Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Epizod z Gabinetu O-Weh


Rekomendowane odpowiedzi

EPIZOD Z GABINETU O-WEH
CZYLI
OPOWIEŚĆ PEWNEGO NAUCZYCIELA AKADEMICKIEGO




Pewnego ciemnego, lodowatego, zimowego dnia – był to, zdaje się, jeden z ostatnich dni poprzedzających nadejście ferii świątecznych – poprosiłem mego dobrego znajomego – podobnie jak ja pracującego w Instytucie Germanistyki – aby wieczorem pozwolił mi choć na kilka chwil wejść do Gabinetu O-Weh.
Drzwi do Gabinetu O-Weh mieściły się na piątym piętrze budynku uniwersyteckiego – jednym z dwóch pięter, okupowanych przez nasz Instytut. Na samym końcu długiego, wąskiego, pozbawionego okien i w związku z tym nieustannie zanurzonego w ciężkim, nieprzejrzystym półmroku korytarza, w ścianie wyżłobione było niewielkie, ciasne zagłębienie – wklęsłe na tyle, by człowiek idący korytarzem nie mógł dojrzeć umieszczonych tam drzwi, dopóki całkowicie się do nich nie zbliżył. Te właśnie drzwi prowadziły do Gabinetu O-Weh.
Drzwi do Gabinetu O-Weh różniły się w sposób wyraźny od wszelkich pozostałych, szczelnym i pozbawionym indywidualności szeregiem wypełniających ściany korytarza. Szerokie i nieforemne, zdawały się dziwacznie niedopasowane do otworu, w którym tkwiły – tu i ówdzie pojawiały się raz na jakiś czas mniej lub bardziej widoczne szczeliny, które systematycznie, lecz jakby z pewnego rodzaju irytacją łatano, czym się dało – kitem, pianką uszczelniającą, a nawet starymi szmatami – wszystko jednak na nic, gdyż już po krótkim czasie przestrzeń między masywnym, ciemnodrewnianym, łuszczącym się z lakieru skrzydłem a zmaltretowaną futryną znów ziała nowym przestworem. Owo dość trudne do wytłumaczenia zjawisko czyniło drzwi podobnymi do wielkiej, kanciastej paszczy, spokojnie tkwiącej w ścianie Instytutu i co rusz wykrzywiającej wargi w procesie leniwego przeżuwania.
Na środku drzwi wisiała duża, prostokątna, metalowa tabliczka z napisem O-WEH, przykręcona za pomocą dość absurdalnie wyglądających, potężnych śrub. Śruby miały w zwyczaju wykręcac się samoczynnie raz na jakiś czas; na szczęście ponowne ich wkręcenie nie należało do czynności wymagających wielkiego wysiłku.
Gdyby ktoś – po siedmiu latach mojej pracy w Instytucie – spytał mnie, do czego właściwie służy Gabinet O-Weh – nie wiem, czy umiałbym udzielić zdecydowanej i konkretnej odpowiedzi.
Wiedza na temat tego, czym jest Gabinet O-Weh, nie zaliczała się w żadnym wypadku do tych informacji, które wymieniane są skrupulatnie przez władze Instytutu w trakcie wszelkich spotkań organizacyjnych, majacych na celu dokonanie wstępnej integracji nowych pracowników lub studentów. O Gabinecie O-Weh w ogóle nie mówiło się oficjalnie. Wśród studentów krążyła na ten temat na ogół jedna – lakoniczna i ostrzegawcza zarazem – informacja: Gabinet O-Weh nie jest, wbrew temu, co niektórzy o nim rozpowiadają lub co niektórzy mogliby sobie pomysleć, instytutową poradnią psychologiczną dla zagubionych germanistów. Zanim ktokolwiek się tam wybierze, powinien najpierw dobrze ową decyzję rozważyć. Teoretycznie może się tam zgłosić każdy, kto czuje, że potrzebuje pomocy – jeśli jednak ktoś uda się do O-Weh z prośbą o pomoc w kwestii, z którą z mniejszym lub większym powodzeniem mógłby uporać się sam – musi liczyc się z tym, iż nie tylko nie zazna ukojenia w bólu – lecz nader prawdopodobnym jest, że opuści Gabinet, obarczony ciężarem jeszcze większym niż ten, który dźwigał przed wejściem.
Nigdy nie widziałem, aby ktokolwiek wchodził do Gabinetu O-Weh.
A jednak – mimo tego, co o nim mówiono – musiało być wielu chętnych do złożenia w nim wizyty. Aby móc się tam dostać, trzeba było uprzednio napisać podanie, a następnie zostawić je w specjalnie do tego przeznaczonym miejscu pod drzwiami. Tuż nad nieforemnym, zniekształconym progiem na drzwiach widniał iście wiekowo wyglądający, wykaligrafowany niegdyś równymi, technicznymi literami napis: „Anträge hier”, co znaczy: „Podania tutaj” – zaś tuż obok widac było na wpół odkruszoną ze starości strzałkę wskazującą w dół. A stamtąd – z najszerszej spośrod wszystkich okołodrzwiowych szczelin, - falistego, nieregularnie wyżłobionego przestworu nad progiem – rozkrzewiało się bujne, podaniowe kwiecie – złożone na pół, na ćwierć, zwinięte w rulony tkwiły w szparze boleśnie wepchnięte, zapisane po jednej stronie kartki – nieme, acz rozdzierające błagania osób, które w nieokreślonej przestrzeni za nieśpiesznie przeżuwającymi drzwiami dostrzegały mętną, choć niewykluczona nadzieję na uśmierzenie pieczołowicie skrywanego, jątrzącego najgłębiej zakorzenione rany bólu.
Osoby, których podania nie zostały odrzucone (a to czyniono z przeważającą ich wiekszością) otrzymywały zawiadomienie o wyznaczonej dla nich dacie spotkania. Nie miałem pojecia, w jaki sposób to się odbywało. Fakt faktem – nigdy nie widziałem, aby ktokolwiek wchodził do Gabinetu O-Weh. Sam również nigdy nie próbowałem tam wchodzić – gdyż nigdy nie uważałem, aby było mi to w jakimkolwiek stopniu potrzebne.
Aż do owego dnia.
Tego właśnie zimnego, przedświątecznego dnia zupełnie przypadkiem natknąłem się o poranku (tak ciemnym, że mógłby z równym powodzeniem uchodzić za wieczór) na mojego dobrego znajomego, o którym wiedziałem, ze pracuje w Gabinecie O-Weh – i traf chciał, że przyłapałem go akurat na tym, jak – klęcząc – wydobywał spod uchylonych drzwi Gabinetu nagromadzone tam w ciągu ostatnich kilku dni podania. Bezwiednie niemal zwolniłem kroku, obserwując z nagłym, dla mnie samego niewytłumaczalnym zaciekawieniem, jak szorstko, nieomal brutalnie wydziera zmięte pliki i rulony ze szpary pod drzwiami – gestem, jakim wyrywa się z gruntu uporczywe chwasty – a następnie zgarnia je jedną ręką i podnosi z podłogi przy wtórze suchego, bezładnego szelestu. Czyniąc to, musiał w ktorymś momencie wyczuć mój wzrok – gdyż, powstając z kolan, odwrócił głowę i spojrzał na mnie, pozdrawiając mnie lekkim, oszczędnym uśmiechem.

-Powiedz mi – zagadnąłem go w kilka chwil później, kiedy siedzieliśmy razem w uniwersyteckim bufecie – co też wy właściwie robicie w tym O-Weh?
Uśmiechnął się ponownie, tym razem jednak zdołałem w tym uśmiechu wyczuć odrobinę osobliwego triumfu.
-Rozmawiamy – odpowiedział, lekko wzruszając ramionami.
Uniosłem brwi.
- Chciałbym tam kiedyś wejść – odezwałem się po chwili ciszy. Uśmiechnąłem się przy tym sam – czułem jednak, iż mój uśmiech jest jedynie grymasem, mającym pokryć osobliwe zażenowanie. Sam nie pojmując, czemu – poczułem się nagle tak, jakbym – wyrażając chęć wejścia do O-Weh – w jakiś sposób poddawał się temu człowiekowi. – Tak z czystej ciekawości – dodałem po krótkiej przerwie, jakby starając się usprawiedliwić.
Pokiwał głową, trwając w półuśmiechniętym zamyśleniu.
- Nie ma problemu – odezwał się po chwili, podnosząc na mnie wzrok. – Jeśli chcesz, możesz przyjść dziś wieczorem. Ale nie później niż o 19.00 – zastrzegł stanowczo. – Żebyś w żadnym wypadku nie spotkał się w drzwiach z osobą, która przyjdzie o 19.30. Rozumiesz – czasami przychodzą wcześniej – spojrzał mi przelotnie w oczy. – Staramy się tępić ten dziwny zwyczaj. Ale i tak wielu z nich przychodzi za wcześnie.

I tym sposobem – o godzinie 19.00 tego samego dnia – znalazłem się pod obszernymi, szczerbatymi drzwiami Gabinetu. W surowym, zimnym świetle lamp jarzeniowych wydały mi się – niby człowiek – osobliwie postarzałe i zmęczone. Cienka, szarobłękitna chusteczka, którą jeden z pracowników najwyraźniej wtłoczył troskliwie do powstałej niedawno w lewym górnym rogu wyrwy, rozwinęła się; jeden z jej rożków, opadłszy, poruszał się w rytm nierównomiernego przeciągu falistym, delikatnym ruchem.
W odpowiedzi na moje ostrożne pukanie z wewnątrz dobył się niski, przytłumiony szelest – a w chwilę potem żywy, rozluźniony głos odezwał się donośnie: - Wchodź, wchodź!
Nacisnąłem klamkę i, uchyliwszy lekko drzwi, powoli zajrzałem do środka.
Pokój był nieco większy, niż oczekiwałem – rozmiarem przypominał nieco obszerną salę do ćwiczeń. Gdy tylko doń zajrzałem, w twarz uderzyła mnie ciężka, duszna wilgoć – a wśród panującego wewnątrz zaskakującego półmroku trudno mi było w pierwszej chwili wychwycić szczegóły tego, co mieściło się pod ścianami.
Jedyne źródło światła stanowiła dość niewielka, staroświecka lampka z półkulistym kloszem, stojąca na masywnym, drewnianym biurku, umieszczonym naprzeciwko drzwi. Przy biurku siedział młody, szczupły mężczyzna w ciemnej marynarce, z pochyloną głową wertujący jakiś plik papierów. Na moje wejście nie zareagował najmniejszym nawet uniesieniem powiek.
Znajdujący się na dłuższej, drzwiom przeciwległej ścianie szereg okien zasłonięty był długimi, ciężkimi kotarami. Wzdłuż pozostałych trzech ścian ciągnęły się zwartym rzędem szarawe kaloryfery – emanujące od nich gorąco dało się wyczuć już ze stosunkowo sporej odległości. Na ich grzbietach – niczym derki na grzbietach zwierząt – spoczywały, pieczołowicie i równo poukładane, różnorodne ręczniki i płachty materiału. Musiały być mokre, gdyż wysnuwały się z nich nieustannie gęste kłęby białej, nieprzejrzystej pary. W każdym rogu pokoju stał dodatkowo niewielki, spiralny grzejnik – podobnie jak kaloryfery nakryty mięsistą, parującą tkaniną.
Nie wiadomo, czy to za sprawą owych parujących tkanin, czy też z jakiejś innej przyczyny – atmosfera w pokoju zdawała się być gęsta i dość mglista, co – wespół z panującym tam półmrokiem – sprawiało, iż stojący pod najbardziej ode mnie oddaloną ścianą ciężki, drewniany segment był dla mnie w pierwszej chwili niemal niedostrzegalny – a nawet znajdujące się niedaleko od drzwi biurko zdawało się dziwnie rozmywać i zatracać kontury, jakby rozpuszczało się i tym samym wtapiało w wypełniające pokój zamglone powietrze.
Podłoga pokryta była ciemnobrązowym, a ze starości niemal już czarnym parkietem, ściany zaś miały barwę ciemnej, dywanowej zieleni – co potęgowało jeszcze wrażenie osobliwej, ciężkiej nieprzejrzystości.
Mój znajomy stał pod odległą ścianą, pochylony nad ciemnym segmentem – dopiero, gdy wyprostował się i obejrzał w moją stronę, udało mi się go dostrzec. Przedarłszy się przez ociężale piętrzącą się w powietrzu mgłę, zbliżył się do mnie i uścisnął mi dłoń, uśmiechając się przy tym z niezwykłą jak na siebie wylewnością.
- Usiądź sobie tam, przy tym stoliku – przelotnym gestem wskazał mi ścianę z segmentem. Wytężyłem nieco wzrok – i dopiero wówczas dostrzegłem tkwiące tuż przy segmencie, w samym kąciku, maleńkie, ciemne biureczko. Mój towarzysz usłużnie podprowadził nie do niego, po czym odsunął stojące przy nim krzesełko, wskazując mi jednocześnie spoczywającą na blacie niewielką, czarną skrzynkę.
- Ta osoba, która tu za chwilę przyjdzie, prawdopodobnie w ogóle nie zdoła cię zauważyć – stwierdził niedbale. – Na wszelki wypadek jednak możesz stwarzać pozory, jakbyś był jednym z urzędników, akurat bardzo czymś zajętym – uśmiechnął się półgębkiem. – Wyświadczysz mi w ten sposób nawet drobną przysługę. W tej skrzyneczce – tu uniósł drewniane wieczko – są klucze do szuflad – wskazał stojący za mną segment, a ja, podążywszy za nim wzrokiem, zauważyłem, iż segment składa się jedynie z dużej liczby obszernych, nieco wyszczerbionych szuflad, z których każda opatrzona jest maleńką, metalową tabliczką z numerkiem. – Otóż to – stwierdził mój towarzysz, jakby czytając mi w myślach – każdy klucz ma swój numerek, odpowiadający numerkowi danej szuflady. Gdybyś mógł posegregować mi te kluczyki – ot, widzisz – zanurzył jedną dłoń w kluczach, przerzucając je z suchym brzękiem – w tej skrzynce są przegródki. Numerki, zaczynające się na jeden – do jednej przegródki, na dwa – do innej...I tak dalej. Bezmyślna, ale trochę żmudna robota.
Wsunąłem palce do skrzyneczki, zagłębiając je w twardej, zimnej, metalicznej otchłani i czując na delikatnej skórze zawadiackie drapanie ostrych kluczowych ogonków.
Spostrzegłem, że niektóre klucze nie posiadają numerków.
- A co z tymi bez numerków? – spytałem, podnosząc wzrok na mojego towarzysza. Wydało mi się przy tym, jakby rysy jego twarzy w dziwny sposób zatracać poczęły swą zwyczajową ostrość.
- A, te... – wzruszył niedbale ramionami. – Z tymi zrób cokolwiek.
Miałem chęć spytać jeszcze, czemu klucze nie mogą tkwić na stałe w szufladach – to znacznie ułatwiłoby sprawę –on jednak odwrócił się już i ruszył w stronę biurka, przy którym nieznany mi młody człowiek w dalszym ciągu wertował spore, twardo szeleszczące arkusze.
Z mojego obecnego siedzenia mogłem widzieć jedynie jego plecy i lekko pochyloną głowę – a za chwilę dołączyły doń plecy mego znajomego, który siadł po jego prawej stronie. Z cichym skrzypieniem przysunął się wraz z krzesłem bliżej do biurka – i niemal w tym samym momencie drzwi zakaszlały ciężkim, potrójnym puknięciem.
- Proszę – odezwał się mój znajomy dość cichym, osobliwie i umiarkowanie uprzejmym głosem.
Drzwi drgnęły i rozwarły się. Do pokoju powoli weszła młoda kobieta.
Była szczupła, raczej wysoka niż niska. Miała na sobie luźną, ciemną, sięgającą nieco poniżej kolan spódnicę, ciemne, skórzane buty do połowy zakrywające łydki i krótki, ceglastopomarańczowy żakiet. Niemożliwością było, aby mój wzrok poprzez półmrok i wilgotną mgłę przedarł się do jej twarzy – jednak te nikłe zarysy jej oblicza, które mimo tego zdołałem dostrzec, nic mi nie mówiły – podobnie, jak cała jej postać. Jedyne, co drażniło moją pamięć w sposób dokuczliwy, choć bliżej nieokreślony – to jej włosy, zdające się osobliwie przełamywać i udaremniać doskonale osiągniętą konwencjonalność wyglądu – całkowicie niemal niweczyły efekt, uzyskany za pomocą eleganckiego, przykładnego ubioru – żyjące własnym, nieposkromionym życiem, wiły się bezładnie i chaotycznie na jej ramionach, lśniąc niemal przejaskrawionym, złocistoszarym blaskiem i uchylając się od wszelkiego rodzaju uporządkowania. Te włosy jedynie wzbudzały we mnie jakieś dziwne, odległe skojarzenia – mogła to być jedna z moich studentek, na tyle cicha i niezauważalna, że nie zdołała na dłużej zapaść mi w pamięć, może dodatkowo siedząca na zajęciach gdzieś z tyłu, za czyimiś plecami – ktoś, kogo prawie znałem – zbyt jednak przelotnie, by móc cokolwiek o nim powiedzieć.
Mój towarzysz rzucił okiem na jeden z leżących przed nim arkuszy, po czym, pochyliwszy się nad biurkiem nieco do przodu, oparł się na mocno wysuniętych przed siebie łokciach.
- Proszę usiąść – powiedział łagodnie. – I powiedzieć dokładnie raz jeszcze, z czym pani do nas przychodzi.
Dziewczyna z pochyloną głową zbliżyła się do biurka, po czym usiadła na stojącym naprzeciwko mówiącego do niej urzędnika krześle. Uczyniwszy to, powoli uniosła ręce i poczęła rozpinać swój żakiet – następnie zaś rozchyliła jego poły, podnosząc jednocześnie – po raz pierwszy – wzrok na siedzących przed nią mężczyzn. Pierwszym, co mignęło mi poprzez gęstniejące kłęby mgły, był intensywny, zadziwiająco wprost bolesny, szarawy błękit jej oczu – a w ułamek sekundy później pomiędzy rozchylonymi skrzydłami żywopomarańczowej tkaniny – tam, gdzie powinna być pierś – z zadziwiającą ostrością i doskonałością ukazały się lśniące twardym, metalicznym blaskiem grube, masywne kraty, mające kształt drzwi więziennych, zamykających w sobie czarną, bezdenną pustkę i złączonych za pomocą solidnego zamka, ukrytego w ciężkiej, kwadratowej skrzynce. Skrzynka owa tkwiła tam, gdzie u przeciętnego człowieka można by się spodziewać serca – a wnętrze jej ziało czarną, boleśnie i przerażająco pustą dziurą bez klucza.
Widok ten wstrząsnął mną do tego stopnia, iż w pierwszej chwili zastygłem w bezruchu, nie będąc w stanie nawet opuścić ręki, w której dzierżyłem wyjęty przed chwilą z mojej skrzynki kluczyk. Całkowicie bezwolnie, niczym urzeczony, wbijałem wzrok w nagie, lśniące gładko w przytłumionym świetle pręty, na które tu i ówdzie opadały nieregularne kosmyki złocistoszarych włosów.
Pomimo panującego w pokoju straszliwego gorąca, targnął mną naraz krótki, gwałtowny dreszcz.
Wąskie, szczupłe ramiona mego towarzysza uniosły się lekko nagłym, urwanym ruchem – lecz już po chwili odchylił się swobodnie i nieśpiesznie do tyłu, w godny podziwu sposób zwiększając nagle dystans miedzy sobą a siedzącą na krześle dziewczyną.
- Proszę – powiedziała tymczasem ona cichym, niskim głosem, kładąc powoli na blacie biurka luźną, zrezygnowaną dłoń, skierowaną wnętrzem do góry. Gdy to czyniła, bransoletka od zegarka, oplatająca jej nadgarstek, zabrzęczała krótko i bezdźwięcznie w zetknięciu z wyboistym drewnem.
- Proszę mi powiedzieć, skąd mogę wziąć klucz.
Siedzący za biurkiem mężczyzna podniósł głowę i czułem niemal, jak lustruje dziewczynę rzeczowym, przenikliwym wzrokiem.
- Wie pani równie dobrze, jak ja – odezwał się po dłuższej chwili głosem uprzejmym, lecz przy tym suchym, nieomal karcącym – że nie jest to pytanie, na które mógłbym udzielić pani odpowiedzi. Jedyna osoba, która może do tej odpowiedzi dotrzeć, to pani sama. Nikt pani w tym nie pomoże. Prawda?
Dłoń dziewczyny drgnęła lekko – po czym wzrok jej nagle uniósł się – nie na rozmówcę jednak, lecz na coś, co znajdowało się daleko za nim. Znienacka uchwyciły moje spojrzenie – dwie szarawe, nagle pociemniałe i dziwną pustką zmatowiałe źrenice – i choć niemożliwością było, aby dostrzegła mnie ze swojego miejsca, odniosłem nagle nieodparte i nie dające się rozproszyć wrażenie, iż dziewczyna patrzy wprost na mnie.
- Więc proszę mi przynajmniej powiedzieć – odezwała się ciszej jeszcze, lecz jednocześnie mocniej niż za pierwszym razem – czy jestem chociaż na dobrej drodze...?
Tym razem – choć mężczyzna za biurkiem poruszył się niemal niezauważalnie – w jego ruchu dostrzegłem jawną i nie dającą się przeoczyć, gwałtowną dezaprobatę – niemal irytację. W tej samej chwili dziewczyna podniosła lekko głowę i ledwie dostrzegalnie uniosła powieki, co uczyniło jej ogromne, puste oczy jeszcze straszliwszymi – patrzyła, uporczywie patrzyła przed siebie, dziurawiąc przestrzeń ciężkim, lodowatym bólem, wyzierającym – niczym ze studni – gdzieś z najgłębszej otchłani jej – zda się – bezdennych źrenic – patrzyła gdzieś daleko – pozornie na siedzącego naprzeciwko niej człowieka – w rzeczywistości jednak sięgała spojrzeniem hen, poza niego – patrzyła przez niego niczym przez gładką, niedostrzegalną szybę – przez niego – wprost na mnie.
Pomimo, iż nie chciałem tego robić – nie zdołałem uchronić się przed spojrzeniem jej w oczy.
- Przecież ona mnie nie widzi – przemówiłem w myślach sam do siebie. – Nie może mnie widzieć.
Zanim jednak zdołałem pomyśleć to do końca, odczułem znienacka ciężki, palący ciężar, przygniatający moją prawą dłoń do blatu stolika. Zacisnąłem palce – i wyczułem klucz. Klucz bez numerka, z którym kilka chwil temu zastygłem w bezruchu. Z gwałtowną intensywnością wyczułem nagle ciężką duszność powietrza i zimną wilgoć potu, skraplającego się na moim czole; znienacka począł przytłaczać mnie ze wszystkich stron natarczywy szum, połączony z suchym, drewnianym terkotaniem; ściany pokoju poczęły chwiać się i trzeszczeć wymiętym, wapiennym jękiem; tuż u ich podstawy dostrzegłem nagle masywne, parujące, przezroczyste krople, wolno i drapieżnie pełznące w dół, a klujące się gdzieś w załomach sufitu – gorący, metalowy, wyszczerbiony klucz począł mi naraz sprawiać ból – ciężki, zdający się rozpierać mnie od wewnątrz, przenikający do samego wnętrza dłoni, a stamtąd rozchodzący się w głąb ramienia, szyi, klatki piersiowej... Nie mogłem, niby pod wpływem koszmarnego uroku, oderwać oczu od krat, wyzierających spod okrycia siedzącej na drugim końcu pokoju dziewczyny – mój wzrok uparcie i wbrew mojej woli dążył ku masywnemu zamkowi, niby wsysany przez przeraźliwie pustą, bolesną dziurę – klucz, klucz – miałem w dłoni klucz –klucz, który bolał... Ach, że też klucz może tak boleć –dlaczego nie w tamtym zamku – dlaczego klucz nie w zamku...
W tej samej chwili siedzący za biurkiem mężczyzna wyprostował się nagle, podniósł nieoczekiwanie dłoń i machnął nią tak, jak czyni to człowiek pod wpływem nieopanowanej irytacji – w moim oszołomieniu wydało mi się, jakby przeciął tym gestem mętną przestrzeń między mną i dziewczyną.
- Dosyć tego! – niemal wykrzyknął ostrym, silnym głosem.
Półprzytomny – niby przebudzony z koszmarnego snu – zadrżałem lekko – i dla siebie samego niespodziewanie gwałtownie odrzuciłem nieoznaczony klucz na bok, do skrzynki.
- Dlaczego marnuje pani nasz oraz własny czas, przychodząc do nas po to, aby zadać pytanie, na które doskonale zna pani odpowiedź? – odezwał się człowiek zza biurka głosem drżącym od hamowanej irytacji, a mimo tego – lub też może właśnie dzięki temu, iż nie wysunął się poza ten pozornie opanowany stan – wydającym się emanować grozą stokroć potężniejszą niż krzyk.
- Czy może oczekuje pani, że w cudowny sposób zaczniemy zaprzeczać temu, co pani wie? Temu, co – o czym wie pani doskonale! – jest prawdą? Kogo chce pani w ten sposób oszukać? Nas? Czy siebie?
Wydało się, jakby ostatnie słowo, bardziej wyplute niż wypowiedziane, zatrzymało się w powietrzu i zawisło ciężko nad znów pochyloną głową dziewczyny, nurzając się w coraz gęstszych odmętach gorącej, soczystej pary.
A po długiej chwili, wypełnionej tylko i jedynie owym ciężkim, ostatnim słowem, dziewczyna powoli wstała z krzesła, po czym nieśpiesznymi, mechanicznymi ruchami zapięła żakiet, bez śladu ukrywając zatrzaśniętą, okratowaną bramę w swej piersi.
- Ma pan rację – przyznała cicho i bezbarwnie. – Przepraszam.
Melancholijnym, niby półprzytomnym gestem odrzuciła włosy na plecy, po czym zbliżyła się do drzwi – i tam zastygła z ręką na wytartej, na wpół bezwładnej klamce – w tym bowiem momencie gdzieś z dołu, z trzeciego piętra, rozwarł się silny, entuzjastyczny chór młodych, rozbawionych głosów, intonujących pierwsze słowa kolędy:
- Bóg się rodzi, moc truchleje
Pan Niebiosów obnażony...

To poloniści, zajmujący zwyczajowo trzecie piętro, przygotowywali się do przedstawienia jasełkowego.
Cały Gabinet O-Weh zamarł na chwilę w bezruchu, wsłuchany w jasny, zadziwiająco wprost harmonijny śpiew - niby w hymn narodowy, którego pierwsze takty każdego przyzwoitego obywatela winne poderwać do pozycji na baczność.

- ...A słowo ciałem się stało
I mieszkało między nami – zakończył chór, gładko i bez wysiłku spływając ku samemu dołowi skali. Wtenczas mężczyzna za biurkiem drgnął nagle, po czym podniósł głowę i spojrzał na skamieniałą przy drzwiach studentkę.
- Słowo – powiedział nieoczekiwanie głosem cichym, lecz twardym zarazem. – Jest pani w posiadaniu potężnego oręża, za pomocą którego można zdziałać cuda. Sztukę posługiwania się nim opanowała pani doskonale. Dlaczego nie robi pani z niego użytku?
Studentka podniosła na niego ciemne, bezbarwne oczy.
- Myli się pan – odpowiedziała powoli. – Nie umiem posługiwać się słowem. Jedyne, co potrafię – to stwarzać perfekcyjne pozory. W rzeczywistości jednak wywijam jedynie owym orężem – (wyraz ten zabrzmiał w jej ustach zadziwiającą ironią) – wykonując efektowne ruchy, ale nigdy nie trafiając przy tym do celu.
- Niech więc przestanie pani traktować to jako fakt dokonany i niezmienny. To akurat jest rzecz, na którą może pani – jeśli tylko pani zechce – mieć doskonały wpływ. Zamiast zatem siedzieć z teatralnie opuszczonymi rękami, proszę zechcieć. To jedyne, co mogę pani doradzić – z twardym trzaskiem wsunął leżącą przed nim dotychczas kartkę do szuflady biurka. - Proszę nauczyć się przemawiania słowem. I ciałem.
Dziewczyna pochyliła nisko głowę, kłaniając się lekko – na chwilę tylko poderwała jeszcze wzrok, jakby chcąc uchwycić przelotnie coś, co kryło się w zasnutej mgłą, ciemnej czeluści pokoju – nie spojrzała jednak – lecz odwróciła się i wyszła bez słowa.

Gdy tylko ociężałe drzwi kłapnęły z westchnieniem w akcie pożegnania, mój znajomy przeciągnął się intensywnie, wyciągając ramiona wysoko w górę, a w chwilę potem odwrócił się w moją stronę, posyłając mi lekko znużony, a mimo tego dziwnie pogodny i rozluźniony uśmiech.-
- O co jej chodziło? – spytałem cicho, czując się tak, jakbym tymi słowami, wyrzuconymi nieoczekiwanie w zmęczoną ciszę pokoju, ranił jego atmosferę, drażniąc i jątrząc ukryte gdzieś po kątach, bolesne drewniane skaleczenia. – O jakiej właściwej drodze mówiła?
Mój znajomy uniósł brwi w milczeniu.
- Dlaczego, mówiąc o właściwej drodze, patrzyła na mnie?
Wzruszył ramionami, uśmiechając się jedną zaledwie stroną ust z łagodnym, niemal pobłażliwym zdumieniem.
- Na ciebie? Ależ to niemożliwe! Jakim cudem miałaby cię w ogóle zobaczyć? Nawet ja ledwie dostrzegam zarys twojej sylwetki w tym ciemnym kącie – a nie wiem, czy i to byłoby możliwe, gdybym nie wiedział, że tam jesteś.
- Nie – pokręciłem z wolna głową, starając się spojrzeć mu głęboko w oczy. – Ona mnie widziała. Patrzyła na mnie, kiedy pytała, czy jest na właściwej drodze. Patrzyła na mnie. Dlaczego?!

Przez chwilę przyglądał mi się, nie przestając uśmiechać się z lekkim, niemal czułym pobłażaniem – aż wreszcie machnął niedbale dłonią, po czym bez pośpiechu podniósł się z krzesła.

- Uwierz mi – powiedział miękkim, a przy tym stanowczym głosem. – W żadnym wypadku nie potrzebujesz zawracać sobie tym głowy.

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Ja też uważam, że kawał znakomitej roboty. Nie wiem czy moderacja w prozie stosuje awansowanie tekstów - może nie byłoby głupim pomysłem sprzątnęcie go stąd i odrodzenie oczko wyżej po minięciu limitu :) jestem przekonany, że protestów nie będzie :)

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

sa rozne sposoby układania narracji: poprzez dedukcje / teza i jej udawadnianie/,
indukcję / przedstawianie zdarzeń aby potem dojść do jakichś wniosków/
rozbicie zdarzeń jak w lustrze
a u ciebie jeszcze inaczej cos drzemie w środku opowiadania, dla mnie to :
- Słowo – powiedział nieoczekiwanie głosem cichym, lecz twardym zarazem. – Jest pani w posiadaniu potężnego oręża, za pomocą którego można zdziałać cuda. Sztukę posługiwania się nim opanowała pani doskonale. Dlaczego nie robi pani z niego użytku?
tu w/g mnie ukryte jest przesłannie, to co chciało być podpowiedziane.
b.ładne
pozdrawiam

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


×
×
  • Dodaj nową pozycję...