Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

szczyt tiulem chmury czarnieje i pęka,
jak w tańcu, kręci niebem gwiezdnej nocy,
dopóki wiatru frywolna sukienka
okrywa powab, wdziękiem ruchów nosi
i tylko smugą przebija gdzieniegdzie
świtu krztą, rwącą horyzontu żerdzie,

któż z was w opisie chwil tych nie uwięzi,
nie wyrwie pióra by ulotność chwycić,
temu gór kibić w tle rosłej jutrzenki
niewarta oczom, kiedy z pasma ciszy
łańcuchem wschodzi i wplata w stromości
ozdoba piersi, kobiecej krągłości,

poetów tysiąc czasu tego czeka
jak na zbawienie lub myśli spisanie,
noc całą nosząc pragnienie człowieka,
dorównać w wierszu kształtom wbitym w granie,
słów pękiem uwieść czar zdobnego bóstwa
i choćby cienia fałd ustami muskać,

nienasycony niewieści malunek
lustrem dnia wodzi by zrzucić dar blasku
w ziemi przepastnej pochmurną szkatułę,
wieczorną porą, wracających wiatrów
i z dnia gwiazd mrowiem, tiulem chmur w przelocie
szczyt mami – dobrze ci było w tym złocie.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Włodzimierzu - po pierwsze to z panów zeskoczmy
nie wzorowałem się na żadnym wierszu, może na jakichś wiadomościach,
jakoś mnie ten 11zgłoskowiec polubił albo może ja go, nie wiem sam, dzięki za koment i dziękuję za przyjemne czytanie
z ukłonikiem i pozdrówką MN
Opublikowano

jestem czytelnikiem i jako czytelnik: nic odkrywczego, a "ton" wiersza zalatuje nabrzmiałym patosem, dawny wiek na wzgórzach wichrowych.. nie mam nic przeciwko budowaniu obrazów ( lubię nawet takie wiersze) ale przesycone metaforami, z których żadna nic nie wnosi poza uniesieniem autora, zahacza o jakiś popis a to niedobrze. mnie nie rusza. ale innych tak. pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


całkiem możliwe Kamilu, dziękuję za opinię - jednak całość w sobie jest tak spięta, że nie wiem co miałbym poprzestawiać, co wygruźć? a czy staropolskim? czy może współczesnym? nie wiem
z ukłonikiem i pozdrówką MN
Opublikowano

sorki za te ciągłe edycje. staram sie tylko zawsze wyrazic możliwie jasno, żeby nie było że się czepiam. pozdrawiam jeszcze raz.

Opublikowano

Zapytam przedmówców - czy rzeczywiście tylko poeta pragnie zatrzymać obraz szczególnego zapatrzenia? czy tylko poeci mają pragnienie opisać /dla kogoś - niekoniecznie piórem/ coś niezwykłego, ulotnego, jakiegoś wzruszenia estetyczno-mistycznego, którego jak nic na świecie może udzielić przyroda /np. góry/?
Jeśli się tak oczywistej rzeczy nie rozumie, to w rzeczywistości nic się nie rozumie, a już najmniej taki
i podobne wiersze... Kto nie chodził po górach i nie trwał na ich szczytach w osłupieniu, ten jest zaiste biedakiem, choćby miał w mieście kamienicę a pod nią cadillaca.

Witku - oglądam opisane przez Ciebie światy, i miewam podobne pragnienia zatrzymać, uwiecznić
obraz, który i przeobraża i wzbogaca patrzącego czymś tak nieuchwytnym, jak słowo właśnie...
Piękny wiersz, a do języka - w którym do czytelnika mówisz, czytelnik sam musi się dostosować,
jak do człowieka, z którym chce...poobcować. No, chyba że nie chce. J.S.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Panie Sojan. Oczywiście, ze nie tylko poeci, pole do interepretacji jest szerokie, ale chodzi o wyłapanie wspólnego sensu!! jesli tego sie nie rozumie to trudno wymagac by autor czynił postępy.. jesli wszyscy przytakują. ja nie mam nic do obrazu, chodzi o styl, o "ton", o to że opis zalatuje "starocią" można pisac o górach oki, tylko ja sugeruję lekkie unowoczesnieni stylu ale to tylko moja opinia wiec prosze sie do tego nie odnosic. a pisanie nie jest "świętą ikoną" nie podlegającą zmianom. ja tak odebralam wiersz. staralam sie napisac interpretacje prostą bo nie chodzi o treść, do której nic nie mam. zresztą jesli pan odnosi się do mnie- to nawet odbieranie gór w czasie wycieczki jest kwestią wewnetrznego zahlyśnięcia się obrazem, subiektywnym i tak tu autor to opisal ( z podszyciem lekko erotycznym). no i trochę za duzo zbędnych metafor. ale nie bede autorowi niczego zmieniac bo to nie warsztat i nie moj wiersz. ps. autor może się zgodzic z uwagami, moze nie. ja odbieram to jednak jako o poetach. a sens i tak pozpstaje ten sam. nie ważne. pozdrawiam.
Opublikowano

Kamilo – przepraszam, bom nie zauważył, iż mam do czynienia z Panią, wytykasz mi Pani: styl, ton i „staromyślenie”, nie bardzo czepiasz się treści, a wiersz ten jak napisałem – w całości jest spójny, stąd też „unowocześnienie” nie jest na miejscu, co znaczy w ogóle „unowocześnić”? Czy powstawiać jakieś współczesne nazwy przedmiotów? Czy wyrzucić rymy? Czy co?

Myślę Kamilo, że traktowanie „współczesności” jako „bez rym” i „bez niezwykłość” myli się z celem. Poezja nie jest też działem „socjologii” (o tym już pisałem wcześniej w dziale dyskusyjnym). „Nurt socjo-patyczny” nie jest wymiernikiem ani poezji, ani poetów, dlatego też będę pisał swoje, to „jak i co” myślę, będę pisał rymem, bo to trudna rzecz i „metaforą” bo coraz mniej jej, jakby na opak, spójrz Kamilo dokoła, większość wierszy zatraciła głębię, zatraciła obraz, mamy jakieś felietony, reportaże, wiersze typu 2D z mierną metaforą na końcu miast puenty, a gdzie poezja?

z ukłonikiem i pozdrówką MN

Opublikowano

Sokratex’ie – myślę nad tym, co napisałeś, dochodzę do wniosku, że nie wiesz, co napisałeś, a może ja nie wiem? Jajć, taki zacinek psychologiczny, Tuwim, jak nie wiedział, jaki rym popełnić, to miał podręcznego rymotwórcę, który na telefon (i nie za darmo) tworzył mu setki słów, wymyślał nazwy osób, które miały nie istnieć, a które mogłyby przykuć uwagę, czy ktoś z nas ma taką osobę? Czy ją opłaca?
Skończ, więc, z Tuwimem, tzw. „sztabem tuwimowskim” (na obraz Tuwima pracowała ponad setka osób) – zajmijmy się sobą. (Osobiście wiersze Tuwima lubię i w pewnym czasie swojego żywota tak się zachłysnąłem, żem czytał i czytał i czytał, póki się nie doczytał)

Marzycielstwo i odstanie od rzeczywistości, już w pewnym sensie wytknęła mi Kamila, Ty – Sokratex’ie potwierdziłeś, tak, odstaję od rzeczywistości, tak przyznaję się, i co mi zrobicie? Zdołujecie? Pobijecie, że nie jestem współczesny w wierszach? Przerzucicie do działu dla początkujących? Albo do kosza? Schylę głowę, ok – zrzucajcie. Ale zastanówcie się, czy ta Wasza współczesność nie jest pozbawiona poezji?

Każdy z nas tworzy się w swoim skromnym skrawku życia, bynajmniej – mój skrawek jest jak najbardziej współczesny, choć czasem, jak sobie sam żartuję, często wybiegam w przyszłość, i to nie z „komsumpstwem”, ale z charakterem (nie mylić z bogaceniem się – chodzi o bycie tu i teraz).

Wiersz, który napisałem, jest o gwiazdach nad górami, schodzących o świcie, pękających na konturach (graniach) gór (i Ty Sokratex’ie, mniemam, powinieneś pierwszy to zobaczyć), jest też, moją odpowiedzią, na Twoją noc świętojańską, żadnych bogów, boginek i tym podobnych stworów (poeta – niebo – góry), góry może symboliczne, weź, proszę, choć jeden nocny ogarek na jutrznię, boć to pierwszy dzień zimy dziś.

z ukłonikiem i pozdrówką MN

Opublikowano

Jacku – Twój to obraz, Twoje myślenie, dzięki za obronę, teraz posypią się na nas pioruny i inne tym podobne … z automatu, tatatatatatititititi!!!!

jak chcesz się wycofać, ok., bo czeka zasypanie, przez dwuwymiarowców wierszowych, tzw. hałdy, a czymś one różnią się od gór, to już wiadomo.

z ukłonikiem i pozdrówką MN

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



dziękuję Dzie Wuszko - jajć - a ja nie znam Manfreda, to jakiś ważny wiersz?
z ukłonikiem i pozdrówką MN


lorda Byrona dzieł ;)

jajć, no to ja do lorda do pięt nie dorasta, hihihi, dzięki za wskazanie, przeczytam
z ukłonikiem i pozdrówką MN

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...