Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

gdy odtajam przed sobą moje myśli, zalewają mnie całego, całując mi członki.

prawdy są nagie i bezwstydne w swoim braku wstydu. umieram codzień ze stra-

chu w ramach jakiejś ewolucyjnej normalizacji ilości szczęśliwych ludzi na metr

kwadratowy, odpuszczam sobie tlen, przekłuwam balon wiary niezmiennie. głębiej

głębiej! w rutynowe, pogrzebowe czynności! bym nigdy się nie ruszył z fotela i ka-

napy by życie było jednym dobrym zbiciem konia z powodu nadmiernych ambicji

uniwersalnie wszechludzkiego pragnienia rozpłynięcia sie w małej-wielkiej Miłości.

i zaznania czegoś więcej, niż toponością młotu pneumatycznego wbijające się

w plecy, przez zaciskanie zębów objawiające frustracje. gdy natura mózg stawia-

ją opór mówiąc Nie! czyniąc z tego zycia fuszerkę sfuszerowaną tragedię z holo-

gramowymi problemami i prawdziwą Śmiercią stępioną zagniecioną jak bulgocąca

w dłoniach lepka plastelina

wyskrobaną z zimnego łona grobu

czekającą

chyba na powrót dinozaurów mamutów małpoludzi i kolejną świeżą dostawę tlenu do żył

Wchechświata....

Opublikowano

od pewnego czasu zastanawiam się gdzie w tworzeniu jest granica normalności i kompletnego ześwirowania i jak bardzo trzeba stać się świrem, żeby móc tworzyć.

Nie udzieliłeś mi na to odpowiedzi...ale już jestem bardzo blisko.
Nie podobało mi się.

aha i jeszcze fuszerka, sfuszerowała obok siebie stoi i fatalnie to brzmi...

Opublikowano

Szanowny Marku!!! Wyczuwam w tym tekście potrzebę przywalenia konwencji. Sądzę, że jeśli popracujesz nad techniką (z tym i ja mam problemy), to uczynisz tok swej wypowiedzi bardziej wyrazistym, bym ja - skromny czytelnik - mógł się wgryźć lepiej w twój sposób rozumowania. Uległem delikatnej hipnozie, ale chciałbym zostać doszczętnie zmiażdżony;) Czekam na kolejne teksty:)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...