Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano
Era Wodnika

Było kiedyœ czterech chłopców. Pasjonowali się muzykš tak bardzo, że sami próbowali w niej swoich sił. Spotkali się kiedyœ i zagrali razem kilka piosenek. Wyszło im całkiem nieŸle. Ponieważ nie mieli innych pomysłów, postanowili założyć zespół i grać takš muzykę, jakš lubiš. Jeden z nich powiedział:
- Jeœli się nie uda, spadniemy jak ołowiany sterowiec. Like a led zeppelin.


Era Oddechu Po Bezklasowoœci

Zefir, młody mężczyzna szukał kiedyœ dla siebie i swej rodziny nowego domu. Ponieważ możliwoœci było więcej niż dwie, wybór był trudny. Pewnego dnia, gdy siedział i rozmyœlał, z zadumy wyrwał go dzwonišcy telefon. Podniósł słuchawkę i powiedział:
- Zefir, słucham.
- Witam, moje nazwisko Pejto. Dodzwoniłam się do stacji meteorologicznej?
- Przykro mi pomyłka. – mężczyzna chciał już skończyć rozmowę, lecz nagle coœ go tknęło – Przepraszam, jak pani się nazywa?
- Pejto, dlaczego pan pyta?
- Czy nie pracowała pani przypadkiem kilka lat temu w sklepie na ulicy Tychowskiej? Był tam przez jakiœ czas taki wysoki blondyn…
Przez dłuższš chwilę panowała cisza. Kobieta powoli powiedziała:
- Pracowałam… - przez moment milczała, w końcu prawie krzyknęła – Zefir! To ty? Co u ciebie?
- Tak, to ja… wiesz urodziła nam się niedawno córeczka, nazwaliœmy jš N. i teraz szukamy nowego mieszkania, bo tamto było już za małe.
- Och – westchnęła zaskoczona Pejto – wspaniale się składa. Właœnie mój brat sprzedaje swój dom. Niedaleko Elizjum, œwietna okolica. Dla was obniżyłby cenę.
- To miło, ale żona myœlała o innym miejscu.
- Na pewno dałaby się przekonać. Dom jest duży, w sam raz dla waszej rodzinki. Mówię ci, naprawdę warto!
- Skoro tak mówisz, to porozmawiam z niš – zaskoczony całš sytuacjš Zefir, zawołał żonę.


Era Amerykanokosmopolityzmu

Orfeusz, skończywszy naukę w szkole podstawowej stanšł przed wyborem miejsca dalszej edukacji. Ponieważ większoœć jego znajomych postanowiła uczyć się w gimnazjum nr 4, ze względu na nich, zdecydował się na to samo.
Będšc w drugiej klasie, Orfeusz przechadzał się po wybiegu szkolnym mruczšc melodie swoich ulubionych piosenek. Było póŸne lato, liœcie żółkły, a ranki wstawały coraz chłodniejsze.
- There’s a lady who’s sure all that glitters is gold… – zaczšł cicho nucić myœlšc, że jest sam. Otworzył już usta, by zaœpiewać dalszy cišg, gdy nagle usłyszał za sobš wyręczajšcy go głos:
- … and she’s buying a stairway to heaven.
Zaniemówił. Poczuł się głupio, zastanawiał się chwilę co zrobić. W końcu nie odwracajšc się zanucił kolejne wersy:
- When she gets there she knows, if the stores are all closed with a word she can get what she came for… - zatrzymał się, chcšc sprawdzić, czy nieznajoma osoba znowu doœpiewa koniec.
- …Ooh, ooh, and she’s buying a stairway to heaven.
Orfeusz odwrócił się. Zobaczył młodš dziewczynę. Była mniej więcej tego samego wzrostu, co on, miała długie złociste włosy i jasne oczy. Uœmiechała się i patrzyła na niego przyjacielsko.
- Czeœć. Słuchasz Zeppelinów? – spytała.
- Tak. Ty też?
- Dopiero ich odkryłam – odpowiedziała uœmiechajšc się jeszcze bardziej – masz jakieœ ich płyty?
- Wszystkie. – odparł Orfeusz. Dziewczynie rozœwietliły się oczy.
- Mógłbyœ mi przegrać kilka ich płyt?
- A ile? I jakie? – chłopaka coraz bardziej bawiła cała sytuacja.
- Wiesz, ile chcesz i jakie chcesz. Jeszcze prawie w ogóle ich nie znam.
- Dobra, na jutro ci przyniosę – powiedział niewiele myœlšc. Po chwili zapytał – Jak się nazywasz?
- N. a ty?
- Orfeusz – odrzekł i pomyœlał, że dziewczyna ma piękne imię.
- Ładnie… to do jutra.
Odwróciła się i powoli odeszła. Chłopak patrzył na niš, dopóki nie weszła do szkoły.
Tego dnia jedna z nauczycielek była chora, więc Orfeusz skończył wczeœniej lekcje. Zdšżył na wczeœniejszy autobus i pojechał do sklepu z czystymi płytami. Kupił tyle, na ile było go stać. W domu wybrał kilka najlepszych wg niego albumów Led Zeppelin i przegrał je.
Następnego dnia, N. na niego czekała. Dał jej płyty i trochę o nich powiedział. Dowiedział się przy okazji, że dziewczyna jest o rok od niego starsza. Chciał porozmawiać z niš trochę więcej, ale przeszkodziła mu wrodzona nieœmiałoœć. Pożegnał się więc i poszedł na lekcje. Idšc odwrócił się. Zobaczył N. wkładajšcš płyty do plecaka i uœmiechajšcš się. Œliczny uœmiech – pomyœlał.

Orfeusz widywał dziewczynę w szkole, nigdy jednak nie odważył się do niej zagadać. Nie mógł jednak o niej zapomnieć, toteż uważnie jš obserwował. Dowiedział się na jakim przystanku autobusowym wysiada - był on po drodze do niego do domu.
Czas mijał, nadeszła zima, potem wiosna, upragnione lato i ostatni dzień roku szkolnego. Tego dnia Orfeusz był jednak przygnębiony. Wiedział, że N. kończy gimnazjum i teraz już nawet nie będzie jej widywał. Uznał, że takie jest życie i starał się o tym nie myœleć.

Kolejny rok minšł szybko. Chłopak spotkał N. jeszcze trzy razy, ona jednak nigdy go nie widziała. Bardzo dużo o niej myœlał, wielokrotnie jeŸdził rowerem w okolicy jej przystanku autobusowego w nadziei, że jš zobaczy. Poczštkowe zainteresowanie przerodziło się w obsesję. Wpadł na pomysł odwiedzania każdego domu w okolicy tak, by w końcu trafić na niš. Zaczšłby realizować ów pomysł, gdyby nie to, że nadszedł czas wyboru kolejnej drogi w nauce. Orfeusz stanšł przed dylematem. Większoœć jego znajomych wybierała się do liceum im. Sofrozyny. On jednak na tyle nie lubił języka niemieckiego, którego musiałby się tam uczyć, że postanowił za żadne skarby tam nie iœć. Zdecydował się na jedyne liceum w okolicy, gdzie mógł uczyć się jakiegoœ innego języka. Mniej więcej w tym czasie założył sobie w domu Internet. Był zachwycony nowymi możliwoœciami, jakie się przed nim otworzyły. Od razu w jego głowie pojawił się plan. Wyszukał w sieci wszystkie imienniczki N. mieszkajšce w Mieœcie i majšce tyle lat co ona. Ułożył ich listę i po kolei zagadywał każdš z nich. Miał jeden cel – odnaleŸć dziewczynę, której nagrywał płyty. Nie zrażał się niepowodzeniami, po około miesišcu myœlał, że odnalazł N. Opisała siebie jako długowłosš blondynkę. Słuchała Led Zeppelin i mieszkała w odpowiedniej okolicy. Zaczšł z niš rozmawiać. Uznał, że lepiej nie mówić jej na razie kim jest.

O swojej pomyłce dowiedział się dopiero, kiedy po dwóch tygodniach internetowej znajomoœci, dziewczyna wysłała mu swoje zdjęcie. Gdy jš ujrzał załamał się. To nie była N.. Orfeusz stracił nadzieję. Nie szukał już dalej, przestał wierzyć, że jš odnajdzie. Pogršżył się w beznadziei. Pewnego jesiennego dnia napisał do niego stary znajomy, Hermes. Rozmawiali trochę o starych, dobrych czasach gimnazjalnych. Potem Hermes podał mu szeœciocyfrowy numer. I na tym rozmowa się skończyła.

Orfeusz sprawdził numer na swej liœcie N.. Był kolejnym numerem po pomyłkowym, tym, przez który utracił nadzieję na odszukanie znajomej. Wysłał na ten numer wiadomoœć, zwykłe przywitanie. Chwilę potem otrzymał odpowiedŸ. Zaczšł rozmawiać, bez większych nadziei i bardzo ostrożnie. Już po kilkunastu minutach był pewien, że…

Gdy po jakimœ czasie dziewczyna odkryła tożsamoœć rozmówcy, nie kryła zaskoczenia. Orfeusz czuł się niezwykle, jakby sięgnšł niebios, jakby doœwiadczył cudu. Wszystko wokół nabrało nowego sensu i nowego znaczenia. Czuł w sobie nieznanš mu wczeœniej siłę. Odnalezienie N. było celem jego życia, czymœ do czego dšżył, spełnieniem wszystkiego o czym marzył. Sam nie mógł uwierzyć w to, że się udało. Dzień, w którym narodził się na nowo, zapamiętał na całe życie. Stało się to dla niego œwięto ważniejsze niż wiele innych, hucznie przez niego wczeœniej obchodzonych.

Rozmawiali o wszystkim. Okazało się, że N. ma chłopaka. Ale przecież nie o to chodziło Orfeuszowi. Sama znajomoœć i możliwoœć rozmowy były cudowne. Dowiedział się, że N. mieszka niedaleko niego, w Elizjum, gdzie przeprowadzili się jej rodzice niedługo po jej narodzinach. I że na bierzmowanie wybrała imię Philia. Dziewczyna była dokładnie taka, jakš sobie wyobrażał. Inteligentna, wrażliwa, z artystycznš duszš, lubišca naturę… Rozmawiali ze sobš przez Internet długo, poznajšc nawzajem swe wnętrza.

Mniej więcej w tym czasie Orfeusz poznał Afrodytę. Postanowił zbliżyć się do niej, bynajmniej nie w sensie przyjacielskim. Lubił z niš przebywać, wydawałoby się, że wszystko toczy się najlepiej jak tylko może. Miał nadzieje, że i tym razem mu się uda.
Pewnego zimowego dnia rozmawiali w ten sposób:
- Tego roku będę miała bierzmowanie.
- Hm – mruknšł chłopak – jakie imię wybierasz?
- Jeszcze nie wiem. Waham się między Temidš a Hybris.
- Temida chyba lepiej do ciebie pasuje – powiedział niepewnie.
- Myœlę, że oba imiona œwietnie do mnie pasujš.
Spojrzał na niš badawczo. Rozmowa toczyła się dalej, była jednak już ich ostatniš. Tego dnia Orfeusz napisał:

płaczę
nie mów żebym przestał
wybrała innego

nie mów że nie próbowałem
bo robiłem to
najlepiej jak potrafiłem
ale
wybrała innego


Chłopak stracił nadzieję i cały œwiat rozsypał się na drobne kawałki. Wieczorem siedział w swoim pokoju pytajšc Boga szeptem: dlaczego? dlaczego? dlaczego... Chciał z kimœ o tym porozmawiać. Próbował z jednym z rówieœników, Momosem. Ten znudzony rzekł:
- Luz Marian, nie zamulaj. Co to, jest jedna foka na œwiecie? ChodŸ, jest melanż dzisiaj, wyrwij jakšœ laskę i jazda…
Orfeusz nie odpowiedział. Próbował porozmawiać o tym z kimœ dorosłym i doœwiadczonym. Słowem, z Megajrš. Wyjaœnił wszystko i usłyszał:
- Uczucie przejawiajšce się w relacjach do drugiej osoby płci odmiennej jest tymczasowe i niestałe. Bycie z kimœ dłużej jest awykonalne. Zajmowanie takimi sprawami centralnej częœci oœrodkowego układu nerwowego jest wprost proporcjonalne do zmniejszenia czynnoœci umysłowych dotyczšcych nauki. Lepiej powtórzmy fizykę: dlaczego w teoriach supersymetrycznych nieskończona dodatnia energia fluktuacji bozonowych w stanie podstawowym kompensuje nieskończonš ujemnš energię fluktuacji fermionowych?
Orfeusz ponownie milczał. W końcu o swoim problemie opowiedział N.. Wtedy ona rzekła:
- Spotkajmy się jutro i porozmawiajmy, proszę. Na dworcu o 17.
Niewiele myœlšc zgodził się.

Kolejny dzień był mroŸny. Orfeusz nagle zdał sobie sprawę, że jest œrodek zimy. Wszedł na peron i powoli otworzył drzwi prowadzšce do œrodka dworca. Zobaczył stojšcš tyłem N.. Odwróciła się. Spojrzeli sobie w oczy. Przypomniał mu się jej wzrok sprzed prawie dwóch lat, gdy uœmiechała się wkładajšc płyty do plecaka. Podszedł do niej. Przytulili się w milczeniu. Zaczęli rozmawiać. Na poczštku cicho, nieœmiało. Potem coraz swobodniej. Spacerowali po parku patrzšc na wolno roztapiajšcy się œnieg. Chłopak zerwał pierwszy przebiœnieg i dał N.. Wiedział już, że to było mu potrzebne. I był szczęœliwy. W pewnym momencie rozległ się telefon Orfeusza. Dzwonił jego ojciec, Chronos. Chłopak nie odebrał, ale wiedział, że spotkanie dobiegło końca. Na pożegnanie znowu się przytulili. N. wyszeptała: pamiętaj, że jestem.

Orfeusz starał się zapomnieć o Afrodycie. Wiedział, że tak naprawdę ona niewiele znaczyła. Doszedł do wniosku, że bycie przy niej nie dawałoby mu tak wiele radoœci jak przyjaŸń z N.

N. stała się jego najlepszš przyjaciółkš. Jego muzš, jego natchnieniem. W trudnych chwilach wspierali się, w radosnych wspólnie się cieszyli. Pokochali się czystš miłoœciš. Zaczęli zwracać się do siebie: bracie i siostro. Jednak w każdej przyjaŸni przychodzš chwile niezrozumienia. Pewnego letniego dnia pokłócili się. Trudno nawet powiedzieć o co. Gdy minęła złoœć, Orfeusz poczuł żal. Nie mógł zrozumieć dlaczego się tak się stało. Czy w prawdziwej przyjaŸni to się zdarza? A może ich przyjaŸń była tylko złudzeniem? Dręczyło go wiele wštpliwoœci. Gdyby nie przyjacielska miłoœć, jakš czuł do N., chciałby zakończyć znajomoœć. Ale jego uczucie cišgle dawało mu wiarę i nadzieję, że wszystko było pomyłkš, i że wszystko da się jeszcze naprawić. Postanowił przeprosić jš bez względu na to kto bardziej zawinił. Chciał zrobić to w jakiœ wyjštkowy sposób. Gdy zastanawiał się w jaki, w głowie pojawiła się mu nieznana melodia. Zanucił jš cicho. Nie mógł już wyrzucić jej z głowy. Wtedy wpadł na pomysł stworzenia dla N. piosenki. Wzišł jeden ze swych wierszy, napisanych do N. i zaœpiewał go na wymyœlonš melodię. Pasowało idealnie.

Kilka dni póŸniej piosenka była gotowa. N. usłyszała jej słowa, jej melodię i w jednej chwili niezrozumienie zniknęło. Poczuła tylko głębokš, prawdziwš przyjaŸń i szczerš radoœć. Wiedziała już, że będš przyjaciółmi na zawsze.

Jakiœ czas potem Orfeusz grał w karty ze swym znajomym Momosem. Wygrał pięć razy z rzędu nie wymieniajšc ani jednej karty. Momos rzekł zniesmaczony:
- Albo, kurde ktoœ kantuje, albo, kurde ja jestem George Bush. Pięć razy to się, kurde w pale nie mieœci!
- Zdarza się… - powiedział chłopak.
- Kurde, ale przypadek… ale dlaczego? Kurde, dlaczego chociaż raz nie mogę wygrać?
Orfeusz uœmiechnšł się.
- W chwili, gdy odrzucisz przypadek, na zawsze przestaniesz pytać. – rzekł cicho.
Wstał od gry i powoli odszedł nucšc: There’s a lady who’s sure all that glitters is gold and she’s buying a stairway to heaven.
Opublikowano

czytając myślałam sobie: "szkolniackie" :P
co najdziwniejsze, nie znalazłam chyba żadnego błędu, pomijając drobiazgi stylistyczne, dozwolone w wypracowaniu szkolnym ;)
w mitologi kocham tylko Morfeusza, za to jest +
i jeszcze za to, że opowiadanko fajniutkie

Opublikowano

Przyjemna historyjka, fajnie się czytało, chociaż szkoda ,że tylko przyjaciele, aż chciało by się kontynuacji, jakiegoś demonicznego romansu, lub romantycznego....

wole fantazji jak i dezyzji zostawiam autorowi

nisko się kłaniam i pozdrawiam

Opublikowano

przy wytłuszczeniu i kursywie muszą być nawiasy kwadratowe.

znam Cię trochę z forum poetyckiego i poznaję tutaj kilka faktów, o których tam pisałeś (N., jęz. niemiecki). więc jeżeli to prawdziwa historia, to spisana bez zarzutu.

Era Oddechu Po Bezklasowości - dialog w tym rozdziale wydaje się trochę naciągnięty, popatrz dokłądniej, za szybko się to wsyzstko dzieje.

pozdr.

Opublikowano

Hmm... a więc to tym byłeś zajęty wczoraj wieczorem?
Na tyle, na ile Cię znam, mogę powiedzieć, że rzeczywiście dużo w tym Ciebie... Fajna historia; cieszę się z takiego zakończenia.

buzi

ps."odrzekł i pomyślał, że dziewczyna ma piękne imię" - piękne, a jakże!:D

Opublikowano

Arku, widzę że jesteś wszechstronny; zarówno w poezji jak i w prozie sobie dobrze radzisz :).
opowiadanko bardzo ciekawe, cóż miałam nadzieję na bardziej optymistyczne zakończenie, ale to chyba efekt czytania zbyt wielu książek o miłości z happy endem.
W tym wypadku end jest nadzwyczaj realistyczny; przecież w życiu rzadko mamy do czynienia z idealnymi zakończeniami i odwzajemnioną miłością .
duży +

pozdrawiam serdecznie Espena Sway :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...