Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Asterion lśnił jak Syriusz 

pośród wszechobecnego błękitu fal.

Wyspa za dnia była niczym 

afrodyzyjska, piękna muza,

wygrzewająca się w okręgu stad mew.

W ciszy gajów oliwnych

i krzewów winorośli.

Rozgrzany, prawie biały piach plaż,

perlił się niczym diamentowe łzy.

Z rzadka pobudowane chaty,

przycupły na stokach

delikatnych wzgórz.

Kamienne drogi, sunęły mlecznymi wstęgami po bezkresie pól i łąk, 

ukwieconych letnią byliną.

Asterion był rajem.

Ogrodem wiecznej szczęśliwości.

Leżał z dala od utartych szlaków.

Korsarskie wilcze stada, 

zazwyczaj polowały

na wschód od niego 

pomiędzy Akhratos a Nekyrą.

Dlatego większość kupieckich karawan,

zwłaszcza francuskich,

płynęło do i z Tulonu

na zachód od wyspy,

A umarli kapitanowie i admiralicja?

Cóż, powiadają, 

że Asterion był ich wieczną tawerną 

dającą wytchnienie 

po bólach i wyrzeczeniach marynarskiej doli.

A kto lepiej przypilnuję skarbu 

niż martwi kamraci.

 

Mimo przeszło dwudziestu lat 

słonej niedoli losu,

utraty dłoni i oka oraz kilku statków 

i większości starej załogi,

pamiętałem jakby

to było ledwie wczoraj,

gdy sporządzałem mapę 

nad zakopanym świeżo dołem.

W nim spoczywały

dwie dębowe skrzynie.

Jedna pełna złotych monet,

druga drogocennych klejnotów

za których wartość niejeden mąż oddałby swój cały

honor, pozycję i duszę.

W dole spoczywały też świeże ciała 

mych niedawnych towarzyszy drogi.

Ich piersi rozprute ołowianymi kulami,

sączyły podłą, piracką krew

na deski skarbu.

Miałem jedynie nadzieję 

że kiedyś mi wybaczą

a ich dusze

nie będą gnębić mnie w snach.

Zresztą śniłem

głównie o władzy i bogactwie 

a nie o

zapijaczonych, bezzębnych gębach,

urwanych kikutach rąk i nóg 

i kordelasach tak tępych 

jak umysł większości parszywej braci.

Miejsce kazałem oznaczyć, 

usypanym naprędce kopczykiem 

do wysokości bioder,

kładąc jeszcze na szczycie dwudziestofuntową kulę armatnią.

Której nie strawi żaden ogień,

nie zmiecie wiatr 

ani nie zmyje rzęsisty deszcz.

Obiecałem sobie wrócić jak najrychlej.

Jednak Bóg piractwa 

miał dla mnie długą pokutę za grzechy.

Zasadzki, pułapki, obławy, ucieczki.

Blokady czy oblężenia.

Przeżyłem wszystko

oprócz własnej śmierci.

Przeżyłem piekło.

Morze ognia i wybuchy prochu.

Złamane maszty

i rozbite taranem kadłuby.

Drogi prowadzące

w gardziel szaleństwa.

Szlaki błądzące pośród 

zielonkawych, trupich mgieł

psiej wachty.

Za ten skarb jednak 

mogłem odkupić wszystkie winy.

Kupić kolejny okręt 

i porzucić piractwo 

na rzecz uczciwej kompanii.

Taki był plan 

przybywając o świcie na Asterion.

Jednak piracka dola 

to czasem nieśmieszny 

acz całkiem udany żart losu.

 

Mimo dwudziestu lat

rozłąki z tym miejscem,

pamiętałem każdy zakręt drogi, 

każde większe drzewo 

i majaczące nieśmiało 

w budzącym się przedświcie

zarysy wzgórz

na jaśniejącym z wolna horyzoncie.

Doskonale wiedziałem 

do którego parowu wejść 

by zanurzyć się 

w ciemnym i chłodnym tyglu 

rozbudzonej

obecnością człowieka przyrody.

Pierwsze zdradziły mnie ptaki.

Kolorowi lotnicy

otworzyli oczka i dzioby.

Rozwinęli pierzaste skrzydła.

Zerwali się do ucieczki 

w wyższe partie drzew.

W gęste, gałęziste wnyki,

krzewistych,

kolczastych i chropowatych 

form matki natury.

Stamtąd obserwowały moje 

przedzieranie się głębiej

do serca lasku.

 

 

Mały, jutowy worek na moich plecach,

haczył się o wystające patyki,

sęki i popękaną, starczą korę.

Miałem w nim kilof, łopatę 

a także rum, chleb i łuczywo z hubką.

Początkowo miałem wędrować

w jego świetle 

lecz kto wie 

jakie licho bym tym na siebie zwołał.

Na wyspie mieszkało 

kilka może kilkanaście osób.

Żadna z nich 

z pewnością nie mieszkała tu 

gdy zakopywałem skarb w ziemi.

I chciałem by nadal był on tajemnicą.

 

 

Wreszcie teren zaczynał 

delikatnie się wznosić.

Pod moimi butami 

rodziła się stromizna wzgórza.

Wyszedłem na otwartą przestrzeń.

Byłem już na tyle wysoko 

względem tafli morza,

że widziałem je jak na dłoni.

Północna zatoka a na jej środku

zacumowany mój bryg.

Ostatni jaki ocalał

z walki z angielską flotą.

Morze było niespokojne.

Silny wiatr dął z południa,

chcąc jakby pozbyć się 

natrętnych żagli okrętu

i wypchnąć jego kadłub

na otwarty akwen.

Trupia bandera stąd niewidoczna,

powiewała zapewne mocno,

niczym wisielcze ciało buntownika 

uczepione do foka na reji.

A pod pokładem

zebrani moi ostatni ludzie.

Pijący i palący na umór.

Liczący się z każdym moim słowem.

 

 

Chcieli tutaj płynąć.

Liczyli na odpoczynek 

po ostatnich fatalnych miesiącach.

Zdziwili się jednak okrutnie, 

gdy kazałem zacumować w zatoce,

spuścić szalupę na wodę 

po czym wsiadłem do niej samotnie

i z rozkazem na ustach,

by nie podążać za mną

pod żadnym pozorem,

zacząłem wiosłować ku

piaszczystej plaży.

Może obgadywali właśnie to

że oszalałem

i opuściłem okręt z własnej woli.

A opuszczona załoga 

ma prawo powołać nowego szypra 

i oddalić się 

w sobie jedynie znanym kierunku.

Istniało takie ryzyko.

Ale i tak było ono mniejsze 

od dalszego

przechowywania tu skarbu.

Skarb wróci dziś ze mną.

 

Jakież było moje zdziwienie 

gdy po chwili stanąłem 

w miejscu ukrycia skrzyń.

Bezsprzecznie

nie było mowy o pomyłce.

Stara kula leżała u moich stóp.

Nie było jednak kopca

a jedynie głęboki wykop

i rozsypana wszędzie wokół 

świeżo rozkopana ziemia.

Była wilgotna i przeraźliwie zimna.

Jak północna mgła lub dłoń topielca.

 

 

Skrzyń nie było nigdzie.

Ani poza wykopem

ani tym bardziej w nim.

Lecz nie zionął on pustką… przeciwnie.

Na jego dnie leżała postać przedziwna.

Ni to człowiek ni karzełek,

wpierw myślałem nawet, 

że to porzucona,

okropnie szpetna lalka.

Miał wzrost butelki rumu.

Był chudy, brodaty 

a głowę miał przewiązaną 

marynarską chustą.

Uszy nieproporcjonalnie wielkie,

były wręcz

jak przyklejone do boków głowy.

Nos krótki i haczykowaty,

zgarbiony jak plecy marynarza 

przy wciąganiu żagli.

Od pasa w górę był nagi 

a portki do kolan miał zszyte

z jakiś przypadkowych

gałganów materiału.

Był bosy 

a stopy jego od dawna 

nie widziały ożywczej toni wody.

 

 

Spał w najlepsze 

gdy zbliżyłem się do wykopu.

Podniosłem nieduży

acz dość ciężki kamień 

i cisnąłem go w pierś karzełka.

Otworzył leniwie oczy 

i z marynarskim, 

pijackim akcentem

rzucił po holendersku.

Czego?!

Rzuciłem jeszcze jednym kamykiem.

Tym razem trafiłem go w potężne ucho.

Zaklął szpetnie i wstał.

Rysy jego stały się wściekłe i groźne.

Jedynie miną mógł nadrabiać 

pozostałe swe braki.

To ja ju zadaje pytania psie.

Gdzie moje złoto i kamienie?

Gdzie są skrzynie z tego wykopu?

Mów po dobroci pomiocie 

a nie skrócę Cię jeszcze bardziej 

tym razem o głowę.

Karzeł zaśmiał się jedynie.

Zimno i okrutnie.

Wczorajszy świt je zabrał.

To było niedorzeczne.

Świt!? Świt nie kradnie bo niby jak?

Pytam ostatni raz kto zabrał skrzynie?

Karzełek patrzył na mnie 

ni to z poczuciem wyższości 

ni to ze współczuciem.

Przyszli po niego piraci.

Rzucił wręcz wesoło.

Jacy piraci? Nazwiska, miano okrętu 

jeśli Ci wiadome!?

Karzeł zrobił nieśmiałe dwa kroki 

i powtórzył.

Świt ich zabrał. Nie dogonisz ich.

Sięgnąłem po kordelas i wbiłem ostrze pod stopy karzełka.

Nie pieprz!!! O jaki świt chodzi?

Karzeł znów rzucił wesoło.

Vissingen, rok pański 

tysiąc siedemset siedemnasty,

dok drugi, finansowany z pieniędzy 

kompanii wschodnioindyjskiej 

i jego przyszłego kapitana.

Oto kapitanie bryg De Dageraad

Świt… wyszeptałem…

Lecz teraz lepiej jest znany 

ze zdobytego przydomku, 

kontynuował karzeł.

Teraz zwą go 

De Dageraad … der Doden…

Świt Umarłych…

wyszeptałem po raz wtóry.

 

 

Karzełek roześmiał się diabelsko.

Jeśli chcesz kapitanie odzyskać złoto

to Świt Umarłych wędruję zawsze 

z pierwszym brzaskiem 

ze wschodu na zachód.

Rodzi się i umiera wraz ze słońcem.

Jeśli będziesz go śledził po tym gdy ostatni blask tarczy słonecznej

zajdzie za horyzont,

to biada Ci i Twojej załodze.

Z tej nocy nie wychodzi już nikt.

Bo dowodzi nim syn nocy.

Gerrit van der Nacht

I pamiętaj moje słowa.

Wszystko co człowiek zakopuję,

wcześniej czy później 

rozkłada się w ziemi.

Wszystko co wrzuca do morza,

rozmywają jego fale.

A wszystko co zabiera umarłym.

Umarli zabiorą jemu.

Pozdrów ode mnie kapitana.

I wszystkich umarłych.

Powodzenia. Przyda Ci się.

 

Widziałem moje skrzynie

ułożone na jego pokładzie.

Widziałem złoto.

Monety.

Kamienie.

Klejnoty.

Widziałem wszystko,

co przez pół życia

odbierałem innym ludziom.

A pomiędzy skrzyniami

siedzieli moi dawni towarzysze.

Ci, których pochowałem.

Ci, których zostawiłem na wyspach.

Ci, których morze zabrało

bez pytania o nazwisko.

Jeden z nich

podniósł głowę.

Wracaj, kapitanie.

Oddajcie mi moje złoto!

Nie jest twoje.

Ukradłem je.

Właśnie dlatego należy do nas.

Statek odpłynął.

Ruszyłem za nim.

 

Płynąłem za Świtem Umarłych

aż zniknęły gwiazdy.

Płynąłem,

aż ocean zrobił się ciężki

i czarny jak ołów.

Płynąłem,

aż pod kilem

usłyszałem głosy.

Nie z pokładu.

Z głębi.

Wołały mnie.

Jednym głosem.

Moim własnym.

Wtedy spojrzałem w wodę.

I zobaczyłem otchłań.

Nie miała dna.

Nie miała końca.

Nie miała nawet ciemności,

bo ciemność jest przecież czymś,

co można zobaczyć.

To było miejsce,

w którym nawet śmierć

wydawała się zbyt mała.

A Świt Umarłych

płynął ku niemu.

I wtedy ujrzałem przed jego dziobem 

wykop w morskiej toni.

Tożsamy z tym z Asterionu.

Statek wracał do grobu.

A jego grób był moim grobem.

Nagle na jego rufie 

pojawił się liliput z wyspy.

Śmiał się i uderzał co chwila 

w marynarskiej dzwonki.

Odliczając czas do wiecznej tułaczki.

Wachty umarłych.

Świt Umarłych

wpłynął do swego grobu 

a my uczyniliśmy to w ślad za nim.

 

 

 

 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×
×
  • Dodaj nową pozycję...