Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Już jako dziecko byłem uważany za dziwaka. Ja sam zaś nie miałem nic przeciwko temu. Wiązało się to poniekąd z moją pasją. Były nią dźwięki. Nie jednak zwykła muzyka. O nie, to było coś znacznie poważniejszego. Mianowicie od dziecka interesowałem się przekazywaniem informacji za pomocą dźwięków innych niż ludzka mowa. Rodzice początkowo z pobłażaniem przyglądali się moim eksperymentom, potem jednak ich cierpliwość powoli zaczęła się wyczerpywać. Punktem kulminacyjnym było pewne zdarzenie w przedszkolu, kiedy to zamiast grzecznie powiedzieć: "Nie bedem jeść ziupki!", z całej siły uderzyłem widelcem w talerz. Chciałem wszak wyrazić swoje emocje poprzez dźwięk, nie wypowiadając przy tym żadnego słowa. Zważywszy na to, że widelec pękł na pół, nie muszę chyba dodawać, co stało się z talerzem. Rękę wyjęto mi z gipsu po miesiącu.
Nie ostudziło to jednak mojego zapału do samokształcenia się w umiłowanej dziedzinie. Mając lat siedemnaście, opanowałem do perfekcji sztukę wybijania różnych, skomplikowanych rytmów na podkradanych z kuchni garnkach. I tu osiągnąłem pierwszy sukces - udało mi się nawiązać kontakt. Sąsiedzi odpowiadali mi uderzając w ścianę. Nauczyłem się nawet interpretować ich komunikaty. Kilka krótkich uderzeń oznaczało, że po prostu im przeszkadzam. Jeśli odgłos ten powtarzał się krótkimi seriami przez minutę - chcieli spać albo oglądać telewizję. Jeśli stukanie trwało ponad minutę, szybko udawałem się na długi spacer, by być poza zasięgiem, gdy sąsiadka wpadnie z wizytą. Różniłem się od moich kolegów. Zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie. Podczas, gdy ich rodzice ubolewali, że ich latorośle nie są grzecznymi, ładnie przystrzyżonymi prymusami, moi pragnęli chyba tylko tego, bym zapuścił długie włosy i rzęził na gitarze w jakimś garażu. Żebym był taki, jak inni. "Normalny". Cóż za ironia.
Po ukończeniu studiów na wydziale Agroturystyki (w zasadzie nie było mi to do niczego potrzebne, ale zawsze to wyższe wykształcenie) rozwijałem swoją pasję. Zbiegło się to akurat w czasie ze wzrostem mojej ciekawości odnośnie UFO. Postanowiłem połączyć jedno z drugim, i obiecałem sobie, że nie spocznę, dopóki nie nawiążę kontaktu z Obcymi.
Po kilku latach udało mi się skompletować całą niezbędną aparaturę. Wyposażony w kilkanaście najnowszych procesorów, chłodzony między innymi ciekłym azotem komputer podłączony był do wielkiej, ustawionej za mym oknem anteny. Ta zaś wysyłała w eter generowane przez niego w specjalnym, napisanym przez mojego dobrego znajomego programie ultradźwięki. Cały ten sprzęt pochłaniał jednak bardzo dużo energii. A ja potrzebowałem alternatywnego jej źródła, niepodległości energetycznej, na wypadek, gdyby siadła domowa instalacja. Poradziłem sobie z tym problemem w sposób wręcz genialny w swej prostocie. Zakupiłem kilkadziesiąt sztuk rowerków treningowych. Po odpowiednim złączeniu pedałów mogłem wprawiać w ruch połowę z nich, ćwicząc tylko na jednym. Druga połowa, napędzana siłą moich rąk, zwieszała się z sufitu. Aby zapewnić stały dopływ energii podczas emisji ultradźwięków zacząłem uczęszczać do siłowni. Po paru miesiącach intensywnego treningu, byłem już w stanie pedałować (zarówno nogami, jak i rękami) ponad półtorej godziny. A wszystko to mieściło się w moim mieszkaniu na trzecim piętrze bloku. Pragnę też tutaj zaznaczyć, iż w posiadanie całej tej aparatury wszedłem tylko dzięki własnej ciężkiej pracy, handlowi i wymianom. W każdym razie nie zamierzam opisywać tu szczegółów.
Emitowałem każdego wieczora. Morsem, po angielsku - ktoś u nich powinien chyba zrozumieć. Mój komunikat, brzmiał: "Tu Ziemia. Odezwijcie się". Nic jednak nie wydarzyło się przez dwanaście długich lat. Jakież było moje zdumienie, gdy - coraz słabiej wierząc w genialność mego przedsięwzięcia - otrzymałem wreszcie upragnioną odpowiedź: "Gościu, wpadniemy do ciebie koło północy, ale potem dasz nam już spokój. Pasuje? Aha, jak nadajesz z Polski to z łaski swojej pisz po Polsku, to ułatwia nam pewne procedury". Natychmiast postanowiłem im odpisać: "Pasuje, dobrze". W przypływie euforii popełniłem jednak jeden karygodny błąd: zapomniałem odpowiednio zaprogramować chłodzenie. Chyba nie muszę mówić, co stało się, gdy tak potężna ilość energii skumulowała się w jednym miejscu, bez czegoś, co obniżałoby temperaturę.
Znajomy informatyk wydrukował mi już fałszywe dokumenty, aktualnie ukrywam się w jego domu. Zapuściłem brodę i ogoliłem się na łyso. Jutro wylatuję do Chicago. W sumie spłonęło tylko pół osiedla, jakoś to odbudują, ale czuję, że mogliby żywić do mnie głęboką urazę. O konsekwencjach prawnych nawet już nie wspomnę. Kosmici oczywiście nie przylecieli, bo niespecjalnie było gdzie. Wielka szkoda, było już tak blisko. Nic to, kontakt został nawiązany. Zamierzam to kontynuować. Nie spocznę, dopóki nie zobaczę ich na własne oczy. Ciekawe, jak oni wyglądają?

Opublikowano

Wierz mi, że UFO to nic nadzwyczajnego;)Ale chyba czasem warto mieć coś, na co sie czeka, co można odkryć. Ciekawe, jak dalej potoczyły się losy Twojego bohatera:D Pozdrawiam. UFO

Opublikowano

Drogi Obcy (UFO=): myślę, że bohater tego opowiadanka z czasem postanowi coś jeszcze zrobić/zniszczyć. Jeśli po raz wtóry nawiąże kontakt z UFO (co i ja teraz czynię=), na pewno usłyszymy o tym w Wiadomościach i Strefie 11=).

Kasiu, cóż ja tu mogę napisać: Dzięki=)

Opublikowano

Już jako dziecko, uważano mnie za dziwaka. - byłem uważany za
Nie jednak zwykła muzyka. - SZYK MI SIĘ NIE WIDZI
niepodległości energetycznej - NIEZALEŻNOŚCI
coraz słabiej wierząc w genialność - TRACĄC WIARĘ, WĄTPIĄC
bez niczego, co obniżałoby - BEZ CZEGOŚ, CO
Kontakt z kosmitami ci nie wyszedł, ale tekst - i owszem.
Gdybyś miał powtórzyć eksperyment, nie bądź głupi i nie padałuj sam. Załóż siłownię. Będziesz miał darmową energię, a oprócz tego kasę. Może zarobisz na rakiete? :)

Opublikowano

Już jako dziecko uważano mnie za dziwaka - fakt, racja (chyba=), zmieniam.
Nie jednak zwykła muzyka - szyk właśnie taki być ma=)
Niepodległości energetycznej - zabieg zamierzony, jako, że niepodległość też jest pewną formą niezależności=)
Coraz słabiej wierząc w genialność - czy ja wiem, czy to jest niepoprawne? Owszem, może Twoja wersja brzmi lepiej, ale bohater opowiadania też człowiek=)
Bez niczego, co obniżałoby - jak wyżej, ale tym razem zmieniam=)

Dzięki za rady=)
P.S. A jak bywalcy siłowni mi na-ten-tego, że za drogo? W sumie koszty utrzymania całej pracowni są wysokie. Zawsze trzeba rozważyć też taką ewentualność=)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •     Zaczął duchowo przygotowywać się na skok stulecia, jego głowę wypełniły podniecające scenariusze, o tyle słodsze, o ile dyskretniejsze i głębiej pochowane gdzieś w dziecięcym światku. Karol postawił mur fabryki między sobą a światem dorosłym, tylko po to, żeby móc go własnoręcznie zburzyć, z pozdzieranymi knykciami, obscenicznie przywitać starszych w ich własnym salonie. Myśli te mąciły nastoletnią głowę - jedząc obiad, kończył powtarzać swój rozpoznawczy obchód, w szkolnej ławce szukał najłatwiejszego punktu wejścia (tam fabrykę odznaczał jedynie smukły komin, sterczący na planie osiedla jak kulfon radzieckiego urbanisty) .

          Kiedy przeczołgiwał się pod ogrodzeniem, na początku przenosząc na drugą stronę samą głowę, potem powoli wciągając tors, rozgrzewał wokół siebie przymrozek poranka, ostatecznie wypychając się w całości na drugą stronę falowanej blachy. Karol rozprostował nogi, otrzepał pył ze spodni, a wraz z nim, na placu powstała nowa siła - magnetyzm tego miejsca przestał zdawać się siłą przyciągającą tutaj chłopczyka, wsiąknął w niego samego, jego wibracje czuć można było w rozchodzącym się cieple, w lekkim, elektrycznym, brzęczeniu w uszach, w malutkich wibracjach każdej tkanki, możliwych do wyczucia przy wystarczającym skupieniu (pobudzone w tym momencie krążenie zdało się Karolowi czymś o wiele magiczniejszym), co wszystko składało się na poczucie młodzieńczego zrywu wcześniej jedenastolatkowi nieznanego. Prawie że najniższy w swojej klasie, uczeń piątej klasy szkoły podstawowej zdał się tutaj nadczłowiekiem, członkiem kasty wydzielonej zarówno od dzieci jak i dorosłych, wszystkich trwających w ohydnym bezruchu i bezwiedzy, jednych, pchanych ospale przez życie zwierzęcością, drugich, swoją metafizyką. Drugą siłą, która musiała opanować każdego Ubermenscha, był strach. Jawił się pod postacią lekkiego bólu czy nudności, gdzieś pomiędzy brzuchem a plecami, oznaczał dziwne zatwardzenie w gardle, i szybszy pęd myśli, w tym momencie zdających się jakby zwolnieniem śluz na długo wypełnianym zbiorniku dojrzałości. 

          Pierwszy krok osłupił Karola, jego powaga prowadziła jedynie do strachu - nie dlatego, że był to krok przełomowy, ale dlatego, że jego ciężki, zimowy but z hałasem dotłukł już wcześniej potłuczone szkło. Zaspany gołąb sfrunął gdzieś z wysoka. Post-sowiecki panoptykon wrócił jeszcze na chwilę do włamywacza, tym razem z parą oczu w każdym sąsiednim oknie, co teraz Karol uznał za niezasługujące na krztę jego uwagi. Następny krok był już wartki, jego impet był obietnicą następnego, a następny obietnicą dalszych i dalszych. Elewacja rosła i rosła, aż stanęła na wyciągnięcie ręki. Mały dziewięciolatek w biało-złotej albie instynktownie zadarł w tym momencie głowę do góry, a kościelna wieża, rozsypała się pod jego błyszczącymi bucikami na suchy, ceglany pył. W pobliżu rozległo się bicie dzwonów. Ósma rano. Jakby to był jego sygnał, Karol postawił pierwszą nogę w miejscu wyłamanego okna, i sam nie wiedząc kiedy, znalazł siebie w pustej, industrialnej hali.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...