Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Nie rozumiem. Są różne możliwości, wiele rozwiązań, motywów, które można by całkiem nawet logicznie określić (bo on pyta, czy widzę jakąś logikę w swoim działaniu). Podczas rozprawy sądowej powiedziałabym, że nie miałam wyjścia, albo udowadniłabym sobie chwilową niepoczytalność, zamroczenie. Gdyby rozprawa się odbyła, powiedziałabym to na pewno. Ale nie popełniłam przestępstwa, wykroczenia też nie (bo on pyta, czy czuję, że zrobiłam coś złego). Oszalałam na jeden wieczór, to wszystko. Oszalałam. To się przecież zdarza ludziom. Więc dlaczego niby miałabym ponieść karę? Odpokutować? Za co? Dlaczego każą mi sądzić, że zgrzeszyłam, że nie jestem normalna, że mam jakiś problem. Ze sobą. Ze swoją psyche. Dlaczego każą mi rozmawiać z tym nudziarzem? Wywlekać różne śmieci z dzieciństwa (bo on pyta, czy rodzice są razem, czy się kochają, czy kochają mnie i tak dalej), opowiadać mu o swoich związkach (bo on pyta, czy miałam kogoś bliskiego, czy mam kogoś teraz, kim jest dla mnie Oskar), płakać i śmiać się na zawołanie (bo on pyta, czy potrafię płakać i śmiać się na zawołanie). Dlaczego?

Maciek jest wysokim brunetem, ma grzywkę, okrągłą, pyzatą twarz i nosi glany. Już na pierwszym spotkaniu kazał mi zwracać się do siebie po imieniu. Podobno to ułatwia kontakt. Nie czuję, żeby istniało między nami jakiekolwiek, choćby minimalne porozumienie. Odpowiadam z obowiązku, ze względu na reguły, które rządzą moimi u niego wizytami, ze względu na pieniądze Oskara, które mój wspaniały ulizany psycholog dostał za dwa miesiące sesji z góry. Drogi Maćku – zaczynam list, który mi kazał napisać w ramach terapii. Uznał, że na piśmie będzie mi łatwiej o szczerość. Gówno prawda. Nic nie zmieni faktu, że trafiłam do niego niezasłużenie i cierpię niewinnie. Żeby miał chociaż wygodną kozetkę, jak na filmach, ale nie – przyjmuje w gabinecie ginekologicznym. Między nami biurko w okleinie, pod tyłkiem twarde metalowe krzesło bez poręczy, a z tyłu za parawanem – autentyczne narzędzia tortur. Drogi Maćku, piszę jednak, jestem zupełnie normalna. Moja rodzina to wprost nieosiągalny dla innych ideał – pełna, zdrowa, wykształcona i kochająca. Mój mężczyzna, Oskar, którego miałeś przyjemność poznać, jest również wcieleniem wszelkich cnót. Troszczy się o mnie aż nadto, czego najlepszym dowodem jest Twoja obecność w moim życiu. Szczerze mówiąc (pisząc), nie potrafię dostrzec wokół siebie niczego, co mogłoby zachwiać moją równowagą psychiczną. Nie doświadczyłam nigdy żadnych przykrości, nie przeżyłam żadnej traumy. Jestem po prostu chodzącym okazem szczęścia. Tu zakończyłam. Co w zasadzie mogłabym dodać? Przecież wszystko było jasne. Jeden wieczór, jedno zawirowanie i od razu zostałam posądzona o szaleństwo. Jedna mała ryska na szkle. Zupełnie tego nie rozumiem. Przecież ludziom często zdarzają się takie rzeczy. Czym ja różnię się od innych? Nie, no wiem, czym się różnię. Ale…

Poznałam Jamiego na imprezie u Donaty. Odwiedzał ojca i jego nową młodą żonę. Po raz pierwszy trafił do „ojczyzny”. Donata i jego śliczna macocha chodziły razem do podstawówki. Przez osiem lat siedziały w jednej ławce, więc zabawienie pasierba przyjaciółki nie stanowiło żadnego problemu. Zwłaszcza, że chłopak był przystojny i wyjątkowo szarmancki. Po polsku znał zaledwie kilka słów, ale akurat te, które robiły na kobietach największe wrażenie. Dziewczyny piszczały, wisząc u jego ramion i wybuchały śmiechem z częstotliwością kilkuset razy na sekundę. Wpadłam tylko po notatki. Oskar wyjechał w delegację i miałam zamiar wykorzystać pierwszy od pół roku samotny wieczór na intensywną naukę. Wypiłam dwa piwa, pogadałam z Doną i już, już zbierałam się do wyjścia, kiedy Jamie poprosił mnie do tańca. Odmówiłam, ale upierał się tak długo i uroczo, że w końcu mu uległam. To właściwie klasyka takich domowych zabaw. Można o tym przeczytać w każdym fotostory: dziewczyna jest szarą myszką, chłopak loverboyem, on wyławia ją z tłumu, tańczą całą noc, a podczas najromantyczniejszej z „przytulanek” całują się słodko i namiętnie, potem on odprowadza ją do domu, na pożegnanie mówi jej jeszcze, że nigdy nie znał nikogo takiego jak ona i że chociaż musi jutro z samego rana wyjechać i pewnie nie wróci już do kraju, z pewnością o niej nie zapomni, a może nawet napisze od czasu do czasu jakiś bardzo, bardzo czuły list. Bywa, że jeśli historia jest ciekawa, pod ostatnim zdjęciem pojawia się obietnica: ciąg dalszy nastąpi. I oczywiście następuje. Na pierwszym zdjęciu nasza bohaterka cieszy się, że Jamie znika na zawsze i nie będzie jej robił problemów, że nie chce się wiązać i na pewno nie wyśle jej nawet kartki. Porządkuje notatki i zabiera się za wkuwanie. Ale jej radość trwa krótko. Na zdjęciu dziesiątym do domu wraca Oskar i robi jej scenę. Ktoś „uprzejmy” doniósł mu o wczorajszym wieczorze. Jest wściekły. Krzyczy: - Znowu?! Znowu?! Czy ty nie umiesz nad sobą zapanować?! Nasza bohaterka nic z tego nie rozumie. Zrobiła to tylko raz, a ponadto nie poczuwa się do winy. Jej zdaniem nic wielkiego się nie stało. Ot, jeden przelotny pocałunek bez znaczenia. O co ta cała afera? Ale zanim się dowie, już wędruje posłusznie na pierwszą wizytę do „specjalisty”. A po ostatnim obrazkiem znów czytamy: cdn.

- Jak sądzisz: dlaczego Oskar od razu z tobą nie zerwał? Dlaczego przyprowadził cię tutaj? Przecież każdy inny facet na jego miejscu uznałby, że to była zdrada i niczego nie chciałby wyjaśniać, tak? – wzruszam ramionami.
- Skoro zdarzyło ci się to po raz pierwszy… Jesteś tego pewna? – potakuję.
- Wiesz, że Oskar twierdzi co innego? Wymienił co najmniej pięć podobnych przypadków. Mówi, że za każdym razem wydajesz się być w stu procentach przekonana, że nic się nie stało, a po jakimś czasie zaczynasz wszystkiemu zaprzeczać – wybucham śmiechem.
- Co to w ogóle za brednie? Chcecie mi wmówić schizofrenię jakąś, czy co?
- Nie. Uspokój się. Powtarzam ci tylko, co wiem od Oskara. Chciałbym poznać twoje zdanie na ten temat.
- Nie mam zdania. To jakaś kompletna bzdura. Pocałowałam innego chłopaka. Raz jeden. Nie ma się o co wściekać. Można się obrazić, no pewnie. Można się nawet wyprowadzić. Ale robienie ze mnie z tej okazji wariatki to już chyba lekka przesada, nie uważasz?
- Więc dlaczego przychodzisz?
- Szanuję Oskara. Nie chcę mu robić więcej przykrości. Żałuję tego, co się stało. Dlatego.
- Powiedziałaś, że go szanujesz. A kochasz?
- Czy muszę odpowiadać? To chyba zbyt intymne.
- Jesteśmy tu po to, żeby mówić o sprawach intymnych, o problemach. Chcemy je przecież rozwiązać.
- Ja nie mam problemów. To raczej Oskar je ma. Zamiast wyrazić swoją zazdrość, przyznać, że został skrzywdzony, że okazał się niedoskonały, niewystarczający dla mnie, woli uznać, że ześwirowłam.
- Tak o tym myślisz?
- Dokładnie tak.

Miałam sen: idę ulicą i mijam całe grupy ludzi. Oni są razem, a ja jakby osobno. Chyba mnie nawet nie widzą. Jakbym była duchem. I nagle czuję, że ktoś na mnie patrzy. Prosto na mnie. Wielkimi czarnymi oczami. Czarne długie rzęsy. Czarne gęste brwi. Nie wiem, kto to jest, ale w uszach wyraźnie brzmi mi coś jakby jego imię, albo pseudonim: Umir. Jest Węgrem. Próbuje dotrzeć na dworzec. Pyta mnie o drogę. Akurat mnie – osobę, której nikt dotąd nie dostrzegał, którą wszyscy ignorowali. Odprowadzam go aż na stację. Przez całą drogę praktycznie nie rozmawiamy, ale już po minucie trzymamy się za ręce, a na peronie, przed odjazdem pociągu całujemy się dziko, gryziemy w usta i wbijamy sobie nawzajem paznokcie w plecy. Umir macha mi jeszcze z okna przedziału. Uśmiecham się.

Maciek twierdzi, że to nie ja opowiedziałam mu o Umirze, ale Oskar. Oskar nie mógłby o tym wiedzieć. To był tylko sen i nie mówiłam o nim nikomu. Skądś jednak wie. Oboje wiedzą. – Jak to możliwe? – pytam. – Może to wydarzyło się naprawdę – sugeruje Maciek. – Może po prostu zapomniałaś.

- A kim jest lub był dla ciebie Gilbert? – chce wiedzieć przy kolejnym spotkaniu.
- Jak to? – dziwię się. – Nikim. Zmyśliłam go. Chciałam wypaść światowo przed koleżankami, więc opowiadałam im o swoim nadmorskim romansie z Francuzem.
- Co opowiadałaś?
- Nic nadzwyczajnego. Że chodziliśmy po plaży, a on szukał nazw dla kształtów, które dzieci zbudowały z piasku, dla śladów stóp, dla dziwactw wiatru. Że kupił mi broszkę z bursztynu.
- Podobno masz taką broszkę.
- Oskar? – potwierdza. – No, mam. Sama ją sobie kupiłam. W Międzyzdrojach.
- W Międzyzdrojach poznałaś Gilberta. Postawił ci drinka z parasolką. Śmialiście się, że to takie oklepane, potem poszliście na spacer. Czy tak?
- Taaaaak. Ale…
- Jakie „ale”?
- W y m y ś l i ł a m g o. Wymyśliłam, prawda?

Ruben Koben istniał naprawę. Nie wiem za dobrze, skąd pochodził. Z Turcji może. Albo okolic. Chyba nie zapytałam. Studiowaliśmy razem przez jeden semestr. Dużo rozmawialiśmy, kilka razy poszliśmy do kina, raz do teatru. Nie byliśmy parą. Nie oficjalnie na pewno. Całowaliśmy się rzadko, właściwie tylko wtedy, gdy pożyczał samochód od kumpla z akademika. I tylko w samochodzie. Miał długi, szorstki język i bardzo cienkie wargi. Za to jego zęby, nawet przednie, przypominały kształtem kły – były szpiczaste i wąskie, niemal kłuły. To było naprawdę interesujące doświadczenie. Nie byłam wtedy z Oskarem. Jeszcze nie. I już nie. Mieliśmy „przerwę”. W pewnym wieku większość par robi sobie „przerwę”, żeby coś przeżyć, żeby odetchnąć, żeby móc się troszeczkę pozdradzać bez wyrzutów sumienia. Ja w każdym razie nie miałam wyrzutów. Oskar też nie, tyle że on z nikim się nie spotykał. Może dlatego wypomina mi teraz Kobena. Może dlatego Maciek ma go w notatkach.

- Pociągają cię obcokrajowcy?
- Co? Nie. Dlaczego? To bez znaczenia. Pociągają mnie mężczyźni w ogóle. To chyba normalne, prawda? Jestem zwyczajną heteroseksualną dziewczyną.
- Rozumiem. A ja?
- Co ty?
- Pociągam cię?
- No wiesz!
- Odpowiedz. Dla dobra terapii. Chcę się o czymś przekonać.
- Nie dam się w to wciągnąć. Jeśli powiem, że nie, uznasz, że to przez twoją ewidentną polskość. Jeśli powiem, że tak, zbłaźnię się, a ty znów zatriumfujesz. Nie, nie nabierzesz mnie. Zresztą i tak pewnie odnalazłbyś na swoim drzewie genealogicznym jakichś zagranicznych przodków. Żydów może. Albo Hiszpanów. Wiesz, że ojciec Oskara jest Włochem, prawda? Powiedział ci? Głupie pytanie. Wszystko ci przecież mówi.

- Porozmawiajmy może o Hiszpanach?
- To znaczy? W moim erotycznym życiorysie, tak?
- Tak.
- To proste. Nie było takich.
- A mężczyzna z przystanku?
- Jaki mężczyzna z przystanku?
- Podobno całowałaś się z jakimś facetem na przystanku autobusowym. Czy on nie był Hiszpanem?
- Rany! O co tu chodzi?! To był taki impuls tylko, chwila. Nawet się nie znaliśmy. Powiedział kilka słów, których nie zrozumiałam, pewnie coś o pogodzie. Brzmiało to tak telenowelowo. Roześmiałam się, a on dotknął palcem moich warg. Poniosło mnie. To wszystko. Każde z nas pojechało w swoją stronę. W czym problem?
- Byłaś wtedy z Oskarem?
- No, tak. Ale to nie była zdrada. To nic nie było. Taki wybryk. Nieistotny szczegół.
- Nie jedyny…
- O co ci chodzi, co?! Przestań się mnie czepiać. Czy tobie nigdy nie zdarzyła się chwila słabości? Czy nie ponosi cię czasem fantazja? Czy nie działasz spontanicznie? Nie dajesz się ponieść?
- Nie atakuj mnie. Nie jestem twoim wrogiem. Próbuję ci tylko pomóc.
- W czym? Ja nie mam problemów, rozumiesz? Żadnych. To wy mi je notorycznie wmawiacie, a sami macie nie po kolei pod sufitem.

Droga Magdo,
trafiłaś do mnie, bo ktoś bardzo cię kocha. Ten ktoś, kogo wielokrotnie zawiodłaś, nie skreślił cię jednak, nie położył na tobie lachy, jak sama często mówisz, ale zrobił, co mógł, żebyście mogli być razem, żeby cię wyleczyć. Masz problem, wbrew temu, co sobie wmawiasz, i to niemały. Być może to nie jest nimfomania, jeszcze nie, ale musisz z tym walczyć. Zdaję sobie sprawę z tego, że to ekscytujące – obcokrajowcy, nowi, świeży, jednorazowi. Wiem, że to przygoda, zabawa, że nie traktujesz tego poważnie. Ale nie jesteś sama i nie możesz myśleć tylko o sobie. Zastanów się. Jeśli chcesz uratować swój związek z Oskarem, wróć i popracuj nad sobą. Jeśli nie - droga wolna. Możesz żyć, jak chcesz, dokonać wyboru. Po prostu nie decyduj się na nic pochopnie. Przemyśl to, proszę.
Maciek

On i te jego listy. Dobrze, zastanowię się. Może wrócę na terapię. Może chcę utrzymać związek. Tylko: czy aby z Oskarem?

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Czas  I zagubione sny    W naszych głowach  Dyktują nam prawdę    Bo tam gdzie prawda  Tam życie    Jak dotyk anioła  Który nie boli   Przecież każdy  Tak dobrze   Odnajduje się  W swojej roli     Tu na ziemi...
    • Pewien poeta postanowił wyruszyć w podróż. Znudziło mu się siedzenie w domu, przy wielkim biurku, gdzie zajmował się przez całe dnie pisaniem wierszy, których nikt nie rozumiał i nikt nie chciał czytać. Nieraz wieczorem, zmęczony całodniową pracą twórczą, wstawał od biurka, rozchylał wertikale w oknie i długo patrzył, jak wygląda z góry osiedle, na którym mieszkał. Domy jak wielkie potwory z klocków łypały na niego nieprzyjaźnie. Nad nimi chmury przybierały kształty fantastycznych zwierząt - smoków, krokodyli, latających ryb - ciemne kosmate figury na zielono-różowym, gasnącym powoli podobraziu. Poeta, obserwując ich dynamikę i ruch, zapragnął nagle również coś w swoim życiu zmienić. Był człowiekiem w sile wieku i nie chciał, aby przyszłość przesypała się przez jego palce jak litery nikomu niepotrzebnych wierszy, które pisał do szuflady. Poeta udał się więc w drogę. Kupił bilet na pociąg do stolicy, gdyż wydawało mu się, że tam będzie mu najłatwiej wybrać cel oraz kierunek dalszej podróży. Pomyślał, że następnie zdecyduje się na lot samolotem. Będzie wtedy mógł zobaczyć z bliska, jak obłoki przemieniają się na tle zachodnich zórz w przedziwne, groteskowe stworzenia. Jadąc pociągiem, poeta zapatrzył się w mijane krajobrazy. Droga wydała mu się dość monotonna: las - pole - wioska - las - pole - las. Zaczął padać drobny deszcz i naznaczył szyby pociągu drobnymi znaczkami, które poecie przypominały znaki diakrytyczne - kropki, kreski, ogonki... I nieoczekiwanie człowiek zasnął, ukołysany cichym szumem i stukaniem kół o szyny. A gdy obudził się - okazało się, że przejechał swoją stację, stolica została daleko w tyle za nim, a pociąg toczył się wolno przez kolejne pola i lasy, choć nie było już w nim ani jednego pasażera. Poeta trochę się zaniepokoił. Teraz nie miał pojęcia, dokąd zmierza. Chciał sprawdzić trasę na bilecie, ale okazało się, że bilet mu gdzieś się zapodział. Poszedł więc do przedziału konduktorskiego, aby dowiedzieć się, jaka jest najbliższa miejscowość, lecz przedział ten był pusty. "Co to wszystko ma znaczyć?" - zaniepokoił się podróżny, i w tym momencie usłyszał zgrzyt hamujących kół, a pociąg stanął na stacji w jakimś miasteczku. Poeta, trochę zdenerwowany, ale też nieco zaciekawiony, postanowił wysiąść. "Skoro tu mnie los przygnał, może to wszystko ma jakiś swój sens..." - stwierdził. Zabrał z przedziału walizkę, wyskoczył z wagonu i wyruszył rozejrzeć się po mieście.   Od razu zauważył, że to miasto było niezwykle osobliwe. Im głębiej zapuszczał się w jego uliczki, tym bardziej robiło się chłodniej, aż w końcu zaczął wiać lodowaty wiatr i padać śnieg. Poeta zdziwił się - przecież to był dopiero wrzesień, miesiąc, w którym zimowe zjawiska pogodowe należą raczej do rzadkości. Ale zapewne to jakaś anomalia. Uderzyło go jednak coś innego w owym nietypowym miasteczku. Sprawiało ono wrażenie niezamieszkałego i opuszczonego. Wszystko było w nim kompletnie zdewastowane. Rozbite latarnie nie dawały światła, na połamanych ławkach nie można było usiąść. w sklepach ze zniszczonymi witrynami nikt niczego nie sprzedawał. Drzewa pod nawisami śniegu ukrywały potrzaskane kikuty gałęzi. Na poboczach jezdni tu i ówdzie stały zepsute autobusy, straszące pustymi wnękami po potłuczonych szybach. Wszystko pokrywał biały puch, w którym nie było jednak nic miłego i wesołego. Cisza, którą przynosił, wydawała się przytłaczająca i pełna grozy. Poeta musiał tu zostać na noc, ale oczywiście nie znalazł ani hotelu, ani innego miejsca dogodnego na nocleg. Zobaczył przy jednej z ulic niewielką kawiarnię, oczywiście, jak wszystko w tym mieście, nieczynną i nieprzytulną. Ale miała przynajmniej całe szyby w oknach, wewnątrz znajdował się kominek, stoliki, krzesła, kilka foteli - człowiek ocenił, że można się w niej zatrzymać i . Obok kominka znalazł nawet nieduży zapas drewna, więc rozpalił wątły ogień. Nie przyszło mu to oczywiście łatwo, bo przecież jako mieszkaniec wielkiej metropolii nie był przyzwyczajony do palenia w kominku, ale jakoś sobie poradził, Z radością stwierdził, że stary, pokryty kurzem ekspres do kawy wciąż działa, no i można na kuchence ugotować wodę na herbatę. "Jakoś wytrzymam tu do rana..." - stwierdził poeta i poszedł spać. Nazajutrz poczłapał z powrotem na dworzec, ale nie znalazł tam ani kas biletowych, ani rozkładów pociągów; perony były zasypane śniegiem, a tory z obu stron urywały się i nie prowadziły już donikąd. Poetę ogarnęło przerażenie. Nie miał pojęcia, co teraz począć. "Jak ja wrócę do domu?" - zapytał sam siebie. "I czy w ogóle istnieje jakaś sposobność, aby się stąd wydostać?"   Ponieważ znikąd nie przyszła żadna odpowiedź, człowiek z powrotem powlókł się do swojej kawiarni. "Później może znajdę jakieś rozwiązanie. Przecież zawsze można pójść pieszo. Niech tylko pogoda się odmieni..." - westchnął. Przyglądał się po drodze zrujnowanym uliczkom, kamienicom bez świateł w oknach, porzuconym samochodom, i nagle zapragnął zrobić coś dla tego miasta. "Skoro tu chwilowo utknąłem, może uda mi się choć w niewielkim stopniu zrobić porządek, nawet w najbliższym otoczeniu" - stwierdził. Ale łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Poeta nie posiadał przecież żadnych umiejętności, które mogły mu się teraz przydać. Nie potrafił zreperować lampy, wstawić szyby w okno, przybić solidnie desek do oparcia ławki. Przed drzwiami swojej kawiarni zobaczył przewrócony śmietnik. Chciał go postawić z powrotem na swoim miejscu, ale nie był w stanie go nawet podnieść. Śmietnik, choć zwykły, plastikowy, nieduży, zdawał się być przymarznięty do chodnika. Poeta próbował go oderwać od przemrożonej zaspy na wiele różnych sposobów, lecz jego wysiłki nie przyniosły żadnego rezultatu. Zmęczony i spocony mężczyzna wszedł na chwilę do kawiarni, zrzucił z siebie kurtkę i postanowił napić się kawy. Spoglądając przez okno na to widmowe miasto, otulone obcą, białą poświatą, nagle poczuł się wyjątkowo bezradny. Atmosfera otaczających go obiektów, które emanowały ukrytym smutkiem, udzieliła mu się i nieoczekiwanie odczuł potrzebę napisania jakiegoś wiersza. Wyjął z nieotwartej dotychczas walizki zeszyt, w którym sporządzał swoje poetyckie szkice, i stworzył w kilka minut wiersz o tym upartym śmietniku. Śmiał się trochę z własnego konceptu, gdy nagle zauważył, ku swojemu niebotycznemu zdumieniu, że śmietnik nie leży już przewrócony na ziemi, lecz stoi równo na miejscu, gdzie właśnie powinien stać. Zaskoczony tym odkryciem poeta stworzył po chwili wiersz o latarni, znajdującej się po drugiej stronie ulicy. Nie minęło kilka sekund, a latarnia nie była już popękana i wygasła, lecz zalśniła jasnoróżowym blaskiem. Poeta do wieczora pisał wiersze, a otoczenie kawiarni zmieniało się nie do poznania. Ławki jakby same się naprawiły, latarnie wesoło oświetlały chodnik, donice na kwiaty, ustawione równo wzdłuż krawężnika, tworzyły dumny harmonijny szpaler. W końcu człowiek poczuł się wyczerpany. Usiadł na jednej z ławek, aby trochę odsapnąć, i wtedy zobaczył, jak spomiędzy niewyraźnie majaczących w zadymce budynków wyłania się i zbliża do niego jakaś postać.   Była to dziewczyna, ubrana zadziwiająco lekko, jak na zimową porę, w lawendową sukienkę, letnie sandałki oraz biały półprzezroczysty szal. Kasztanowe włosy skrzyły się drobinkami światła, przyprószone wciąż padającym z nieba śniegiem. W jej ciemnych oczach było wiele powagi i nostalgii, ale też jakieś niewyobrażalne, nienazwane ciepło. Poeta w pierwszym odruchu chciał ofiarować dziewczynie swoją kurtkę, aby się ogrzała. Nie mógł znieść widoku jej nagich ramion, uderzanych bezlitosnymi podmuchami. Dziewczyna, widząc jego gest, natychmiast cofnęła się z lękiem. - Nie bój się - zawołał mężczyzna. - Chodź do mnie, przecież ty zaraz tu zamarzniesz, albo się rozchorujesz! - Nie czuję zimna. Dziękuję, że się martwisz, ale nie musisz - odpowiedziała dziewczyna. Jej głos był dziwnie spokojny, beznamiętny, jakby przypływający z daleka. - Okropna pogoda! - dodał poeta. - Powiesz mi, co to za miasto? I kim ty jesteś? Co ty tutaj robisz? Czy też tu się znalazłaś, tak jak ja, przez przypadek, i nie możesz stąd uciec? Dziewczyna spojrzała na niego milczącym wzrokiem. - To moje miasto. Ono jest mną, a ja jestem nim. - odrzekła powoli. - Każda uliczka, każdy dom, każde drzewo, każdy przystanek, każda studzienka - to część mnie. Wszędzie możesz mnie tu spotkać, jeśli zechcę. Przyszłam teraz do ciebie, bo ty jeden odkryłeś tajemnicę. - uśmiechnęła się lekko. - Jaką? - poeta rozłożył bezradnie ręce. - Nie widzisz, jak to miasto wygląda? - Widzę. Same rudery. Obraz nędzy i rozpaczy. Ale co tu się właściwie wydarzyło? - To miasto kiedyś tętniło życiem. Było młode i piękne, tak długo, dopóki ja byłam młoda i piękna. I bardzo ufna. - zaczęła swoją opowieść dziewczyna. - Możesz usiąść obok mnie?- spytał człowiek. - Mogę, ale nie usiądę - dziewczyna znów odsunęła się od niego. - Nie namawiaj. Poeta spuścił na chwilę głowę, ale w końcu zwyciężyła w nim ciekawość. - I co się później działo? Dziewczyna zmrużyła oczy, jakby próbowała je ochronić przed zbyt ostrym światłem słońca. - W mieście mieszkali ludzie, dzieci bawiły się na placach zabaw, w ogródkach restauracyjnych młodzi umawiali się na randki, po ulicach jeździły autobusy i tramwaje, wesoło dzwoniąc lub posapując, w parkach kwitły kwiaty, drzewa owocowały, ptaki wiły gniazda w żywopłotach. Pory roku następowały po kolei - wiosna, lato, jesień, a zimy były krótkie, łagodne i radosne, pełne śmiechu dzieciarni na sankach i zapachu korzennych ciasteczek. - Dlaczego to wszystko nagle się skończyło? - Przyszli oni. Mężczyźni - dziewczyna zdawała się drżeć z ukrytego strachu, a w jej oczach rozbłysły łzy. - Wabiła ich moja uroda, moja delikatność i urok mojego magicznego miasta. Twierdzili, że to najcudowniejsze miejsce na ziemi, gdzie pragną zamieszkać i odnaleźć szczęście. Najpierw mówili, że mnie kochają. Obsypywali mnie podarkami, całowali, pieścili... Obiecywali, że zostaną tu ze mną na zawsze, a dzięki temu miasto będzie o wiele piękniejsze. Ale nie było w nich prawdziwej miłości. Niszczyli po kolei wszystko, co mogli. Wydawało im się, że w ten sposób zmuszą mnie do uległości i oddania, a podczas gdy tylko powoli mnie zabijali. W końcu odchodzili, zabierając ze sobą kawałek mojego serca. Została już we mnie tylko malutka jego cząstka. Tak maleńka, że sama czasem nie wiem, że ją mam. Ale jestem teraz jak to miasto, połamana, rozbita, potłuczona na kawałki. Poeta nic nie odpowiedział. Ogarnęła go ogromna złość, a jednocześnie współczucie dla napotkanej dziewczyny. Ona tymczasem kontynuowała swoją historię. - Ty jeden, nie wiem, jak i dlaczego, znalazłeś sposób, aby coś tutaj uleczyć. Poczułam to. Poczułam ciepły prąd w moim ciele. Dlatego możesz mnie teraz widzieć i słyszeć. Twoje słowa mają wielką moc. Słowa zawsze mają moc,a zwłaszcza słowa poetów i pieśniarzy. Tylko dzięki nim możesz tutaj być i tylko poprzez nie możesz coś uczynić dla mojego miasta i dla mnie. Poeta uśmiechnął się do dziewczyny. - Chodź ze mną do kawiarni. Postanowiłem w niej chwilowo zamieszkać. Zrobię ci kawę - powiedział, ale dziewczyna pokręciła przecząco głową. - Nic od ciebie nie chcę. I o nic mnie nigdy nie proś, bo na pewno tego nie spełnię - dorzuciła chłodno. - Ale dlaczego? - chciał się dowiedzieć mężczyzna. - Boję się ciebie. Boję się twojej siły i odwagi. Boję się, bo twoje wiersze są gorące, szczere, i wszystko mogą zmienić. Już zmieniają. To miasto... - uczyniła szeroki zamach dłonią, wskazując na okoliczne domy i latarnie - Nie widzisz, jak z iluzji ruin staje się prawdziwe? I to tylko dlatego, że ty tego zapragnąłeś? Poeta powoli zaczynał rozumieć, co chciała mu powiedzieć. Po chwili ciszy spytał pokornie: - Możemy się jeszcze jakoś spotkać? Dziewczyna wyciągnęła rękę w kierunku niewielkiego mostu, majaczącego w oddali za plątaniną uliczek i zmarniałych koron drzew. Most był pęknięty na dwoje, a między jego połówkami płynęła na wpół zamarznięta rzeka. - Naprawisz? - spojrzała mu nieśmiało w oczy. - No jasne! - zawołał poeta z zapałem. - Jutro rano będzie, jak nowy. - Możemy się tam widywać. W połowie mostu, Tylko pamiętaj, żebyś nigdy nie żądał niczego więcej. Poza tym, rozgość się w moim mieście. Rozgość się słowami, oczywiście. Możesz sobie pisać wiersze do woli i naprawiać zepsute auta - zaśmiała się, jakby z ukrytą goryczą, i odeszła.   Następnego dnia poeta skierował swoje kroku w kierunku mostu, z wymyślonym o świcie specjalnym wierszem. Udało mu się na nowo połączyć dwa brzegi lodowej rzeki solidną kładką. z ozdobnymi barierkami. Wszedł na nią śmiało i zatrzymał się w połowie. Nie czekał nawet pięciu minut, gdy nagle nadeszła napotkana poprzedniego dnia dziewczyna. Wydawała się podniecona rozgorączkowana, ale jednocześnie ogarnięta skrywanym starannie lękiem. - Przyniosłam ci ciastko - powiedziała, podając poecie talerzyk z niewielkim kawałkiem czekoladowego tortu. - Lubię je robić. Codziennie inne. Dekoruję je, wymyślam nazwy. To jest Wiśniowe Marzenie - szepnęła ciepło. - Na pewno pyszne! - zawołał wesoło mężczyzna. biorąc z jej rąk talerzyk. Gdy skosztował ciasta, poczuł, że dziewczyna staje mu się niewytłumaczalnie bliska. I w tym momencie zdał sobie sprawę, że pragnie ją uszczęśliwić. Znów stworzyć dla niej jasne, wesołe, miasto, pełne ruchu i gwaru. Otoczyć ją wszystkim, co dobre i piękne. - Ach, Poeto! - zaśmiała się dziewczyna. - Mówiłam ci już, twoje słowa są tu mile widziane. I mnie jest przyjemnie czasem popatrzeć na chodnik bez dziur, latarnię, która tańczy skąpana we własnym świetle, nowiutkie lśniące okna kamienic... Dziękuję, że jesteś tu, z twoimi wierszami - odrzekła znowu. - Gdyby tylko ta zima w końcu odpuściła - rzucił poeta pod nosem. Dziewczyna odparła ze spokojem. - To nie jest takie proste. I uśmiechnęli się do siebie.   Od tego ranka, poeta i jego tajemnicza przyjaciółka codziennie widywali się na tym moście. Dokładnie w jego połowie, tak, jak się wcześniej umówili. Ona przynosiła mu ciasteczka, a on swoje wiersze. Czytał jej utwory o wszystkim, co było dla niego ważne. Nie tylko o rzeczach z jej miasteczka, ale także o tym, co było częścią jego własnego życia- o swoim osiedlu, o swoim domu, o swoim biurku, o sklepie, gdzie kupował pieczywo i o kasztanowcach przed blokiem, z którymi równolegle dorastał. Dobrze im było razem, chociaż przychodziły chwile, w których on zbyt długo patrzył w jej oczy, a ona wtedy zdawała się go odpychać - nie słowem, nie gestem, ale jakąś wewnętrzną energią, która mówiła jego tęsknocie - nie.   Któregoś dnia, podczas jednego z ich zwyczajowych spotkań, zrobiło się nadzwyczaj zimno. Śnieg padał wyjątkowo gęstymi, mokrymi płatkami, a wiatr wwiercał się w skórę milionami kłujących cierni. Poeta zawsze nosił przy sobie zeszyt na wiersze i kawę w małym termosiku, tak na wszelki wypadek. Teraz uznał, że ten "wszelki wypadek" właśnie nadszedł. Zerkał na dziewczynę w lekkiej sukni i nie mógł znieść widoku, jak śnieg oblepia tę cieniuteńką tkaninę grubym, lodowatym kożuchem Odruchowo nalał kawy do kubeczka i podał jej, mówiąc - Napij się, zanim mi zamarzniesz na kość. Dziewczyna, która siedziała spokojnie obok niego, nagle zerwała się z głośnym krzykiem. - Nie! -Rozgrzejesz się, przecież jest mróz i wieje tak, że aż urywa głowę. O co chodzi, przecież to tylko kawa? - Nie chcę niczego od ciebie - rzuciła dziewczyna, nerwowo splatając palce. - Nie nalegaj. Nie mam żadnych potrzeb, pustych miejsc, pragnień.. W tym mieście niczego mi nie brak. Dobrze, że twoje słowa trochę je upiększyły, naprawiły to i owo, ale niczego więcej od ciebie nie przyjmę. Miło mi się rozmawia z tobą, i to wszystko. - Pragnę wiedzieć - odparł poeta, zasmucony. - Pragnę zrozumieć... Co robię nie tak? - To nie twoja wina - powiedziała cicho dziewczyna. - Robisz wszystko jak najlepiej. Czuję to. Lecz skąd mogę wiedzieć, że tak będzie zawsze? Mam wszystko, co trzeba i potrafię się cieszyć z tego,co mi przynosi czas- rzuciła na odchodne, i po raz kolejny zostawiła go samego, z setką pytań w głowie i powoli kiełkującym w nim bólem, którego sam nie rozumiał.   Od tego spotkania minęło już trochę czasu. Człowiek oczywiście dalej przychodził na most, a dziewczyna pojawiała się, z każdym dniem coraz piękniejsza, przynosząc coraz bardziej wykwintne i smaczne ciastka. Któregoś ranka poeta, idąc w kierunku mostu, szczęśliwy i rozradowany perspektywą nadchodzących chwil, które miał spędzić w towarzystwie swojej przyjaciółki, wpadł na pomysł napisania o niej wiersza. Ledwie ją zobaczył, natychmiast pobiegł ku niej roześmiany i powiedział. - Słuchaj, moja kochana, przyszło mi dziś na myśl, że ułożę wiersz dla ciebie i o tobie! Mam ze sobą papier i coś do pisania,  a zwrotki prawie ułożone w głowie. Dziewczyna nigdy nie wydawała się tak wystraszona, jak w owej feralnej chwili. Ale poeta jeszcze spoglądał na nią ze sztubacką ufnością i oznajmił: - Wiesz, bo ja cię po prostu kocham. Dziewczyna ostrożnymi krokami zaczęła wycofywać się z mostu w kierunku swojego brzegu. Talerzyk z przyniesionym dla jej towarzysza ciastkiem wypadł jej z rąk. Okruchy porcelany zmieszały się z okruchami ciasta. - Nie! Nie! - zawołała stanowczo. Żadnych wierszy. Ile razy ci mówiłam, żebyś niczego mi nie próbował mi ofiarowywać? - Co jest nie tak?- rzekł zdumiony mężczyzna. - A moja miłość... Ona nic dla ciebie nie znaczy? Dziewczyna wciąż cofała się, spoglądając na niego niemal z gniewem. - Jeśli to zrobisz... Jeśli cokolwiek od ciebie przyjmę... Jeśli pozwolę ci stworzyć wiersz o mnie... - mówiła urywanymi zdaniami. - Znów to miasto i ja... wrócimy do życia. Nie pojmujesz? To będzie normalne miasto, takie, jak tysiące innych. A ja będę dziewczyną, również taką, jak tysiące innych. Pokocham cię. Zaufam... Będę twoja. I to miasto stanie się twoje. A ty... - Ja też będę twój - przerwał jej poeta. - To, o czym mówisz, jest przecież takie piękne, więc skąd tyle obaw i skąd ta odmowa? Dziewczyna już zeszła z mostu, stała daleko,  lecz jej głos zdawał się wybrzmiewać poecie głęboko w jego uszach. - Będzie tu znów wiosna, lato, jesień... Tak, będzie wiosna. rozśpiewana, oddychająca za nas czystym światłem. Teraz mnie oswajasz, uśmiechasz się, A przyjdzie czas, kiedy zerwiesz kwiaty, wyszarpiesz ławki z alejek, ciśniesz kamieniami w latarnie. Zniszczysz mnie tak, jak oni, jak tamci... Nie potrafię już być znowu otwarta na żaden płomień z zewnątrz. Bo w przyszłości będziesz umiał mnie słuchać, nie będziesz umiał być delikatny, nie będziesz miał dla mnie litości. Pewnego dnia zrobisz, ze mną, co zechcesz, a ja... Poeta podbiegł do niej przez most. Uklęknął przed nią, choć sam sobie wydał się teatralny i śmieszny. - Najmilsza, ale ja nie jestem nimi. Jestem sobą. I daję ci właśnie siebie, już nie ciepłą kurtkę, gorącą kawę w kubku, wiersz opowiadający o twoim wrażliwym i szlachetnym sercu. Nie mam nic więcej... tylko moją miłość... i siebie - powtarzał. -Wiem. - powtórzyła. - Dziękuję. Doceniam. Ale teraz mam pod dostatkiem rzeczy niezbędnych. I niech tak zostanie. - Powiedz - dociekał mężczyzna - w czym jestem gorszy? Jakie popełniłem błędy, że nie zasłużyłem, żeby oglądać wiosnę w twoim mieście, choć oni wszyscy mogli...? - Ja... gdyby to się spełniło... przecież wtedy byłabym żywa! Żywa, rozumiesz? - No to chyba dobrze?- poeta pokręcił głową. Nawet nie wiedział, że łzy mu lecą z oczu, gdy wpatrywał się w jej znieruchomiałą, zastygłą twarz. - Boisz się życia? Czy boisz się na końcu umrzeć? - Boję się cierpieć - wyznała po dłuższej chwili. - Ochronię cię. - mężczyzna wstał, i jeszcze raz podjął próbę zbliżenia się do dziewczyny, pochwycenia jej za ręce. - Będę Cię chronił przed wszystkim co mogłoby cię zniszczyć lub poranić. Wierzysz mi? Nie wierzysz! - Nie ochronisz mnie przed sobą samym - odpowiedziała i pobiegła w kierunku miasta, spowitego dziwną siwą śreżogą, w której kotłowały się drobne, kłujące płatki śniegu. Poeta powrócił do swojej kawiarni, strudzony i złamany czymś, czego nie dał rady ogarnąć. Usiadł przed kominkiem i długo nic nie mówił. Słowa dziewczyny powracały do jego uszu jak bumerang. Wciąż miał przed oczami jej rozpaczliwie szukający ucieczki i schronienia, bezbronny wzrok. Chodził jak oszołomiony między kawiarnianymi stolikami i uderzał w mnie pięściami, przewracał krzesła, zrzucał na podłogę serwety i popielniczki. Momentami myślał z czułością o swojej przyjaciółce, momentami z wściekłością o tamtych - o tych, wszystkich łotrach, którzy odebrali jej to, co miała najcenniejszego i pogrzebali za życia jej wrażliwe miasto.   Następnego dnia dziewczyna nie pojawiła się na moście. Na poetę czekał tylko talerzyk z ciasteczkiem. Podobna sytuacja powtórzyła się podczas jego kolejnych wizyt. Chciał ją przeprosić, zostawiał dla mniej listy na pustym talerzyku, ale ona odpisała mu tylko jeden raz: "Nie przepraszaj. ". Wreszcie do niego dotarło, że stracił ją na zawsze i że już jej więcej nigdy nie ujrzy. Nie wiedział zupełnie, co ma dalej robić. Pewnego poranka, gdy poszedł dla odzyskania równowagi na dłuższą przechadzkę, zawędrował w okolice stacji kolejowej. Postał na niej przez chwilę, bezmyślnie gapiąc się w brudną pryzmę śniegu leżącą na przeciwległym nasypie. Wtedy usłyszał z daleka gwizd lokomotywy, a po dłuższej chwili na stację wjechał jakiś pociąg i zatrzymał się majestatycznie. Był zabłocony, pokryty warstwą łuszczącej się taniej farby, ale prawdziwy. Stał i jakby czekał, aż ktoś wsiądzie do środka na tym pustkowiu. Poeta zawahał się. Jechać? Nie jechać? Ale dziewczyna? Co pomyśli, kiedy jutro znajdzie na moście talerzyk z niezjedzonym ciastkiem, zamrożonym na kość? Może jeszcze nie wszystko stracone? Może, gdy pozna jego wybór, zobaczy jego starania, jego wierność, jego nadzieję - wszystko jeszcze się odwróci? Prawdziwa miłość nie może się poddać. Trwa i daje o sobie świadectwo każdą sekundą tego cierpliwego, ciepłego trwania. I mężczyzna zawrócił. Idąc ku swojej kawiarni, usłyszał, jak za jego plecami pociąg rusza z głośnym stukotem i sapaniem w dalszą drogę.   Po powrocie poeta napalił porządnie w kominku, przygotował duży dzbanek herbaty i usiadł przy jednym ze stolików.  Sięgnął po swój zeszyt z wierszami i długo nad czymś się zastanawiał. Jego ramiona,kiedyś mocne i pełne energii, pochylały się coraz niżej i coraz boleśniej nad matowym blatem. Zegar w kącie sali wybijał kolejne kwadranse, w półmroku słychać było skrobanie długopisu o papier. To poeta  pisał utwór o sobie samym. Całą noc spędził nad kartkami papieru, a świt zastał go śpiącego z głową opartą o stół.   Co napisał? O czym? Dla kogo? Tego można się tylko domyślać.   Podobno poeta wciąż przychodzi o umówionej godzinie na most, aby zabrać zostawione tam troskliwie ciasteczko. Wieczorem, grzejąc się przy ogniu (którego rozpalanie idzie mu teraz znakomicie), zaparza dużą kawę i zasiada solennie do tej słodkiej kolacji. Kilka razy wydawało mu się, że w ciemności i w gęstniejącym za szybą śniegu dostrzega postać dziewczyny, ognisty błysk jej włosów, fiolet sukienki, biel szala. Ale gdy wychodził na zewnątrz i próbował ją przywołać, odpowiadała mu tylko noc.      
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Kamil Olszówka Smutne jest, że duże grono naszych najbliższych z tamtych lat już nigdy więcej nie zasiądzie z nami przy wspólnym stole. Odeszli we mgle przemijającego czasu.  W czasach obecnych sztuczne choinki biorą górę, lecz nie zastąpi to zapachu naturalnego świerka, a ja pamiętam, że nasza choinka zawsze zamiast gwiazdy miała szpic czy też czub.
    • Jestem gdzieś pod twoim oddechem Pod twoimi palcami uczę się żyć.   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły Nie wiesz ty o mnie nic   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły  
    • @infeliaTy włożyłaś pracę i pomysł, a ja tylko przeczytałam i spodobał mi się, zresztą nie pierwszy raz :)

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...