Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Opowiadania Kanadyjskie III: Tajemnica starego Mohawka cz.1


Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Miałem wrzucic dokonczenie czegos starego, ale nie było czasu by napisac, wiec daje do poczytania początek nowego opowiadania.


1

Pod starym, rozłożystym dębem, którego wielkie konary tworzyły zielony baldachim, stał maleńki, rozsypujący się wigwam. Opierał się on o pień potężnego drzewa i gdyby nie ono pewnie dawno by się przewrócił. W jego wnętrzu panował półmrok, rozpraszany jedynie przez wąskie smugi światła, wnikające przez liczne szpary w poszyciu. W głębi szałasu leżał stary Indianin. Głowę opierał na spróchniałym konarze, a siwe, skołtunione włosy spływały swobodnie na wychudłe jego ramiona i pociągłą, zalaną potem twarz, naznaczoną wieloma bliznami. Pamiątkami młodości pełnej bohaterskich czynów. Był prawie nagi, tylko w pasie przewiązany wyliniałą skórą jelenia wapiti. Klatka piersiowa z ostro rysującymi się żebrami, obwiązana była zakrwawiona szmatą, poniżej tego prymitywnego opatrunku widać było zaschnięte czerwone stróżki posoki. Czerwonoskóry oddychał szybko i płytko, szeroko otwartymi ustami. Jego ciałem wstrząsamy co chwila gwałtowne drgawki. Obok niego leżał złamany łuk i pusty kołczan.
W wejściu pojawił się młody wojownik Cree, Skrzydło Kruka. Usiadł przy starcu i podsunął mu do ust czarkę z wodą. Ten pił chciwie, a gdy skończył odetchnął głębiej. Nagle zmarszczył brwi, widać było silne skupienie. Otworzył usta i chciał coś powiedzieć, ale wydobył z siebie tylko cichy charkot. Uczynił jeszcze większy wysiłek i skinął głową w kierunku kołczanu i na migi pokazał młodemu wojownikowi, że ma go otworzyć. Cree wykonał polecenie i wydobył z worka złożoną na cztery, gładko wygarbowaną skórę, gdy ją rozprostował ujrzał, że po wewnętrznej stronie jest pokryta prawie zupełnie zatartym rysunkiem. Próbował go odszyfrować, a kiedy ponownie spojrzał na rannego starca, ten już nie żył.



2

Przez gęste zarośla małej leśnej polanki przedzierał się pieszo dwóch białych i jeden Indianin, nieśli niewielkie, lekkie canoe. Po chwili wydostali się na otwartą przestrzeń i ruszyli skrajem olszyny. Nagle czerwonoskóry zatrzymał się i polecił swoim towarzyszom aby uczynili to samo. Gdy wykonali jego polecenie odwrócił się i rzekł:

- Teraz wkraczamy na zdradliwy i niebezpieczny teren. Idźcie dokładnie po moich śladach. Jeżeli z nich zboczycie, zginiecie.

Pat O'Connor i Jim Mc Ewan, tak nazywali się obaj biali, spojrzeli na siebie z niepokojem, lecz nie odezwali się ani słowem. Wiedzieli, że ich przyjaciel, Skrzydło Kruka nie lubi zadawania zbędnych pytań.
Ostrożnie zagłębili się w leśny gąszcz. Dookoła nich panował tajemniczy półmrok. Smugi światła przedzierające się gdzieniegdzie przez gęste korony drzew, padały na ziemie, tworząc jasne plamy. W powietrzu unosiły się gęste, cuchnące opary z gnijących roślin. Panowała tu niezwykła cisza, którą przerywał jedynie cichy szelest zeschłych liści, poruszanych przez lekki wiaterek.
Im dalej zagłębili się w las, grunt stawał się coraz bardziej grząski. Gdzieniegdzie zaczęły pojawiać się małe błotniste jeziorka. Aż nagle zapadli się po kolana w błotnistą maź.

- I co teraz zrobimy - spytał zaniepokojony Jim.
- Niech mój brat nie panikuje, musimy iść na przód. Zbyt dużo czasu zajęło by nam obchodzenie mokradeł. Moi bracia mogą zaufać Skrzydłu Kruka, wie co robi.
- Oczywiście, że ci ufam, ale wolałem się upewnić – odparł niepewnie biały.

Indianin nic nie odpowiedział. Choć miał ochotę skarcić młodzieńca za zbytnią gadatliwość. Ujął w rękę długą wcześniej przygotowana tykę i ruszył przodem sondując bagno.
Po godzinnym męczącym marszu bagno zrobiło się płytsze aż wreszcie wydostali się na suchy brzeg.
Teren początkowo nieznacznie się wznosił, lecz po chwili trzeba był wspinać się na dość stromy stok. Zmieniła się również roślinność. Poszycie prawie zupełnie zanikło, a olchy zostały zastąpione przez brzozy, jesiony, oraz nieliczne hikory.

Robiło się późno i chłopcy zaproponowali aby zatrzymać się na odpoczynek, jednak czerwonoskóry powiedział im, że jeszcze przed zmrokiem muszą dotrzeć do rzeki. Po chwili usłyszeli głośny szum wody i niedługo stanęli nad brzegiem strumienia szumnie nazywanego przez Indianina rzeką. Napotykał on na swej drodze mały próg skalny o wysokości kilkunastu stóp i tworzył malowniczy wodospad. Poniżej pobłyskiwało niewielkie, lecz głębokie jeziorko wypłukane przez spadającą wodę. W przejrzystej, krystaliczne czystej toni majestatycznie krążyły wielkie pstrągi, a kamieniste dno wydawało się na wyciągnięcie ręki.
Podróżnicy rozbili obozowisko i rozpalili niewielkie, typowo indiańskie ognisko. W milczeniu spożyli wieczerzę składająca się z pemnnikanu. Następnie z mchu i suchych liści zrobili sobie wygodne posłania, biali dodatkowo okryli się kocami.


3

Był słoneczny i ciepły dzień środkiem rzeki mknęło małe canoe. Po chwili łódź zbliżyła się do małej wysepki. Biali chcieli się zatrzymać na odpoczynek, lecz Skrzydło Kruka kazał im płynąc dalej:

- Do południa jeszcze daleko.

Chłopiec chciał coś jeszcze powiedzieć, lecz Skrzydło Kruka spiorunował go wzrokiem. Niebawem prąd stał się bystry, a z wody zaczęły wynurzać się groźne skały i mielizny. Łódź miotana przez wysokie fale, rzucała się na wszystkie strony niczym łupina od orzecha. Chwilami wydawało się że zatonie, lecz prowadzona wprawna ręką, sprawnie omijała głazy i inne przeszkody wyrastające na jej drodze. Wszędzie było pełno pyłu wodnego, który ograniczał widoczność i tamował oddech. Wreszcie dopłynęli do spokojnej wody.
Pod wieczór rozłożyli się biwakiem nad brzegiem rzeki. Siedzieli i wpatrywali się w ogień. Nagle w krzakach za ich plecami rozległ się cichy pomruk. Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Skrzydło Kruka zerwał się na kolana i przyłożył do ramienia sztucer. W tym samym momencie z zarośli wystrzelił kosmaty pocisk. Była to puma. Wpadła na Indianina nim ten zdążył wypalić. Ostrymi jak brzytwa zębami rozcięła mu rękę, którą w ostatniej chwili zdołał osłonic gardło i zaczęła ją tarmosić. Napadnięty sięgnął po nóż, który aż po rękojeść wbił w bok drapieżnika. Ten wrzasnął okropnie. Cios był nadzwyczaj celny, trafił prosto w serce. Zwierz resztą sił zamachnął się jeszcze łapą i rozorał pazurami twarz Cree, rzucił się jeszcze parę razy i zwiotczał przewiesiwszy głowę przez jego ramię.
Chłopcy byli jak sparaliżowani, ocknęli się dopiero gdy czerwonoskóry rzekł z lekko kpiącym uśmiechem:

- Czy moi bracia pomogą mi, czy będą tak siedzieć do rana i się gapić.

Zerwali się i sprawnie go opatrzyli. Następnie Pat jako starszy i bardziej doświadczony zabrał się do zdejmowania skóry z ubitego zwierzęcia. Przewodnik mimo rany udzielał mu szczegółowych wskazówek.

Opublikowano

spływały swobodnie na wychudłe jego ramiona - na jego

obwiązana była zakrwawiona- zakrwawionĄ

Jego ciałem wstrząsamy - wstrząsały

szumnie nazywanego-może ''dumnie'' bo szum był linie wcześniej

kazał im płynąc - płynąĆ

spisałeś się Pedro. początkowo były problemy z interpunkcją, przeczytaj to jeszcze parę razy i popraw, ja się na tym nie znam więc mogę źle doradzić. z każdym kolejnym opowiadaniem jest lepiej. czytałem z wielką przyjemnością.

pozdr.

Opublikowano

Bez przesady. Po prostu muzy chwilowo sie do mnie uśmiechnęły. Co do interpunkcji to moge co najwyżej dac to komuś, bo te wszystkie przecinki to dla mnie czarna magia.

Moze już w niedz wrzuce dokończenie tekstu. Niechce sie z tym spieszyc zeby nie obnizy poziomu.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Sam widok oczu byłby dla mnie natchnieniem by znaleźć sens w życiu między naszym spojrzeniem   sama woń perfum dałaby mi nadzieję że bez żadnych słów spotkalibyśmy się w zapachu   samo przytulenie byłoby darem od losu dwojga ciał przeznaczeniem pięknym czarem dotyku   same dźwięki głosu byłyby balsamem w świecie hałasu moim marzeniem   sam spacer za rękę byłby dla mnie Wniebowzięciem a pocałunek cudem na więcej zachłanny nie jestem
    • @Poet Ka   Bardzo dziękuję!  To naprawdę duże słowa. Zależy mi właśnie na tym, żeby tradycja nie była cytatem doczepionym na siłę, tylko czymś, co naturalnie przenika współczesny język - cieszę się, że to widać. Bardzo dziękuję za tak uważne czytanie. Serdecznie pozdrawiam. :) @Wal   Bardzo dziękuję!    Dziękuję - "nieuniknione" to chyba najtrafniejsze słowo, jakie mogłam usłyszeć o tym wierszu. Cieszę się, że to widać. Serdecznie pozdrawiam. :)
    • @Marek.zak1 Chętnie zobaczę, może gdzieś znajdę na YT. Dziękuję :-)
    • Nastał czas deszczu. I deszcz ten… Łzy w swojej obfitości skapują z wielkich fasad kamienic. Z gzymsów i z liści akantu. I z gałęzi jeszcze. I z tych innych, co są splątane ze sobą na wieki…   Spływają kropliście szemrzące strumyki. Szumiące w swojej niemocy. W milczeniu, w swojej skromności nieuchwytnych drżeń.   Płynę, a wraz ze mną ty. Płyniemy cicho na siny skraj. Za las. Za wszelki czas istnienia.   Choć może to tylko ja płynę. Bez ciebie płynę. Choć może…   Nie było nas wiele ze sobą. Pamiętasz? Wiem, że tak było. Ale ja tylko na chwilę. Zobaczyć jak się masz. Ja tu tylko na chwilę. Przelotnie, jak ten deszcz.   A zaraz po mnie jedynie wiatr. Taki lekki powiew wspomnienia na twarzy. I już. Jakby nigdy nic nie było.   Wiesz, ten deszcz dzwoniący (słyszysz jak łka?) skapuje wciąż kropliście i tkliwie. Deszcz we mnie płynący strumieniem kryształowych tchnień. I deszcz ten. I łzy… I ten deszcz odbijający się echem. Idący tryumfalnie jasnym snopem światła. Idący między nas.   Pamiętasz wtedy, kiedy nie było nas?   I mokre plamy na tynku, kiedy przytulam twarz (tu, tu, i tam, i jeszcze tam…) do chropowatej ściany. A na języku...   Na wystawionym, lśniącym i mokrym… Na języku tym okruchy i pył. I łzy... Kiedy całuję mikroskopijne ziarenka kwarcu, smakując je czule jak usta umarłej dawno kochanki.   Kiedy ty. I ty. I tylko ty… W ten deszcz.   W ten czas ułomny. Chwilowy. Zaprzepaszczony. A, co potem? Nic. Tylko przeszłość. Spokojna jak morze. Jak całe niebo… Jak wieczność… Jak my…   (Włodzimierz Zastawniak, 2026-08-02)      
    • @Stary_Kredens   Bardzo dziękuję!    To prawda - choć tyle już o tym napisano, to wzruszenie wraca za każdym razem na nowo, jakby czas nie miał tu żadnego znaczenia. Pozdrawiam serdecznie. @Leszczym   Dziękuję, że tyle o niej napisałeś - to jest dokładnie ten rodzaj obrazu, którego nie da się znaleźć w żadnym archiwum.  Twoja babcia brzmi jak ktoś naprawdę żywy - z honorem, ale i z fantazją, z wymaganiami, którym mało kto mógł sprostać. To chyba bardzo trudne - dorastać obok kogoś, kto mierzy ludzi miarą wojny, kiedy dookoła jest już pokój. Cieszę się, że mogłam choć trochę dotknąć tej historii.   Co do samego Powstania - to pytanie, które historycy do dziś toczą bez jednoznacznej odpowiedzi- decyzja o wybuchu, moment, rachuby polityczne wobec Zachodu , itp. – to wszystko można analizować na chłodno. Ale masz rację, że to nie umniejsza czystości intencji tych, którzy poszli walczyć. Można uznawać decyzję dowództwa za błąd,   (jesteśmy  mądrzy po faktach)  a jednocześnie oddawać cześć ludziom, którzy zapłacili za nią najwyższą cenę. Bo to jest w tym wszystkim najważniejsze.   Pozdrawiam.  @Migrena   Bardzo dziękuję!    Jestem poruszona tym komentarzem. Ująłeś coś, czego sama nie umiałabym tak nazwać - że to nie dziecko zostaje ocalone, tylko "zakonserwowane" w kształcie przedmiotu. To zdanie zostanie ze mną na długo. Dziękuję za tak głębokie czytanie. Serdecznie pozdrawiam.  @Rafael Marius  @Leszek Piotr Laskowski   Bardzo dziękuję! Serdecznie pozdrawiam. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...