Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

      Pewnym letnim popołudniem,

Okraszonym złocistego słońca blaskiem,

Gdy niósł się z oddali ptaków śpiew,

A lekki wietrzyk powiał łagodnie

 

I tlące się w pamięci wspomnienia,

Z dawnych, odległych lat,

Powracały w szczerych rozmowach,

W cieknących niekiedy po policzku łzach,

 

Smutny strapiony starzec,

Powoli marszcząc swą brew,

Pomarszczoną dłonią drapiąc się po brodzie,

Opowiedział mi straszną z swego dzieciństwa historię,

 

A historia ta z jego dzieciństwa,

Tak przygnębiająca i smutna,

Tak bardzo wtedy mną wstrząsnęła,

Do głębi dnia tego mnie poruszyła…

 

By ją trwale unieśmiertelnić,

Ku przestrodze dla pokoleń kolejnych,

Zamyśliłem po latach zakląć ją w rymy

I opowiedzieć językiem poezji,

 

By przekazana mi jedynie ustnie,

Przez nikogo nie zapisana piórem,

Nie rozpłynęła się na wietrze,

Na wieki odchodząc w zapomnienie…

 

I tym skromnym moim wierszem,

Bez zbędnego owijania w bawełnę,

Pokrótce Wam wszystkim opowiem,

O tym co go spotkało w dzieciństwie…

 

Było to w jednej z małopolskich wiosek,

W strasznych latach okupacji hitlerowskiej,

Naznaczonych cierpieniem i głodem,

Powszechnym wokół okrucieństwem.

 

Pewien volksdeutsch stary,

Kilkuletnim chłopcem się posłużył,

Posyłając go dla załatwienia swej sprawy,

Do chałupy gdzie kwaterowali Niemcy.

 

Zapisaną w języku niemieckim kartkę,

Pośpiesznie wciskając mu w dłonie,

Polecił zaraz podniesionym głosem,

Zanieść ją we wskazane miejsce.

 

Ufny kilkuletni chłopiec,

Widząc z oddali wskazaną chałupę,

Nie namyślając się zbyt wiele,

Co tchu prędko do niej pobiegł,

 

Uchyliwszy ufnie drzwi,

Słysząc z oddali język niemiecki,

Uśmiechając się stanął pośrodku izby,

Z zapisaną kartką w wyciągniętej dłoni…

 

Przywitały go groźne spojrzenia,

Z oczu Niemców bijąca pogarda,

Budząca grozę nagła cisza,

Budzący się z wolna w duszy strach.

 

Wtem groźnie wyglądający ss-man,

Wyrywając mu ją bez słowa,

Pobieżnie zaczął ją czytać,

Gubiąc w pośpiechu pojedyncze słowa.

 

I groźnie marszcząc brew,

Bez słowa zmiął ją w ręce,

Niezrozumiale klnąc coś pod nosem,

Wyrzucił ją zaraz za siebie…

 

A zdumiony tym chłopiec,

Ciekawsko spoglądając po izbie,

Patrzył tylko pytającym wzrokiem,

Nie wiedząc czy powinien już odejść,

 

Ufne i dobre dziecko,

Zastanej sytuacji nie rozumiejąc

W milczeniu pośrodku izby czekało

Na choćby jedno wyjaśnienia słowo…

 

Butni rozjuszeni Niemcy

Nerwów nie potrafiąc utrzymać na wodzy,

Na kilkulatka okrutnie się wściekli,

Niezrozumiałe miotając groźby.

 

Za nic mając jego dziecięcą niewinność,

Przeszywając go z swych oczu bijącą nienawiścią,

Na całą izbę wściekle klnąc,

Uderzając gwałtownie w stół pięścią,

 

Pas z żelazną klamrą,

Okrutny ss-man z wściekłością odpinając,

Odruchowo zaraz się zamachnął,

By bolesny wymierzyć cios,

 

Ciężkim skórzanym pasem,

Okrutny ss-man uderzył chłopca w głowę,

Klnąc przy tym siarczyście,

W brzuch z całej siły kopiąc go wściekle,

 

Ból straszny niewysłowiony,

W sekundzie ciało kilkulatka przeszył,

Z ust suchych spękanych,

Jęk tylko wyrwał się cichy,

 

Dziecięce oczy łzami się zaszkliły,

Gdy pośrodku izby się zatoczył,

Nie mogąc utrzymać równowagi,

Od siły ciosu upadł na plecy…

 

Z bólu nie mogąc wstać,

Cichutko tylko zapłakał,

A z rozbitego kilkulatka nosa

Krew popłynęła jasnoczerwona,

 

A wściekły wciąż Niemiec,

Klnąc i wrzeszcząc siarczyście,

Gwałtownie biorąc go za kołnierz,

Wyrzucił za drzwi jednym ruchem,

 

By bezładnie upadł twarzą,

W cuchnące za progiem błoto,

Załzawione oczy powoli przecierając,

Głośny trzask drzwi usłyszał za głową…

 

Tego pięknego dnia

Bezlitosny niemiecki ss-man,

Polskiego kilkulatka potraktował jak śmiecia,

Katując go jak bezpańskiego psa.

 

Jego dziecięcą ufność i wrażliwość,

Niczym nadpaloną zapałkę kruchą,

Dnia tego bez litości złamano,

Losem jego się nie przejmując.

 

Gdy gorzkie malca łzy,

Z śmierdzącym błotem się zmieszały,

W gardle zrazu więznący krzyk,

Z ust jego wyrwał się głośny…

 

Gdy skończył już opowiadać,

Samemu poczułem tamten jego strach,

Nieludzką nienawiść ss-mana,

Niezrozumienie tamtego okrucieństwa.

 

I widziałem jak w oku starca,

Niewielka zakręciła się łza,

By spływając z pomarszczonego policzka,

Na ziemię nieśpiesznie upaść.

 

I dobrze wtedy zapamiętałem,

Tamto jego wymowne spojrzenie,

Które przeszyło mnie dreszczem,

Nie wiedziałem co odpowiedzieć…

 

Pamiętam że wtedy zamilkłem,

Słów odpowiednich nie mogąc znaleźć,

By po latach napisać ten wiersz,

Ku pamięci i przestrodze…

 

Choć nie ma już tamtego staruszka,

Przed kilkoma laty już zmarł,

Niech to bolesne wspomnienie z dzieciństwa,

Choć pod postacią wiersza przetrwa…

 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...