Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Siedziała w milczeniu z przymkniętymi oczami, wyglądała jakby spała. Marek z zachwytem przyglądał się jej niewinnej twarzy i delikatnym powiekom. Usłyszała jego oddech i otworzyła oczy a po jej policzkach popłynęły łzy. Smutne oczy obojętnie patrzyły na chłopaka, przez jej głowę przelatywało milion myśli, ale nie mogła znaleźć tej właściwej. Nie wiedziała co powiedzieć, po chwili swoim anielskim głosem wyszeptała:
- Przytul mnie!
Jednak Marek ani drgnął, stał w bezruchu i dalej przyglądał się Monice. Jego wzrok stał się surowy i gniewny. Dziewczynie pod jego wpływem zadrżało serce. Zdawała sobie sprawę, że zraniła czyjeś uczucia, zadała cios ten, który najbardziej boli.
- To wszystko twoja wina! – prawie wykrzyczał Marek
Jego głos był poważny ale słychać było w nim drżenie i niepewność. Zmarszczył czoło, a jego oczy stały się bez wyrazu. Monika nie mogła z nich nic wyczytać. Przewidywała najgorsze, ale w głębi duszy ukryte było ziarenko nadziei. Nadziei, która pozwalała jej przetrwać w bezsenne, pełne bólu noce i samotne zimowe wieczory. Odkąd rozstała się z Markiem nie mogła normalnie żyć. Był dla niej jak tlen, jak woda dla usychającego kwiatka, jak skrzydła dla anioła. Dla Marka Monika była najważniejsza, tam gdzie ona była świeciło słońce. Nazywał ją swoim aniołem, swoim światełkiem. Wydawali się nierozłączni.
W kominku słabo tlił się ogień, wygasał tak jak nadzieja. Nie musieli nic mówić wszystko wydawało się jasne na tle ciemnego pokoju. W takiej sytuacji liczyły się bezwzględne fakty a na drugi plan zeszły uczucia, obietnice i pragnienia. Monika zdradziła. Pod wpływem chwili, alkoholu, przypływu negatywnych emocji przekreśliła swoje jego życie.

Nigdy nie była rozsądna. Marek często przyrównywał ją do anioła. Była roztrzepana jak skrzydła a zarazem piękna i niewinna jak aniołek. Ale za to właśnie ją kochał. Monika często wpadała w kłopoty a Marek niewidzialną ręką pomagał się jej wydostać i znowu razem byli w niebie.
Gdy odnieśli jakiś sukces czuli się dumni. Oboje delikatni i wrażliwi. Złączył ich los, dobrze znali życie. Wiedzieli co znaczą noce pełne strachu, a później te samotne. Oboje wychowali się w domu dziecka. Piaskownica, ławka szkolna, wspólny pokój to wszystko ich łączyło. Wraz z otrzymaniem świadectwa maturalnego ich drogi się rozeszły. Oboje chcieli uciec od wspomnień, od siebie, zacząć wszystko od początku.
Spotkali się po dwóch latach. Dorośli, z planami na przyszłość, ale bez siebie, bez drugiej połówki. Szli w przeciwne strony, ale w końcu ich drogi się złączyły i dalej podążali razem. Nie wiedzieli gdzie zajdą, nie chcieli wiedzieć, było im dobrze. Wydawało się, że nic nie może przerwać więzów, grubych, niewidzialnych sznurów, które ich łączyły. Mieli po jednym skrzydle, a żeby coś osiągnąć potrzebne są dwa.

Dla Marka nie liczyły się przeprosiny, to że Monika żałowała, zapewniała o swojej miłości, bo on czuł się jakby ktoś odciął mu to skrzydło.
Monika była w ciąży, ale Marek nie był ojcem. Nie chciała dziecka, nie teraz, nie z innym mężczyzną. Bała się, że nie zdoła być matką i jej dziecko spotka taki los jak ją.
Tym razem chciała sama rozwiązać ten problem. Bez drugiej połówki z góry była skazana na porażkę.
W prymitywnym gabinecie dokonała zabiegu aborcji. Za pieniądze przeznaczone na wspólne wakacje kupiła śmierć dla niewinnego dziecka. .
Teraz było już po wszystkim.
Marek powiedział jej gorzkie słowa prawdy. Z oczu Moniki popłynęły gęste łzy. Jej usta drżały, cała drżała . Przez płacz i zaciśnięte zęby wypowiedziała kilka niezrozumiałych słów. W głębi duszy Markowi zrobiło się jej żal, chciał usiąść przy niej i ją pocieszyć ale to tkwiło za głęboko. Wyjechał na zawsze i nawet się nie pożegnał. Płacz Moniki towarzyszył mu przez całą podróż. Podążał za nim jak niewidzialna siła, która chciała aby zawrócił.
Monika zamknęła się w sobie. Myślała o samobójstwie ale była na to zbyt słaba i zbyt silna jednocześnie. Przy życiu utrzymywało ją ziarenko nadziei, które mimo wszystko zostało gdzieś głęboko w środku.
Mijał dzień za dniem i nic się nie zmieniło. Mroźna zima szybko przemieniła się w ciepłą wiosnę, a ta równie szybko minęła pozostawiając upalne lato. Monika chciała gdzieś wyjechać, zapomnieć, ale zamiast tego trafiła do szpitala. Już jakiś czas czuła się gorzej. Była słaba i zrezygnowana, ale myślała, że to skutki trybu życia jaki prowadzi.
Dowiedziała się, że umiera, ale nie zrobiło to na niej większego wrażenia. Było jej to obojętne. Nie wierzyła w Boga, ale czuła, że Ktoś nią kieruje. Jej życie układało się wbrew jej woli. I teraz wiedział, że o jej życiu znowu zadecyduje ten Ktoś. Wszystko odmieniło się gdy Monika dowiedziała się, że jej choroba jest skutkiem źle przeprowadzonej aborcji. Znienawidziła siebie jeszcze bardziej i to ziarenko nadziei nagle znikło z jej serca.
Do Marka doszła informacja o ciężkim stanie Moniki. On, w przeciwieństwie do niej, próbował ułożyć sobie życie ale nie udało mu się. Ciągle nie mógł zapomnieć. Z każdym dniem tęsknił coraz bardziej, ciągle kochał. Kochał całym sobą. Chciał wrócić, ale jego wrodzona duma i upór powstrzymywały go. Nie radził sobie sam, brakowało mu tej drugiej połowy, która go uzupełniała. Za późno zrozumiał, że już dawno wybaczył Monice, a żal czuł nie do niej a do siebie.
Wrócił. Poszedł do Moniki, oboje spojrzeli sobie głęboko w oczy i jak zwykle nie musieli nic mówić. Rozmawiali spojrzeniem. Długo wpatrywali się w swoje dusze, aż jedno z nich przerwało ”rozmowę”, zamknęło oczy. Na zawsze.
Marek nie był w stanie nic powiedzieć, nawet nie płakał. Czuł jakby umarła w nim jakaś cząstka. Byli całością, która nagle rozpadła się. Dla Marka życie straciło sens. On zawsze silny, gotowy do walki poddał się. Wybrał najprostszą drogę, na dno. Chciał skoczyć i skoczył. Długo spadał, powstrzymywany jakąś siłą, ale udało mu się. Zabrakło drugiego skrzydła, które pomogło by mu wzbić się w górę. Tak jak zraniony ptak (anioł) spadł i już nie powstał.
- Aniołów już nie ma!!! – krzyczał spadając

Opublikowano

Dla mnie to jeden wielki banał! On patrzył na nią z zachwytem, ona płakała obojętnymi oczami, on jej nie przytulił, a ja prawie zwymiotowałem. Sorry ale to nie dla mnie. Poza tym za dużo tu aniołów – pulchniutkich, różowiutkich, cherubinków, ze swoimi ziarenkami. Z niepokoju drżę, ile tak jeszcze można. Chyba warto pomyśleć o zrobieniu forum – Miłość, Banały i ich nieudolne połączenia. Pozdrawiam. I radze zmienić zawartość biblioteczki, na coś ambitniejszego.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • II.
      Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!)

      Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach,
      Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie!
      Rama mnie bach, spodnie w piach,
      Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził!

      Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB,
      Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg…

      — Wujek Wołodia?
      — Wujek Wołodia!
      Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby mi!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig!
      Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi!


      Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub.
      A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób!
      Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha!
      Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha),
      kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub!

      Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić!
      Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić!

      — Wujek Wołodia?
      — Wujek Wołodia!
      Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby mi!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig!
      Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi!


      Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny!
      Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny!

      Wujku Wołodia, d dokręć śruby!
      Wujku Wołodia, d, dokręć śruby!
      Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud,
      Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi!

      Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub!
      Wujku Wołodia, kręć aż po sam....
      Grób!

      III.
      [...]
      „To minie, jak nad Moskwą majowa burza”

      Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa
      Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy,
      Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach!
      Jak korytarze ponure Łubianki,

      Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr,
      Jak niesforna sfora federalnych majorów,
      Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz,
      Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu...

      To na pewno minie,
      Minie jak zły sen!

      Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb,
      Ślady na dłoni rażonej paralizatorem,
      Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb,
      Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora!

      W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los?
      Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko
      Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb...

      Uwierz mi, to też minie!

      Jak swastyka Ruskiego Mira,
      I dym pożarów niesiony przez wiatr,
      Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera,
      I policyjna suka nabita dziećmi po dach!

      I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow,
      Paragraf 228 i kocioł o piątej,
      I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący,
      Gazując kobiety, chłopców i brzdące...

      To wszystko minie jak inne miesiące:
      Jak grudzień, styczeń, luty, maj…
      Minie, bez wątpienia minie!
      Na razie w to im graj
      Ale to ich już ostatnie pląsy!

      Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb,
      Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora,
      Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb,
      Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora!

      Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz!
      Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę;
      Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp,
      A dziś milczy jak grób:
      Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup !
      Wszystko kiedyś minie!

      I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram,
      A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu,
      Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak,
      I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg…

      W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los?
      Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę
      Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd!

      Uwierz mi, to też minie!
      To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie,
      Za godzinę, za chwilę…
      To wszystko minie!

      IV.
      Hm                                            H7
      Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:
                  Em                                  F♯7
      Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,
                 Hm                  A7               G
      Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…
                  Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm
      Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat.

      Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu,
      Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu,
      Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad.
      Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw

      Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść:
      Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu...
      Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest:
      Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu –

      Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu?
      I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu?

      Edytowane przez Michał Pawica (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...