Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'statek' .

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Fraszki i miniatury poetyckie
    • Haiku
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o portalu
  • Różne

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


Znaleziono 4 wyniki

  1. Asterion lśnił jak Syriusz pośród wszechobecnego błękitu fal. Wyspa za dnia była niczym afrodyzyjska, piękna muza, wygrzewająca się w okręgu stad mew. W ciszy gajów oliwnych i krzewów winorośli. Rozgrzany, prawie biały piach plaż, perlił się niczym diamentowe łzy. Z rzadka pobudowane chaty, przycupły na stokach delikatnych wzgórz. Kamienne drogi, sunęły mlecznymi wstęgami po bezkresie pól i łąk, ukwieconych letnią byliną. Asterion był rajem. Ogrodem wiecznej szczęśliwości. Leżał z dala od utartych szlaków. Korsarskie wilcze stada, zazwyczaj polowały na wschód od niego pomiędzy Akhratos a Nekyrą. Dlatego większość kupieckich karawan, zwłaszcza francuskich, płynęło do i z Tulonu na zachód od wyspy, A umarli kapitanowie i admiralicja? Cóż, powiadają, że Asterion był ich wieczną tawerną dającą wytchnienie po bólach i wyrzeczeniach marynarskiej doli. A kto lepiej przypilnuję skarbu niż martwi kamraci. Mimo przeszło dwudziestu lat słonej niedoli losu, utraty dłoni i oka oraz kilku statków i większości starej załogi, pamiętałem jakby to było ledwie wczoraj, gdy sporządzałem mapę nad zakopanym świeżo dołem. W nim spoczywały dwie dębowe skrzynie. Jedna pełna złotych monet, druga drogocennych klejnotów za których wartość niejeden mąż oddałby swój cały honor, pozycję i duszę. W dole spoczywały też świeże ciała mych niedawnych towarzyszy drogi. Ich piersi rozprute ołowianymi kulami, sączyły podłą, piracką krew na deski skarbu. Miałem jedynie nadzieję że kiedyś mi wybaczą a ich dusze nie będą gnębić mnie w snach. Zresztą śniłem głównie o władzy i bogactwie a nie o zapijaczonych, bezzębnych gębach, urwanych kikutach rąk i nóg i kordelasach tak tępych jak umysł większości parszywej braci. Miejsce kazałem oznaczyć, usypanym naprędce kopczykiem do wysokości bioder, kładąc jeszcze na szczycie dwudziestofuntową kulę armatnią. Której nie strawi żaden ogień, nie zmiecie wiatr ani nie zmyje rzęsisty deszcz. Obiecałem sobie wrócić jak najrychlej. Jednak Bóg piractwa miał dla mnie długą pokutę za grzechy. Zasadzki, pułapki, obławy, ucieczki. Blokady czy oblężenia. Przeżyłem wszystko oprócz własnej śmierci. Przeżyłem piekło. Morze ognia i wybuchy prochu. Złamane maszty i rozbite taranem kadłuby. Drogi prowadzące w gardziel szaleństwa. Szlaki błądzące pośród zielonkawych, trupich mgieł psiej wachty. Za ten skarb jednak mogłem odkupić wszystkie winy. Kupić kolejny okręt i porzucić piractwo na rzecz uczciwej kompanii. Taki był plan przybywając o świcie na Asterion. Jednak piracka dola to czasem nieśmieszny acz całkiem udany żart losu. Mimo dwudziestu lat rozłąki z tym miejscem, pamiętałem każdy zakręt drogi, każde większe drzewo i majaczące nieśmiało w budzącym się przedświcie zarysy wzgórz na jaśniejącym z wolna horyzoncie. Doskonale wiedziałem do którego parowu wejść by zanurzyć się w ciemnym i chłodnym tyglu rozbudzonej obecnością człowieka przyrody. Pierwsze zdradziły mnie ptaki. Kolorowi lotnicy otworzyli oczka i dzioby. Rozwinęli pierzaste skrzydła. Zerwali się do ucieczki w wyższe partie drzew. W gęste, gałęziste wnyki, krzewistych, kolczastych i chropowatych form matki natury. Stamtąd obserwowały moje przedzieranie się głębiej do serca lasku. Mały, jutowy worek na moich plecach, haczył się o wystające patyki, sęki i popękaną, starczą korę. Miałem w nim kilof, łopatę a także rum, chleb i łuczywo z hubką. Początkowo miałem wędrować w jego świetle lecz kto wie jakie licho bym tym na siebie zwołał. Na wyspie mieszkało kilka może kilkanaście osób. Żadna z nich z pewnością nie mieszkała tu gdy zakopywałem skarb w ziemi. I chciałem by nadal był on tajemnicą. Wreszcie teren zaczynał delikatnie się wznosić. Pod moimi butami rodziła się stromizna wzgórza. Wyszedłem na otwartą przestrzeń. Byłem już na tyle wysoko względem tafli morza, że widziałem je jak na dłoni. Północna zatoka a na jej środku zacumowany mój bryg. Ostatni jaki ocalał z walki z angielską flotą. Morze było niespokojne. Silny wiatr dął z południa, chcąc jakby pozbyć się natrętnych żagli okrętu i wypchnąć jego kadłub na otwarty akwen. Trupia bandera stąd niewidoczna, powiewała zapewne mocno, niczym wisielcze ciało buntownika uczepione do foka na reji. A pod pokładem zebrani moi ostatni ludzie. Pijący i palący na umór. Liczący się z każdym moim słowem. Chcieli tutaj płynąć. Liczyli na odpoczynek po ostatnich fatalnych miesiącach. Zdziwili się jednak okrutnie, gdy kazałem zacumować w zatoce, spuścić szalupę na wodę po czym wsiadłem do niej samotnie i z rozkazem na ustach, by nie podążać za mną pod żadnym pozorem, zacząłem wiosłować ku piaszczystej plaży. Może obgadywali właśnie to że oszalałem i opuściłem okręt z własnej woli. A opuszczona załoga ma prawo powołać nowego szypra i oddalić się w sobie jedynie znanym kierunku. Istniało takie ryzyko. Ale i tak było ono mniejsze od dalszego przechowywania tu skarbu. Skarb wróci dziś ze mną. Jakież było moje zdziwienie gdy po chwili stanąłem w miejscu ukrycia skrzyń. Bezsprzecznie nie było mowy o pomyłce. Stara kula leżała u moich stóp. Nie było jednak kopca a jedynie głęboki wykop i rozsypana wszędzie wokół świeżo rozkopana ziemia. Była wilgotna i przeraźliwie zimna. Jak północna mgła lub dłoń topielca. Skrzyń nie było nigdzie. Ani poza wykopem ani tym bardziej w nim. Lecz nie zionął on pustką… przeciwnie. Na jego dnie leżała postać przedziwna. Ni to człowiek ni karzełek, wpierw myślałem nawet, że to porzucona, okropnie szpetna lalka. Miał wzrost butelki rumu. Był chudy, brodaty a głowę miał przewiązaną marynarską chustą. Uszy nieproporcjonalnie wielkie, były wręcz jak przyklejone do boków głowy. Nos krótki i haczykowaty, zgarbiony jak plecy marynarza przy wciąganiu żagli. Od pasa w górę był nagi a portki do kolan miał zszyte z jakiś przypadkowych gałganów materiału. Był bosy a stopy jego od dawna nie widziały ożywczej toni wody. Spał w najlepsze gdy zbliżyłem się do wykopu. Podniosłem nieduży acz dość ciężki kamień i cisnąłem go w pierś karzełka. Otworzył leniwie oczy i z marynarskim, pijackim akcentem rzucił po holendersku. Czego?! Rzuciłem jeszcze jednym kamykiem. Tym razem trafiłem go w potężne ucho. Zaklął szpetnie i wstał. Rysy jego stały się wściekłe i groźne. Jedynie miną mógł nadrabiać pozostałe swe braki. To ja ju zadaje pytania psie. Gdzie moje złoto i kamienie? Gdzie są skrzynie z tego wykopu? Mów po dobroci pomiocie a nie skrócę Cię jeszcze bardziej tym razem o głowę. Karzeł zaśmiał się jedynie. Zimno i okrutnie. Wczorajszy świt je zabrał. To było niedorzeczne. Świt!? Świt nie kradnie bo niby jak? Pytam ostatni raz kto zabrał skrzynie? Karzełek patrzył na mnie ni to z poczuciem wyższości ni to ze współczuciem. Przyszli po niego piraci. Rzucił wręcz wesoło. Jacy piraci? Nazwiska, miano okrętu jeśli Ci wiadome!? Karzeł zrobił nieśmiałe dwa kroki i powtórzył. Świt ich zabrał. Nie dogonisz ich. Sięgnąłem po kordelas i wbiłem ostrze pod stopy karzełka. Nie pieprz!!! O jaki świt chodzi? Karzeł znów rzucił wesoło. Vissingen, rok pański tysiąc siedemset siedemnasty, dok drugi, finansowany z pieniędzy kompanii wschodnioindyjskiej i jego przyszłego kapitana. Oto kapitanie bryg De Dageraad Świt… wyszeptałem… Lecz teraz lepiej jest znany ze zdobytego przydomku, kontynuował karzeł. Teraz zwą go De Dageraad … der Doden… Świt Umarłych… wyszeptałem po raz wtóry. Karzełek roześmiał się diabelsko. Jeśli chcesz kapitanie odzyskać złoto to Świt Umarłych wędruję zawsze z pierwszym brzaskiem ze wschodu na zachód. Rodzi się i umiera wraz ze słońcem. Jeśli będziesz go śledził po tym gdy ostatni blask tarczy słonecznej zajdzie za horyzont, to biada Ci i Twojej załodze. Z tej nocy nie wychodzi już nikt. Bo dowodzi nim syn nocy. Gerrit van der Nacht I pamiętaj moje słowa. Wszystko co człowiek zakopuję, wcześniej czy później rozkłada się w ziemi. Wszystko co wrzuca do morza, rozmywają jego fale. A wszystko co zabiera umarłym. Umarli zabiorą jemu. Pozdrów ode mnie kapitana. I wszystkich umarłych. Powodzenia. Przyda Ci się. Widziałem moje skrzynie ułożone na jego pokładzie. Widziałem złoto. Monety. Kamienie. Klejnoty. Widziałem wszystko, co przez pół życia odbierałem innym ludziom. A pomiędzy skrzyniami siedzieli moi dawni towarzysze. Ci, których pochowałem. Ci, których zostawiłem na wyspach. Ci, których morze zabrało bez pytania o nazwisko. Jeden z nich podniósł głowę. Wracaj, kapitanie. Oddajcie mi moje złoto! Nie jest twoje. Ukradłem je. Właśnie dlatego należy do nas. Statek odpłynął. Ruszyłem za nim. Płynąłem za Świtem Umarłych aż zniknęły gwiazdy. Płynąłem, aż ocean zrobił się ciężki i czarny jak ołów. Płynąłem, aż pod kilem usłyszałem głosy. Nie z pokładu. Z głębi. Wołały mnie. Jednym głosem. Moim własnym. Wtedy spojrzałem w wodę. I zobaczyłem otchłań. Nie miała dna. Nie miała końca. Nie miała nawet ciemności, bo ciemność jest przecież czymś, co można zobaczyć. To było miejsce, w którym nawet śmierć wydawała się zbyt mała. A Świt Umarłych płynął ku niemu. I wtedy ujrzałem przed jego dziobem wykop w morskiej toni. Tożsamy z tym z Asterionu. Statek wracał do grobu. A jego grób był moim grobem. Nagle na jego rufie pojawił się liliput z wyspy. Śmiał się i uderzał co chwila w marynarskiej dzwonki. Odliczając czas do wiecznej tułaczki. Wachty umarłych. Świt Umarłych wpłynął do swego grobu a my uczyniliśmy to w ślad za nim.
  2. Oficer wachtowy obrócił leniwo klepsydrę i rozkazał wybicie czterech popołudniowych szklanek. Wiało silnie od rufy. Nasz galeon odniósł prawie śmiertelne rany w walce z posejdonowym żywiołem. Za wschodni horyzont odchodziły, gnane furią zniszczenia, skołtunione, grafitowe i zimne bałwany burzowych chmur. Pierwszy oficer, przeciskał się ku mnie z trudem. Mijał pokład zaścielony resztkami żagli i luźnym już w większości olinowaniem masztów. Melduję, że Czarny Łabędź zatonął a z Zielonego Smoka nadano sygnałem, że przyjęli kilkanaście ton wody w ładownie przez uszkodzenie poszycia. Nie będą w stanie wyrównać stępki. Dodatkowo prawie powaliło im grotmaszt i zerwało z niego gafel. Woda i wiatr zablokowały ster i zerwały oba bakstagi. No i stracili dziesięć osób w tym szypra. Patrzyłem przez reling na bakburcie na szczątki Łabędzia, unoszące się na spienionych falach. Znów oszukałem widmo śmierci. A przepowiedziane mi umrzeć na morzu a nie ze starości gnuśnej lub krwawej zarazy. Podejść pod burtę Smoka! Pod wiatr podejść od dziobu! Rzucić liny i trap między pokłady Przejąć załogę! A żywo dranie! Co do metra! Później czekać na dalsze rozkazy. Pod mundurem, poprawiłem zawiniątko z Twoimi listami. Od łez i słonej wody były już nieczytelne. Usłyszysz kiedyś Miła, dzwięk dzwonków marynarskich za oknem. I ujrzysz wtedy w salonie, widmo swego kapitana. Wokół jego załogę przeklętą. Dla nich żegluga jest wiecznością. Tak jak pokuta za grzechy. Ostatnia psia wachta. Tam gdzie bezkresne oceany zaświatów. Cmentarzysko dusz i wraków piekielne.
  3. Warunkiem przyznania pobytu stałego jest list polecający od pracodawcy, ale żeby dostać pracę, trzeba mieć w paszporcie naklejkę: Residence Permit. To błędne koło zatoczyłoby zapewne jeszcze jeden rok, gdyby gdzieś na końcu nabrzeża, na końcu wyspy, na końcu świata, nie zabrakło jednego do załogi. W Dunedin byłem już miesiąc wcześniej, lecz wróciłem z niczym, nie licząc grzecznościowego Best luck. Może tym razem będę mieć więcej szczęścia. Podróż koleją, bo na Iwana nie było co liczyć. Nie żałowałem; większego nudziarza trudno spotkać. — Natalciu, ce je krowa, a ce je owca — i po raz setny puszcza tę taśmę z ukraińskimi piosenkami. Na dworcu przy Moorhouse Avenue (po którym dziś nie ma śladu) czekał mnie prawdziwy szok: tłumy jak w Zaduszki na Wschodnim w Warszawie, gdy jednak nadeszła chwila odjazdu większość ludzi została na peronie machając chusteczkami i dopiero na następnym przystanku zorganizowana grupa harcerzy-emerytów zapełniła część miejsc, w przeciwnym razie pociąg dojechałby do stacji końcowej nieomal pusty. Nic dziwnego, że do ceny biletu doliczano opłatę za nieistniejących pasażerów. Mnie nikt nie odprowadzał, bo Ewa z czteromiesięcznym dzieckiem została w domu z moją matką i siostrą. Podróż nie miała końca, pociąg zwalniał w tunelach i na zakrętach. Czemu tory są takie wąskie? Pewnie dlatego, żeby mogli je ułożyć na brzeżku między oceanem i górami. Wykuć w skałach tyle przepustów musiało kosztować fortunę. A może dostosowali rozstaw szyn do japońskich lokomotyw, które mocniej ciągną? Nim zdążyłem to ustalić usłyszałem zawołanie kierownika pociągu: All out or change! Miasto niczego sobie: nieduże, lecz czyste i zadbane, zbudowane w szkockim stylu, a pagórki jak w San Francisco. Gdyby spadł śnieg mógłbym zjechać na sankach prosto do morza. Dokładnie w miejsce gdzie przycumowany drzemał mój statek, mój nowy dom. Podszedłem bliżej i przeczytałem nazwę: Otago Galliard. Wiedziałem co oznacza pierwsze słowo, ale to następne? Pierwsze dwie noce spędziłem w miejskim hotelu. Pierwsze dwa dni przy załadunku: worki ziemniaków, pudła wypchane bekonem i kiełbasą. Nie może być źle, skoro tyle żarcia ładują. A załoga? Pewnie jakieś mordy zakazane. Schodziłem z ciężkim sercem na śniadanie, zaglądam do sali, a tu zamiast rybaków-rzezimieszków, siedzą przy stołach jacyś brokerzy z giełdy: eleganckie ubrania, złote sygnety i bransolety, na parkingu przed hotelem ośmiocylindrowe gabloty. „Niezła przyszłość mnie tu czeka” — pomyślałem i uspokojony siadłem do stołu. Pomimo dwudziestu lat służby, B-420 była wciąż dzielną jednostką. Zbudowana w gdyńskiej stoczni, tej której imienia nie wypada dziś pamiętać, połowę życia spędziła pod brytyjską banderą, a gdy dostała pierwszych zmarszczek, została sprzedana do kraju, gdzie cztery gwiazdy w kształcie krzyża, wskazują żeglarzom drogę na południe. Polskie tokarki nie działały w systemie imperialnym i nikt nie potrafił ich obsługiwać, dopóki niedoszły absolwent WSM w Gdyni, Marine Mechanic Zen, dla mnie po prostu: Zenek, nie został zatrudniony jako trzeci mechanik. Już na samym początku rejsu Zenek udzielił mi nader praktycznej rady: — Tobie angielski nie będzie w ogóle potrzebny… no, może za wyjątkiem dwóch słów, które dobrze sobie zapamiętaj: Fuck off! Którejś wachty wyszperał jakiś kawałek metalu, zamocował na obrabiarce i wytoczył z tego nóż, mniej więcej takich rozmiarów jak ten, którym Paul Hogan wymachiwał w „Krokodylu Dundee”. Zatknąłem sobie ten „scyzoryk” za uplecionym z nylonowych sieci paskiem i od tego momentu nikt bliżej jak na półtora metra do mnie nie podchodził. Zenek trzymał wachtę w maszynie, skąd co jakiś czas wychodził na pokład, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Wystawiał blade czoło do słońca lub grzebał w sieciach leżących przy burcie, jakby czegoś w nich szukał. — Na co ci te patyki? „Patyki” to były koralowce. Należało oczyścić je z mułu, usunąć narośnięte skorupiaki, polakierować i zamocować na mosiężnej podstawce. Zenek miał ich w maszynie całą kolekcję. Jak mu teraz powiedzieć, że podobne znaleziska wyrzucałem wielokrotnie do morza? — Duże? — zapytał drżącym głosem Zenek. — Ostatni, o taki… — Zakreśliłem w powietrzu ruch ręką. Zenek nic nie odrzekł, ale z jego miny odgadłem, że nie mógł przeboleć tej straty. Przetwórnia płynęła w ślad za rybą, ryba za planktonem, który zimą krążył wokół Chatham Island — niedużej, skalistej wysepki, położonej dwieście kilometrów na zachód od linii zmiany daty. Płynąć dalej nie ma dokąd, można tylko wracać. Byłem prawie sto sześćdziesiąt stopni na wschód od miejsca urodzenia. Gdyby Ziemia miała płaski kształt stołu, zawisłbym u jego krawędzi, ale Ziemia wszędzie wyglądała tak samo: szare wody oceanu, gdzie okiem sięgnąć. Przy dobrej pogodzie potrafiłem wypatrzeć stado delfinów lub samicę wieloryba wracającą z małym w chłodniejsze wody Antarktyki. Ich widok cieszył mnie jakbym spotkał dobrego kolegę. Czemu tylko jeden cielak? Może miała jeszcze jednego tylko zaginął gdzieś po drodze. Zdechł zaplątany w sieciach, albo dopadły go orki. Po kilku spokojnych dniach skipper zmienił taktykę: zamiast wyciągać sieci dwukrotnie w ciągu sześciogodzinnej wachty, kazał uruchamiać sieciowe windy co czterdzieści minut. Nie łowiliśmy samotnie — w pobliżu trałowało kilku Norwegów, Japończyków, nawet jeden Rosjanin, a ryb tyle co zębów u kury. Baza w Dunedin, zaniepokojona słabymi wynikami, wysłała po tygodniu bezrybia sygnał ponaglający kapitana do uporczywszych poszukiwań. Zmienialiśmy miejsca, rodzaj sieci oraz drzwi trałowych, aż którejś nocy trafiliśmy jackpot: czterdzieści ton za jednym zamachem! Pierwszy gatunek, za który płacono premię cztery dolary od tony bez podatku. Następny połów równie udany. Cała załoga pod pokładem w przetwórni ledwo nadąża z filetowaniem, wyczerpana, ale szczęśliwa. Ładownię zapełniają powoli bloki zamrożonej ‘Orange Roughy’. Będzie ją można kupić na święta w sklepie rybnym, siedemnaście dolarów za kilo. Kierownictwo bazy opija sukces i daje sygnał do powrotu, ale zostawić tyle pieniędzy w głębinach Pacyfiku? Zdesperowany skipper daje rozkaz upłynnić filety gorszej jakości i zrobić miejsce dla towaru, za który płacą najwyższą stawkę. Kiedy obserwator MAF* idzie spać, wyrzucamy tańszy towar za burtę. Trochę szkoda, lecz prawa biznesu są nieubłagane: wobec ryby i ludzi. Wkrótce nad statek nadlatują setki mew, nie wiadomo skąd. Obserwator MAF chyba coś zwąchał, ale wolał nie zadzierać z załogą. Do brzegu daleko, a na morzu o wypadek nietrudno… Gdy po pięćdziesięciu dwóch dniach przybijaliśmy do nabrzeża, a dokładnie kilka sekund zanim burta statku weszła w fizyczny kontakt z buforem zrobionym ze starej opony, nad półmetrową szczeliną poszybował niewielki człowieczek, całkiem sprawny przy swojej tuszy. Na głowie miał kapelusz w stylu jackaroo**, a jego twarz była całkiem przezroczysta, niemożliwa do zapamiętania. Ściskał pod pachą skórzaną teczkę, pękatą od zawartości. Był to księgowy z firmy rybackiej, a teczka zawierała gotówkę wypłacaną na poczet wykonanej pracy. Wystarczyło podpisać, żeby iść na miasto nie z pustymi rękami, pić na umór w pierwszej knajpie, zaprosić do zabawy kobiety, ale ja i Zenek mieliśmy inny plan: czekaliśmy na popołudniowy autobus do Christchurch. Dobrze wracać do domu z pełną torbą, dobrze myśleć o następnej wyprawie w poszukiwaniu skarbów. *MAF — Ministry of Agriculture and Fisheries (Ministerstwo Rolnictwa i Rybołówstwa). **Jackaroo — potocznie młody mężczyzna zatrudniony na farmie przy hodowli bydła w Nowej Zelandii.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...