Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zimno. Kiedy mróz kłuje ciało, nie jesteśmy często w stanie skupić myśli na czymś
konkretnym, na sprawach poważnych, nurtujących nas swoją zagmatwaną strukturą. Nasze problemy zamarzają jak woda lub przechodzą w stan lekkiego puchu, tworzącego feerię barw wypływających z ciepłego oka latarni. Dziewczynka z zapałkami, konająca na środku ulicy, w swojej imaginacji buduje raj. Zamarzające ciało, spadająca temperatura, odmrożone członki są nieistotne, wszystko to pozostaje na Ziemi, myśli wędrują do transcendentnej Arkadii.
Chłód koił duszę, tłumił krzyki zamknięte w czaszce, niczym czarny całun,
zakrywający mroczne widma błąkające się w szklanej kuli wróżbity. Krew pulsowała mu w skroniach, jak nowicjuszowi który dostąpić miał upragnionej inicjacji, jak dziewczynce z zapałkami na widok ciepłych obrazów. Powietrze przebijało jego ubranie, chłodne palce zimy dotykały jego nóg, pełzały po brzuchu i piersiach, włosy jeżyły mu się na rękach. Zielona poręcz była jego piedestałem, ołtarzem na którym miało dokonać się misterium, portalem do innego wymiaru. Nie czuł już lęku, ból jak krew wypływająca ze świeżych ran, zastygł nagle w tej półmrocznej, chłodnej chwili. Twarze odpływały z jego pamięci, czyny gniły, wysychały i ulatniały się w tej obłędnej ekstazie. Czarna postać na poręczy mostu rozłożyła ręce, czyniąc z siebie cielesny krzyż. Na most powoli wjechał radiowóz policyjny, zatrzymał się, utrzymując zapewne dystans, który miał nie zdenerwować samobójcy. Z nieba, jak najdelikatniejsze dźwięki w muzycznym arcydziele wszechświata, posypały się płatki śniegu. Drzwi samochodu otwarły się powoli, bezszelestnie, wyłonił się z nich młody mężczyzna w granatowym uniformie. Cisza zalała most. W oddali migotały światła wież, ulic, budynków. Śniegowe gwiazdy spływały na rękawy rozłożonych rąk młodzieńca, powoli odwrócił głowę w stronę policjantów. Drugi z nich już był na zewnątrz pojazdu, skierował zaciśniętą dłoń w kierunku postaci na barierce, pstryknięcie wypluło z latarki strumień mocnego światła, prosto na twarz ofiary. Zielone źrenice zacisnęły się, powieki zmrużyły błyskawicznie. Twarz jego, neutralna i łagodna do tej pory, stała się nagle przerażająca
- Wyłącz to! – krzyknął policjant stojący bliżej barierki z desperatem. Reakcja nastąpiła
błyskawicznie – znowu zapanował półmrok. Spadający śnieg rozbijał skąpe światła latarni,
ścieląc atmosferę jakąś niewyjaśnioną łagodnością. Stojący bliżej zrobił ostrożnie krok naprzód, wyciągając przy tym rękę ku młodemu, zaczął:
- Posłuchaj...
- Cicho – przerwał mu łagodny głos – Jesteśmy tacy prości, że sami nawet nie możemy
rozwikłać tego banału którym jesteśmy. Odwrócił głowę i rzucił się w otchłań. Styczniowy dzień zakończył się dla niego.



*

Zieleń, błękit i złoto. Wiatr odpoczywał, od czasu do czasu ziewając łagodnie i
leniwie. Zboża falowały wtedy jak obrusy na obficie zastawionych stołach. Na horyzoncie wierzby i plamki jezior. Tafla nieba odbijała w sobie pasące się stada owiec.
Gęstwina wysokiej trawy poruszyła się, z radosnym śmiechem wyskoczyła z niej mała
dziewczynka. Stanęła przed grupką rówieśników, ukrywając za sobą dłonie.
- Patrzcie! – drobne rączki Niny uniosły szklany słój wypełniony w połowie konikami polnymi.
- Teraz musimy je policzyć.– zaproponował blondyn o jasnej cerze skropionej piegami – Kto pierwszy?
- Ja mogę! Nina radośnie odkręciła swój słoik i przesypała jego zawartość do foliowej torebki. Dzieci usiadły wokół niej.
Niewinne istoty na soczystozielonym kobiercu rozpoczęły zabawę. Chwilami
zrywały się, kiedy to jakiś owad wyskoczył z dłoni i mknął na wolność. Należało go złapać, jeszcze miał się przydać. W pobliskim gaju stukał dzięcioł, serie dźwięków wydawanych przy tej czynności mieszały się ze śmiechem dzieci.
- Widzisz, Michał ma najwięcej, dwadzieścia, ty masz piętnaście. – orzekł blondynek. – Przykro mi Nina. Na cześć najlepszego łowcy: hip hip hurra!!!
Dzieci otoczyły zwycięzcę, czarnowłosego o zielonym spojrzeniu. Stał w środku szczęśliwy.
Kiedy krzyki ustały, młodzi myśliwi zaczęli odkręcać szklane wiezienia i wypuszczać je na wolność. Zerwał się blondyn i krzyknął do zgromadzonych:
- Stójcie! Jeszcze nie koniec, czeka nas kolejny test. Ostatni. Myśliwy nie tylko musi być sprytny.
- Co masz na myśli Paweł? – zapytała Nina
- Prawdziwy łowca umie zabijać…
Zapadło milczenie. Blondyn podszedł do zwycięzcy, włożył dłoń do kieszeni i wyciągnął pudełko zapałek.
- Masz, zabij je!
- Mam je podpalić?! Krzyknął przerażony Michał
- Nie, masz je poprzebijać.
Zielonooki zaniemówił, w głowie miał mętlik Stał ze słojem w ręku jak posąg. Nagle ze zgromadzonych podbiegła do niego Nina. Stanęła przed nim, patrząc mu w oczy.
- Cykor! – krzyknęła nienawistnie i wyrwała mu z rąk słoik. Powoli odkręciła pojemnik i zanurzyła w nim swoją drobną rączkę. Wyjęła wybraną przez siebie ofiarę i zamknęła pojemnik. Wokół wszystko jakby zamarło, stukanie dzięcioła ustało. W niewinnych paluszkach jednej ręki trzymała owada, przebijając jego odwłok zaostrzoną zapałką. Dziki uśmiech satysfakcji pojawił się na jej twarzy. W oczach Michała pojawiły się łzy.
- Cha cha cha, beksa, cykor! Śmiechy dzieci wybuchły w martwej ciszy. Krąg niewinności został zerwany. Chłopiec oderwał się od grupy, wybiegając poza pierścień otaczających ją drzew. Słońce szczodrze błogosławiło tę krainę złotem. Wiatr spał, dzięcioł odleciał, zboża salutowały w blasku dnia.

Et in Arcadia ego


*

I jeszcze jeden stopień. Drzwi. Białe z aluminiową klamką. Brudne. Michał wytarł
buty, grzebiąc jednocześnie w fałdach zielonego, wyciągniętego swetra. Po chwili wyjął spod niego klucz, przywiązany do sznurówki. Trzask, trzask! Dwa obroty klucza i zamek poddał się woli chłopca. Wszedł do przedpokoju i zdjął buty, opierając się o ścianę. W skarpetkach przemierzył mieszkanie w poszukiwaniu żywych istot. Nie było nikogo. To dobrze – pomyślał i przeszukał kuchnię. Tym razem rozglądał się za jedzeniem. Nie znalazł. To źle – pomyślał. Ale za chwilę jego głód przepędziła wesoła muzyka z magnetofonu. Chłopiec klęczał przy starym kasprzaku i przewijał kasetę, szukając ulubionej piosenki. Znajdując bliską mu melodię, usiadł w starym zniszczonym fotelu i zamknął oczy. Śnił.
Pragnął wielu rzeczy. Jedną z nich było wieczne pióro. Widział raz takie w sklepie
papierniczym, ale było drogie. Nie miał pieniędzy, matka nie chciała mu go kupić, gdyż długopisy były o wiele tańsze. Raz dostał od ciotki stare wysłużone pióro, jednak robiło straszne kleksy, kiedy się nim pisało, a gdy poleżało chwilę nieużywane, zaraz zasychała stalówka.
Śnił. Spełniało się jego marzenie. W kiosku przed blokiem, o dziwo, w zasięgu wzroku z kuchennego okna, na wystawie za szklaną ścianą, leżało wieczne pióro. Nagle on i mama, znaleźli się przed okienkiem sklepu. Zacisnął dłonie w pragnieniu, z całych sił, tak mocno jak marzył o prezencie. Paznokcie wbijały mu się w ciało. Najpierw gorąco, potem coraz chłodniej. Ból przechodził w ulgę. Dłonie rozchyliły się nieznacznie napełniane obcą materią. Czarny cienki przedmiot zaistniał w jego uścisku. Bum bum! Bum bum!
Bum bum! Otworzył szybko oczy. Siedział w fotelu. W przedpokoju rozległo się
kolejne uderzenie. Chłopiec zerwał się szybko, pokonując strach i otworzył drzwi do mieszkania. Stał w nich On. Śmierdział, parował i ślinił się. Obłędny wzrok przebił Michała.
- Ale się najebałem! – westchnął chrypliwie przybysz.
- Chodź – zaproponował chłopiec i wziął pijanego za rękę. Przemierzyli razem kilka metrów i znaleźli się w małym obskurnym pokoju. Razem usiedli na niskim łóżku. Śmierdziało potem, wódką i czymś jeszcze. Michał rozebrał mężczyznę.
- Położysz się tato? – zapytał z nadzieją chłopiec.
- Czekaj, pogadaj ze starym! – odpowiedział wesoło pijak.
- Ale o czym?
- Jesteś moim synem do cholery! Kocham cię! Może matka cię przestawia przeciwko mnie, ale ty jej nie słuchaj. Jestem twoim ojcem, pamiętaj! Wiesz, mój stary to mnie lał za byle co, a czy ja ciebie biję?!
- Nie tatusiu.
- Lał mnie jak cholera, za byle co, jak chciałem mieć rower, to musiałem wagony rozładowywać, rozumiesz?! Jak się z nim pobiłem, to mi lodówkę zamykali! A ty?! Ty to gówno o życiu wiesz! Stara cię rozpieszcza, a mnie życie nie szczędziło. I Milicja, te skurwysyny, za co oni mnie tak bili?!
Jego głos przechodził z tonacji skomlącego psa, do wrzasku szaleńca. Michał drżał
przerażony, przytakiwał i milczał. Wiedział, że jak sprawa potoczy się niepomyślnie, to znowu oberwie. Nie miał wpływu na myśli szaleńca, mógł tylko przytakiwać i mówić staremu, że bardzo go kocha. Pragnął jego śmierci, albo swojej. Jednak nie mógł nic zrobić, miał trzynaście lat i był sterroryzowany przez strach, którego źródłem był ojciec. A ten tylko eskalował nastrój obłędu, krzycząc po niemiecku, jakieś durne, wulgarne sentencje, których nauczył się w wiezieniu. Koszmar.
- Ty parchu, gnoju pierdolony! – wrzeszczał – Ja bym cię kurwa nauczył życia!
I wstał. Chwiejąc się, uniósł nad chłopcem kułak, żylasty, wypełniony spirytusem.


*

Wiatr szalał na ulicach miasta. Niczym wariat cieszący się niespodziewaną
ucieczką na wolność zza nieprzebitych murów więzienia. Miotał się od budynku do budynku, wyrywał gazety za stalowych ram reklamowych i rozszarpywał je jak pies ogarnięty żądzą niszczenia. Chciał być wszędzie, wpadał na przerażonych przechodniów, potrząsał torbami, jakby w ten sposób chciał sprawdzić ich zawartość. Po nieudanych próbach szamotania się z cudzą własnością, złośliwy desperat ciskał garścią pyłu i piachu prosto w twarz swojej ofiary. Wył przeraźliwie na rogach ulic, dręczył bezdomnych kryjących się w ślepych uliczkach pod stertami papierów i folii. Wspinał się po ścianach budynków wdzierając się podstępnie przez nieszczelne okna. Nieznośnym pogwizdywaniem dawał o sobie znać mieszkańcom, od czasu do czasu wzmacniając efekt szarpnięciem firanki. Z hukiem wpadał na dachy i przedzierał się jak w amoku w gąszczu anten telewizyjnych, łamiąc i przekręcając je. Tam w słabym świetle listopadowego słońca przesłoniętego bielmem starzejącego się roku dojrzał swoją kolejną ofiarę. Sine i ogromne na postać wielorybów w oceanie eteru wypoczywały ławice chmur. Z zacięciem dzikiej bestii skoczył prosto na nie z nieludzkim okrzykiem. Cerber rwał swoje ofiary na strzępy, strugi deszczowej krwi rozlały się po rynsztokach. Podobno kiedy wieje silny wiatr, poprzedniej nocy ktoś się powiesił.
Krople deszczu rozmazywały się na szybach baru. Jedna taka cząstka skupia w sobie
odbicie świata w zasięgu wzroku. Z jednej strony rozmazana ulica i ludzie chowający się przed deszczem pod dachami wystaw sklepowych, z drugiej zmęczone twarze klientów baru, którzy w niepokoju spożywają swój posiłek w przerwie obiadowej. Pod wpływem mocnego głosu kucharki szyba zadziałała jak membrana, przenosząc falę dźwiękową prosto w strukturę kropli, ta zachwiała się chwilowo w swym płynnym pokonywaniu wysokości szklanej ściany. Ta chwila nieuwagi wystarczyła, aby następna kropla, która pędziła tuż za nią, uderzyła w swoją rywalkę łącząc się z nią. Obie połączone runęły w otchłań zapomnienia.
- To znaczy… koniec…
- Rozumiem…
Dwoje ludzi przy stoliku patrzyło sobie w oczy. Kobieta i mężczyzna. Poszerzone źrenice szukały przeraźliwie blasku nadziei w oczach rozmówczyni. Nie znalazły, jej brązowe spojrzenie obmacywało kelnerkę. Ból i rozpacz wstrząsnęły światem zakochanego, jedyna luka w murze odgradzającym go przed niemiłosierną egzystencją zapchała cegła kolejnej porażki. Miłość nie istniała, istniała seksualność i popęd. Poczuł swoją ułomność, ujrzał ją teraz w całej jej wielkości. Był słaby, kruchy, nie nadawał się do istnienia. To nie był świat dla niego. Szukał, otwierał się, a życie w odsłonięte miejsca wpychało mu włócznie teraźniejszości. Żyć w zamknięciu. Rzyć w zamknięciu. Uśmiechnij się do życia, a dostaniesz w zęby z bezczelność. Łzy stanęły mu w oczach. Cha cha, dorosły facet i ryczy. Był niczym. A co najśmieszniejsze, myślał o sobie, jak o ofierze, której świat nie rozumie. Prawda była taka, że to on nie mógł zrozumieć rzeczywistości. Pieprzony marzyciel.


*


Szok termiczny. Kiedy cię dopadnie, nie możesz nic zrobić, tylko drżysz z zimna,
którego nawet nie możesz zanalizować. Nie ma chyba innego słowa, które trafniej określałoby ten stan. Szok jest najodpowiedniejszym. Nie panujesz nad ciałem. Toniesz, zachłystujesz się lodowata wodą, tracisz świadomość.
Zaatakował go chłód, jak uderzenie ostrza gilotyny. Ścięta głowa, która już do niczego
nie służy i ciało, które jeszcze miota się bezsensownie. Wszystkie myśli zamarzły i pękły jak sopel lodu rozpryskujący się o ziemię. Nieład. Cały wpadł pod lustro wody, jednak zaraz poczuł grunt pod nogami, odruchowo odbił się od dna rzeki. Tylko opanować oddech, nie pić wody, nie zachłysnąć się! Wdech powietrza. Ręce drżały, ciało stygło, temperaturą łączyło się z rzeką. Mógł już ruszać nogami, tak jak chciał. Ręce też po chwili odzyskały "świadomość". Czuł dno pod sobą i miał głowę na powierzchni. Nurt powoli ściągał go w dół rzeki. Skoordynował pracę kończyn i zaczął płynąć do brzegu. Błysnęło światło latarki, wysoko, gdzieś na moście. Męskie krzyki rozdzierały noc. Nieważne. Płynął do brzegu, coś mu zaświtało w tej jego durnej głowie. Uderzył ciałem o płytę przybrzeżnego lodu. Roztrzaskał ją sobą. Tafla była cienka i krucha. Jeszcze chwilę. Otarł się o brzeg. Starał się uchwycić wystających badyli, lecz były za wysoko. Prąd ciągnął go w dół. Nie teraz, kiedy postanowił, nie teraz, kiedy jest już tak blisko! Rzeka była nieustępliwa, bezlitosna. Nagle jej intencje okazały się jasne. Dno podnosiło się. Stopniowo, ale wyraźnie. Stał po kolana w lodowatej cieczy. Zaśmiał się głupkowato i zaczął ściągać z siebie mokre ubranie. Stał od pasa w górę rozebrany. Powoli wracało czucie w ciele. Niemiłe uczucie. Otworzył zaciśniętą dłoń. Czuł w niej źródło ciepła, coś wewnątrz niej emanowało życiem. Krótki, wąski przedmiot zalśnił w blasku księżyca. Stróżka atramentowej krwi zabarwiała śnieg u stóp zielonookiego.

Opublikowano

właściwie podoba mi się, czasem przegadane, wywalaj niepotrzebne słowa, bo psują nastrój, który całkiem nieźle tworzysz

Czarna postać na poręczy mostu rozłożyła ręce, czyniąc z siebie cielesny krzyż, ofiarę młodej krwi, której tak potrzeba do życia starej.- przegadane, zbyt patetyczne
Obie połączone runęły w otchłań zapomnienia - jw.
Zielone źrenice - tęczówki mają kolor, źrenice sa zawsze czarne
Kiedy cię dopadnie, nie możesz nic zrobić, tylko drżysz z zimna,
którego nawet nie możesz zanalizować. Nie ma chyba innego słowa, którym można by było określić ten stan - powtórzenia
mota - miota

gdzieś jeszcze była literówka, ale nie mogę teraz znaleźć, to było "w" zamiast "we" albo jakoś tak

pozdrawiam

Opublikowano

Dzięki. Tylko kropelek jakoś nie mam odwagi rozbić o zwyczajny parapet :)
I z tą młodą krwią... to miała być aluzja do starego pokolenia, ale masz rację, zbyt patetycznie, rozliczę się z nimi kiedy indziej.

Opublikowano

Nareszczie przeczytałem coś konkretnego...stary , nie zwalniasz tępa, dajesz na całego,
Niepotrzebne tylko wprowadzenie. Według mnie powinien się zacząć od zdania Dziewczynka z zapałkami konająca na środku ulicy w swojej imaginacji buduje raj. Swoją drogą to zdaniejest przecudowne, fantastyczne zdanie!!!.

albo to : "Wiatr szalał na ulicach miasta. Niczym wariat cieszący się niespodziewaną
ucieczką na wolność zza nieprzebitych murów więzienia. Miotał się od budynku do budynku, wyrywał gazety za stalowych ram reklamowych i rozszarpywał je jak pies ogarnięty żądzą niszczenia. " - ja pierd...

Poniższy fragment czytałem kilka razy i wciąż do niego wracam i to nie przez bezsenność.

Ból i rozpacz wstrząsnęły światem zakochanego, jedyna luka w murze odgradzającym go przed niemiłosierną egzystencją zapchała cegła kolejnej porażki. Miłość nie istniała, istniała seksualność i popęd. Poczuł swoją ułomność, ujrzał ją teraz w całej jej wielkości. Był słaby, kruchy, nie nadawał się do istnienia. To nie był świat dla niego. Szukał, otwierał się, a życie w odsłonięte miejsca wpychało mu włócznie teraźniejszości. Żyć w zamknięciu. Rzyć w zamknięciu. Uśmiechnij się do życia, a dostaniesz w zęby z bezczelność. Łzy stanęły mu w oczach. Cha cha, dorosły facet i ryczy. Był niczym. A co najśmieszniejsze, myślał o sobie, jak o ofierze, której świat nie rozumie. Prawda była taka, że to on nie mógł zrozumieć rzeczywistości. Pieprzony marzyciel. -

Taka właśnie jest prawda.

Całość - Wielka wielka klasa!

Jestem twoim wiernym czytelnikiem od dziś...

Opublikowano

to ci akurat nie grozi, możesz być tylko lepszy. Spieszysz się - to oczywiste dlatego żyć przez rz połknięcie liter, jeszcze coś tam było, ale jest git...jest historia, jest dobry styl, fantastyczne zdania, czasem udaje ci się całe akapity utrzymać w ryzach, i wcale nie są one przegadane czy patetyczne, historia, którą opowiadasz wymaga wyniosłości. Masz zajebiste porównania (ten wiatr co rozszarpuje...jak pies ogarnięty żądzą niszczenia) niezłe epitety, starannie dobrane,przemyślane a nie jak czasami "tu" bywa wepchnięte na siłe bo nieźle brzmią w zdaniu, i wiesz o czym i co piszesz. Ale po co ja to wszystko pisze, sam dobrze o tym wiesz.

Powodzenia.

Najlepsze opowiadanie jakie przeczytałem tu od niepamiętnych czasów.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...