Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

I to juz ostatnia porcja Kratków. Wszystkim wiernym czytelnikom dziękuję. TYm , którzy mają ochotę i skontaktują sie ze mną na e-mail [email protected] prześlę całość w jednym kawałku.

Chcę wydać pierwszą wersję kratka jako e-booka ale nie wiele się na tym znam. Może ktoś pomoże? Będę wdzięczny.
Pozdrawiam
EW


Przychodzi Kratek do lekarza


13. listopad, godz. 13.00

Poczekalnia przed izbą przyjęć jest pusta. Cieszy to Pana Kratka. Nie lubi czekać. Nie lubi też lekarskich poczekalni z ich duszną atmosferą cierpienia, strachu i odoru środków dezynfekujących. Puka do gabinetu lekarskiego. Nikt nie odpowiada. Dyskretnie uchyla drzwi. W gabinecie dwaj lekarze rozgrywają partię szachów.
– Można? – pyta Pan Kratek
– Można. – odpowiada ten, który siedzi twarzą do Pana Kratka. – Ale po co?
– Gips – wskazuje na nogę Pan Kratek. – Dziś mam termin zdjęcia gipsu.
– Gazet pan nie czyta?
– Nie.
– Widzisz. Mówiłem ci – ten siedzący twarzą do Pana Kratka zwraca się do siedzącego tyłem. – Ludzie popadają we wtórny analfabetyzm. Nawet już gazet nie czytają.
– Ja też nie czytam. – mówi ten drugi. – Dzisiaj gazety wyglądają jak raporty policyjne. Po przeczytaniu boisz się wyjść na ulicę, bo albo cię okradną, albo zabiją albo wsadzą. Dawniej, jak brałeś gazetę, to wiedziałeś, że podnosi się wydajność, kraj rośnie w siłę, ludzie żyją dostatniej. A teraz?
– Teraz piszą prawdę - nieśmiało wtrącił Pan Kratek.
– Pan jeszcze tutaj?
– Tak. Bo ten gips.
– Na ten rok skończyły się limity. Proszę przyjść w następnym.
– Za dwa miesiące?
– Niecałe dwa, mamy już połowę listopada.
– Ale, przecież....
– Przecież kolega już Panu powiedział. Nie mamy limitów.
– Nie możecie mnie zostawić w tym gipsie, przecież moja noga...
– Dobrze pan to ujął. Noga jest pańska, a limity nasze. Twój ruch.
– Hetman bije konia.
– To nieprzyzwoite. Przychodzi facet i chce żebym dla jednej nogi, w dodatku w gipsie, ryzykował pracę. Naraził swoją karierę na szwank a rodzinę na ubóstwo. Co ty na to?
– Ciekawy ruch. To ja tak.
– A teraz koń bije gońca.
– Co z tym katarem?
– Nie mam kataru. – odpowiada zdziwiony pytaniem Pan Kratek.
– Co mnie pański katar? Nie widzi pan, że rozmawiam z kolegą.
– Nic nie wiem o katarze.
Pan Kratek wpada w osłupienie. Po raz pierwszy widzi lekarza, który nie wie nic o katarze.
– Nie dostałeś zaproszenia? Ta firma, która wypuściła na rynek „Gripowix C – bis – ultra” organizuje tygodniową konferencję na temat przeziębień. Właśnie w Katarze.
– Sprytnie to wymyślili.
– To taki chwyt marketingowy. A lek wyśmienity.
– Zaprosili cię?
– Tak, dziś dostałem zaproszenie pocztą.
– Muszę sprawdzić, może przysłali mi do domu. Zawsze przysyłali.
– Może nie wyrobiłeś normy?
– Niemożliwe. Przecież wszystkim zapisuję ten ich szajs.
Pan Kratek nie nadąża za tokiem wysoce specjalistycznej dysputy. Aby nie czuć się outsiderem i nie popaść dodatkowo w depresję (leki antydepresyjne po ostatniej reformie reformy służby zdrowia, w trosce o budżet, prze-stały być refundowane), wycofuje się po angielsku.

13. listopad, godz. 19.00

Przed przychodnią, którą kieruje doktor Judym, potomek popularnej niegdyś postaci literackiej, kłębi się tłum pacjentów. Wśród nich jest również Pan Kratek.

13. listopad, godz. 23.30

Pan Kratek moczy w misce nogę szczęśliwie przez doktora Judyma uwolnioną z gipsu.

14. listopad, godz. 7.00

Pan Kratek czyta gazetę.

KONIEC LEKARSKIEJ OŚMIORNICY
W nocy policja aresztowała doktora J., który przekroczywszy wielokrotnie limity przyjęć naraził Skarb Państwa na wielomilionowe straty. Podczas przesłuchania podejrzany przyznał się do winy. Wskazał też swojego wspólnika, greckiego lekarza Hipokratesa. Fakt, że łączyła ich przysięga, dowodzi, zdaniem prokuratora prowadzącego śledztwo, że mamy do czynienia z tajną organizacją przestępczą o charakterze międzynarodowym.
W sprawie Hipokratesa nasze władze przekazały wszystkie, zgromadzone w trakcie śledztwa, materiały greckim organom ścigania.

Pan Kratek drze podpisane przez Judyma skierowanie na rehabilitację. Woli zapłacić prywatnie niż być zamieszanym w aferę.

15. listopad
Gazeta podaje kolejne rewelacje.

FAŁSZYWE ZEZNANIA DOKTORA J.
Grecy są oburzeni pomówieniami, jakich dopuścił się w swych zeznaniach dr J.
Jak donosi nasz korespondent z Aten, grecki minister sprawiedliwości poinformował, że lekarz o nazwisku Hipokrates został zidentyfikowany. Nie ma jednak nic wspólnego z aferą lekarskiej ośmiornicy. Zmarł bowiem dawno i jak wynika z zebranych, w toku sta-rannie prowadzonego śledztwa, materiałów, nigdy za życia nie kontaktował się z dr J.

Pan Kratek nie może wyjść z podziwu nad jakością prywatnych usług medycznych.

20. listopad

Gazeta.

SOLIDARNI W PROTEŚCIE
W związku z kontrowersyjną publikacją Autora, który, dla uniknięcia odpowiedzialności, posłużył się literacką formą, by szkalować służbę zdrowia, wpłynął do nas protest, podpisany solidarnie przez wszystkie zawodowe organizacje lekarzy. Oto jego teść:
Środowisko lekarzy jest do głębi oburzone sposobem, w jaki pokazał je Autor. Przed-stawieni przez niego bohaterowie nie reprezentują nas, oddanych sprawie zdrowia pacjentów, lekarzy oraz pielęgniarek, położnych i personelu pomocniczego, o którym autor nawet nie wspomniał.
Mimo trudnej sytuacji służby zdrowia, zawsze gotowi jesteśmy być do dyspozycji naszych pacjentów. Żadne limity nie powstrzymają nas przed niesieniem pomocy osobom potrzebującym.
Domagamy się od autora odwołania kalumnii i publicznych przeprosin.

21. listopad
Znany ze swego bezkompromisowego stosunku do obowiązku przestrzegania prawa, autor uznaje oświadczenie organizacji lekarskich o nieprzestrzeganiu limitów za publiczne przyznanie się do łamania obowiązujących przepisów, popieranie działań bezprawnych, a nawet podżeganie do przestępstwa i składa stosowne doniesienie do prokuratury. Do posła ze swego okręgu zwra-ca się zaś z apelem, aby ten, w obliczu degrengolady, jakiej uległo środowisko lekarskie, wniósł do laski marszałkowskiej, w trybie pilnym, projekt ustawy o lustracji w służbie zdrowia. Jednocześnie proponuje, by na czele komisji lu-stracyjnej stanęli jego bohaterowie.

Następnie
1. Prasa, po wnikliwym dziennikarskim śledztwie, ujawnia grupę trzymającą władzę, w której Autor i jego bohaterowie pełnią niepoślednią, choć starannie przed opinią publiczną skrywaną, rolę.
2. Posłowie prowadzą dochodzenie.
3. Prokuratorzy prowadzą własną politykę.
4. Powołana w tej sprawie komisja śledcza przedstawia szereg wykluczających się nawzajem raportów.
5. Upada rząd.
6. Rozpadają się patie.
7. Premier jest przeciw a nawet za tym, by go postawić przed Trybunałem Stanu.
8. Gospodarka, wykorzystując zamieszanie, rozwija się.
9. Produkt Krajowy Brutto rośnie w zawrotnym tempie.
10. Bezrobocie nieznacznie maleje.
11. Pada najwyższa wygrana w totolotku.
12. Rozpisane zostają wcześniejsze wybory.
13. Zapomniany doktor J. nadal w areszcie oczekuje na proces.
Noga Pana Kratka ma się dobrze.


Spis cudzołożnic*


Z notatnika Pana Kratka:
www. anonse.erotyczne.cfl.pl**

*Tytuł został z całą świadomością zapożyczony. Skazany, jak na razie, na bolesną anonimowość Autor chciał, choćby w ten sposób, zabłysnąć światłem odbitym od blasku sławy Klasyka Współczesnego Polskiego Romantyzmu oraz zaprzyjaźnionego z nim Wielkiego Człowieka Filmu i Teatru, który z umiarkowanym skutkiem, niestety, próbował wypromować hodowlę wielbłądów na naszej Błędowskiej Pustyni Kulturalnej.

**Internetowych poszukiwaczy idealnie zbudowanych blondynek spotka rozczarowanie. Adres tej strony, jak wszystko w tej książce, jest czystą fikcją literacką. Nie molestujcie więc niewinnych komputerów.


Kubuś


Dni były co raz krótsze. W supermarketach zaroiło się od Mikołajów. W telewizji zapowiadali, że już wkrótce Kevin znów będzie sam w domu. Wszystkie znaki na niebie (wirujące płatki śniegu) i na ziemi (oblodzone jezdnie i chodniki) wskazywały, że zbliżają się Święta.
Od paru dni Pan Kratek miał lokatora. W jego wannie zadomowił się dostojny, królewski karp. Po raz pierwszy w życiu, po ciężkim dniu pracy, Pan Kratek wracał do domu z poczuciem, że ktoś tam na niego czeka. Szybko zdejmował płaszcz i przemoczone buty. Szedł do kuchni. Wyjmował z garnka garść wcześniej już ugotowanej pszenicy. Szedł do łazienki. Siadał na skraju wanny i sypał ziarnko po ziarnku przyglądając się, jak Kubuś, tak nazwał swojego przyjaciela, dostojnie i leniwie podpływa i ze smakiem zjada swą kolację. Stale otwierający się i zamykający rybi pyszczek sprawiał wrażenie, że Kubuś ciągle coś mówi, jakby chciał podzielić się z Panem Kratkiem tym wszystkim, co przez dzień, w tej pustej, ascetycznej, a przez to skłaniającej do medytacji, jak klasztorna cela, wannie, udało mu się przemyśleć. I choć była to mowa bez słów, Panu Kratkowi wydawało się, że go rozumie, że podziela jego poglądy, a jeśli nawet z nimi się nie zgadza, to nie psuje to ich przyjacielskich stosunków.
Aż nadszedł ten dzień. Dzień Wigilii. W supermarkecie Pan Kratek kupił zestaw potraw „Wigilia w pięć minut”. Oprawił choinkę. Przystroił. Przykrył stół białym obrusem. Podłożył pod niego małą wiązkę siana, którą dostał jako dodatek do świątecznego numeru popularnego dziennika. Nakrył, zgodnie z tradycją, dla dwóch osób. Przeniósł Kubusia do dużej, wypełnionej świeżą wodą miski. Wziął kąpiel. Założył ciepły szlafrok. Wyprasował białą koszulę. Wyjął z szafy odświętny garnitur i krawat. Spojrzał za okno.
Zmierzch już nadchodził. Zmierzch dnia, a z nim nieuchronnie zmierzch ledwo co zawiązanej przyjaźni.



Niewierność


Wcale się nie zmieniła. Była, jak zwykle: beznadziejnie smutna i smutnie beznadziejna. Stara, dobra Depresja.
– Wróciłaś?
– Tak.
– Na długo?
– Na stałe.
– Aha... – wstał.
– Co robisz?
– Wychodzę.
– Na długo?
– Na zawsze – kopnął krzesło.
Wiedziała, że to kiedyś nastąpi. Jak wielu przed nim i wielu po nim, rzucał ją dla tamtej – Pani Ostatecznego Orgazmu.



Pan Kratek w krainie rzeczy niewesołych


– Witaj, Panie Kratku – uśmiechnął się pogodnie Karawan. – Dzień dobry.
– Dobry? Dla kogo dobry? Czy możesz o dniu żałoby mówić, że jest dobry? A przecież nie znasz innych dni, niż dni żałoby.
– Skoro nie znam innych dni, te, które znam, są dla mnie dniami dobrymi. Bo są to moje dni.
– Nie rozumiem.
– Dobry dzień, to taki, w którym to co robisz ma sens: służy innym, a tobie daje satysfakcję. Kiedyś i na mnie przyjdzie dzień zły. Stary, skrzypiący zostanę odstawiony gdzieś w kąt. Butwiejąc powoli, będę się rozsypywał zapomniany przez wszystkich. Nikt nie powie dobrych, ciepłych słów nad moim grobem, nie położy wieńca z gałązek świerka i sztucznych kwiatów, z szarfą: „Pogrążeni w smutku – żona, dzieci i wnuki”. Wiem, że nadejdzie kiedyś ten zły dzień. I cieszę się każdym, który go poprzedza. Jestem potrzebny i niosę ludziom radość.
– Radość?
Tak. Tym, którzy odeszli radość końca cierpień. Tym, którzy zostali, radość życia. Życia, które tym bardziej się ceni, im mocniej odczuwa się jego kruchość.
– Nigdy tak o tym nie myślałem
– Bo nie jesteś karawanem. Popatrz na Szubienicę. Ona ma naprawdę powód do smutku.
– ?
– Kiedyś dźwigała ciężar największych zbrodni. Od czasu, kiedy zlikwi-dowano karę śmierci, nic na niej nie zawiśnie. Stoi bezużyteczna.
– I słusznie. Kara śmieci nie jest karą, lecz zemstą, a więc jest zbrod-nią.
– Zmieniłby pan zdanie, gdyby pan był szubienicą – włączyła się do rozmowy Szubienica. – Bo czyż nie jest zbrodnią odebranie komuś sensu ży-cia? Nawet, jeśli jego samego przy życiu się pozostawi. Nie wyobraża pan so-bie nawet, jak koszmarne potrafi być życie bez sensu. A szczególnie wtedy, gdy to, co się dotychczas robiło, co uznawano za słuszne i pożyteczne, nagle okazuje się złe, zbrodnicze i bezsensowne. W tej sytuacji właściwie sama powinnam się powiesić. Niestety. My szubienice i w tym wypadku jesteśmy upo-śledzone: służąc do wieszania innych, same obsłużyć się nie możemy. Niech pan mi powie szczerze, Panie Kratku, co jest większą zbrodnią: powiesić zbrodniarza, czy odebrać sens życia komuś, kto tego zbrodniarza skutecznie eliminował?
– W pewnym sensie to racja.
– Jak pan może, Panie Kratku?! – rozległ się głos w pewnym sensie oburzenia a w pewnym sensie rozpaczy, który wydała z siebie, nie do końca jednoznaczna, W Pewnym Sensie Racja.
– Co mogę? – zapytał cokolwiek niepewnie i nie do końca jednoznacznie Pan Kratek.
– Jak pan może tak o mnie mówić?
– Nie rozumiem. – Pan Kratek naprawdę nie rozumiał.
– Bo nie był pan nigdy w pewnym sensie.
– Co w pewnym sensie?
– Nie co, a kim?
– Co kim?
– W pewnym sensie kimś. Rozumie pan?
– Nie rozumiem.
– Zaraz to panu wyjaśnię. Przyjmijmy, że jest pan Panem Kratkiem.
– Bo jestem.
– W pewnym sensie tak.
– W jakim „pewnym sensie”? Z sensem, czy bez, jestem Panem Krat-kiem i nikim innym.
– A ja?
– Co pani?
– Jestem racją. Tak, czy nie?
– W pewnym sensie.... O, przepraszam – zreflektował się Pan Kratek. – Nie to chciałem powiedzieć...
– Ale powiedział pan! Wszyscy to mówicie! Gorzej! Myślicie tak o mnie – Racja nie wytrzymała i wybuchnęła szlochem. – Nawet szubienica ma lepiej, bo jest. A ja? „W pewnym sensie”, „jeśli wziąć od uwagę”, „patrząc na to od tej strony”.... mam tego dość! Chcę być! Kiedyś byłam!!! Kiedyś.... – rozmarzyła się. – Kiedyś było nas wiele. Różne: sprzeczne, skłócone, przeciwstaw-ne, ale byłyśmy. I miałyśmy swoją pozycję. Byłyśmy damami. Pierwszymi damami! Wielkimi damami!! Uwielbianymi damami!!!! Byłyśmy na ustach wszystkich. Naszą chwałę głosili wielcy tego świata. W nasze imię narody ru-szały do walki. Najdzielniejsi dla nas zwyciężali, lub oddawali życie…
– To wszystko nie ma sensu – myślał Pan Kratek. I nie myślał w tym momencie ani o Karawanie, ani o Szubienicy, ani nawet o W Pewnym Sensie Racji. Myślał o swoim autorze i jego ostatniej woli: „niech nikt o mnie nie my-śli”.
– Do końca chciałeś zbyt wiele. Myślę, bo dałeś mi taką możliwość. A ponieważ ty mi ją dałeś, myślę o tobie. Ale czy jestem? Bo skoro ciebie nie ma?



Summa


Każdy zostawia po sobie to, co ma najlepszego. Pan Kratek, jako wytwór myśli, był w pewnym sensie myśli niewolnikiem, lub, w myśl zasad pozytywnego myślenia, myślą wyzwoloną. I jako taki nie mógł nie myśleć. Myślenie zaś, bez względu na jego jakość, szczególnie, jeśli jest się od niego uzależnionym i to w stopniu tak znacznym, jak Pan Kratek, nawet najbardziej cha-otyczne, układa się w jakiś porządek, a w przypadkach ekstremalnych nawet w system filozoficzny. W wypadku Pana Kratka doszło właśnie do tego eks-tremalnego przypadku.
Byli filozofowie, którzy swe przemyślenia pozostawiali w sferze werbalnej. Taki Sokrates na przykład. Strategia ta sprawiła, że został ojcem filozofii. Wszystko bowiem, co powiedział mądrego i ważnego, przeszło do historii przekazane przez jego uczniów. Ewentualne głupstwa, które zapewne, jak każdy, również wygadywał, zatarły się w pomroce dziejów. (Nie ma kwitów – nie ma sprawy, jak mawiał pewien mistrz przekrętów.)
Niepomny tego dobrego wzoru Pan Kratek, zapisał swe przemyślenia. Nie dość, że zapisał, to jeszcze wzorem Lutra, już nie na drzwiach katedry, lecz w internecie, podał do publicznej wiadomości na osobistej stronie www.pankratek.cfl.pl.
„Ogólna teoria wszystkiego” Pana Kratka nie była dziełem opasłym. Zgodnie z duchem czasu, podana została w formie krótkiej i przystępnej.

Wstęp
Kopernik usunął Ziemię z centrum wszechświata. Pora na krok następny.

Kwintesencja
Nie istnieje nic poza Dynamiką i Inercją. Wszystko inne, to niczym nie-uzasadniona antropomorfizacja rzeczywistości, czyli próba bezprawnego zawłaszczenia całości przez jej nieistotną cząstkę, jaką jest ludzkość.

Przesłanie
Ludzkości pokory!
Być może jesteś jedynie owsikiem w odbycie wszechświata!

Dodaj swój komentarz


Sam jesteś owsik, palancie!
ludzkość

Kopernik był żydem, i ty żydzie też
roman

To prawdziwa rewolucja w filozofii. Jest pan genialny! Przy okazji polecam moją książkę „Wpływ stosunków analnych na rozwój myśli filozoficznej w kulturze śródziemnomorskiej na przestrzeni dziejów. Część pierwsza. Starożytność”
antropolog z kutna

A ja wolę Metalikę
gulgul

Czy z pana można zdawać egzamin?
studentka filozofii

Odjebało ci?
popierdolony

Szukam Dynamiki, Inercję mam w domu.
mąż

I na co idą nasze podatki?
księgowy

Żadna inercja, żadna dynamika, kasa Misiu, kasa
praktyczny

CHWDP
kibic Legii

Jutro mam się żenić. Czy w tej sytuacji to ma sens?
narzeczony

Owies – tak. Owsik –nie.
renata

Ludzkość ci tego nie wybaczy!
onz

Mam w dupie małe miasteczka. Czy to znaczy ze jestem wszechświatem?
Bursa

Przywrócić karę śmierci
pis

Kocham pana, Panie Kratku
Pani Eliza

Czy antropomorfizacja jest gorsza od anoreksji?
modelka

Jestem animatorką kultury ludowej i nie pozwolę się obrażać
Basia z Sierpca

Balcerowicz musi odejść
andrzej

Najskuteczniejszy lek na owsiki - tanio
farmaceuta

Zesrałem się ze śmiechu
jajcarz

Nie ma Dynamiki i Inercji bez Walki Klas
filozof – marksista

Teraz już wiem, co to jest czarna dziura
astronom-amator

Koniec i bomba a kto czytał, ten trąba
ferdydurke

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Dzięki Leszku
jesli skontaktujesz sie ze mna na e-maila przesle Ci całość. Jak przeczytasz i dojrzysz konstrukcję, to zobaczysz, że trudno to ciagnąc dalej.
Ale wszelkie sugestie sa mile widziane.
Planuję kratka dla dzieci - innego choć podobnego.
Jak coś ędzie to wysle.
Liczę na kontakt pankratek@op,pl
pozdrawiam
EW
Opublikowano

Dzisiaj gazety wyglądają jak raporty policyjne. Po przeczytaniu boisz się wyjść na ulicę, bo albo cię okradną, albo zabiją, albo wsadzą. --> tu dostawić przecinek (zdaje się)

a tu co się stało z tymi myślnikami?
(jakieś kuku lub awaria?)
*prze-stały być refundowane
*w toku sta-rannie prowadzonego śledztwa, materiałów, nigdy za życia nie kontaktował się z dr J.
*Przed-stawieni przez niego bohaterowie
*zwra-ca się zaś z apelem, aby ten,
*by na czele komisji lu-stracyjnej stanęli
*odebranie komuś sensu ży-cia? Nawet, jeśli jego samego przy życiu się pozostawi. Nie wyobraża pan so-bie nawet,
*Od czasu, kiedy zlikwi-dowano karę śmierci, nic na niej nie zawiśnie.
*a więc jest zbrod-nią.
*ży-cia? Nawet, jeśli jego samego przy życiu się pozostawi. Nie wyobraża pan so-bie nawet
*jestem Panem Krat-kiem i nikim innym.
*skłócone, przeciwstaw-ne, ale byłyśmy.
*W nasze imię narody ru-szały do walki.
*„niech nikt o mnie nie my-śli”.
*doszło właśnie do tego eks-tremalnego przypadku.
*, to niczym nie-uzasadniona antropomorfizacja rzeczywistości
***
tyle z uwag technicznych
w kwestii merytorycznej się już wypowiadałam
moim zdaniem: wspaniale, coś niesamowitego -->
zdolność kierowania czytelnikiem, bez ingerencji w jego indywidualność

serdecznie gratuluję, oczywiście zapisuję się na całość

pozdrawiam

ps. czy można z pana zdawać egzamin? ;]

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



witam i odpowiadam
w sprawie egzaminu:
oczywiscie można, o ile zdecydujesz sie podjąć naukę w Akademii Realnego Absurdu im. Pana Kratka i Jego Autora Też
w sprawie myślników:
oczywiście roztargnienie. Próbuję wycinać wszystkie dzielenia wyrazów, po wklejeniu oryginału z worda, ale w tym wypadku przeoczyłem jeden tekst
w sprawie całości:
podaj mi, jeśli możesz, swój adres mailowy na mojego maila - [email protected], wtedy wyśle Ci całość.
pozdrawiam
  • 2 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...