nieraz prawdziwie zadziwić. Bywa, że po imprezie budzisz się jako outsider - kapitan wszak opuszcza pokład jako ostatni. Gości możesz wtedy zastać w wysprzątanej do cna kuchni; przyłapiesz ich z świeżymi naleśnikami i gorącym kakao. Na ciebie też czekać będzie osobna porcja, dziewczyna dołoży ci zaś kanapkę z pomidorem wyciętym w serduszko. Ktoś kupi świeże mleko, ktoś zostawi ci jeszcze cynamon do klusek. A ty wtedy poczujesz, że warto mieć własny dom - ale jeszcze bardziej warto mieć ludzi, którymi go wypełnisz. Cztery ściany potrzebują przynajmniej dwóch par oczu, podłogi są od tego, by były deptane. Dlatego, mimo kłódek i alarmów, mój dom będzie zawsze domem otwartym. Niech na każdym z kawałków podłogi stoją zawsze przynajmniej dwie nogi! ;)

I z tym mottem pozostawiam was przed monitorami. Wybaczcie - za chwilę mam gości! :)

-----------------
To rzecz jasna bardziej felieton. Mam jednak nadzieję, że nie zagracam :)

Opublikowano

zabawne i dobrze się czyta chociaż miejscami zgrzyta ;]:
Chile --> nie ma takiej przyprawy, aczkolwiek śmiem przypuszczać, że państwo, być może, zostało użyte specjalnie
(...)obserwowałem linki z strategicznej odległości. --> ze strategicznej odległości :)
przyłapiesz ich z świeżymi naleśnikami i gorącym kakao. --> to samo, ze świeżymi naleśnikami...

pozdrawiam

  • 2 tygodnie później...
  • 3 tygodnie później...
Opublikowano

Myślałem, że znowu Kevin ;-)
w tegoroczne lato - po prostu paskudztwo. Nie możnaby napisać "tego lata"?
Przerażający wprost optymizm - według mnie lepiej pasuje "porażający".
w nocy, około czwartej nad ranem - jeśli o czwartej nad ranem, to oczywiste, że w nocy.
smykałkę do garnuszków - do "garów", Michał!
mięso z mięsa - a to jest cymes.:-)))
nurzałem go w wodzie - myślę, że ZANURZAŁEŚ go w odzie, sam się NURZAŁEŚ w rozpuście
Lekko, dowcipnie i chyba jednak nie felieton.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...