Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

tarcie zaczyna się tam,

gdzie dwie powierzchnie udają obojętność —

a jednak drżą, jakby ktoś włączył im w kościach układ LWR: lifetime, width, relation —

czas życia impulsu, szerokość pęknięcia, stosunek, którego nie da się nie mieć.

 

dotyk nie musi być dotykiem,

żeby zostawić ślad. wystarczy,

że jedna strona próbuje wrócić do równowagi,

a druga — nie pozwala.

 

i wtedy zaczyna się ruch:

nie w przestrzeni, ale w prawdopodobieństwie.

jakby świat chciał powiedzieć: nic nie jest gładkie,

wszystko ma chropowatość,

która domaga się odpowiedzi.

 

tarcie to nie strata energii.

to jej podpis. to dowód, że układ żyje,

że fala nie umarła, tylko szuka nowej amplitudy,

nowej szerokości, nowego „kto na kogo działa”.

 

a kiedy wreszcie powraca do stanu równowagi —

nie wraca naprawdę. bo każde tarcie

zmienia geometrię świata o milimetr,

o drgnienie, o

Ciebie.

Edytowane przez obywatel (wyświetl historię edycji)
  • obywatel zmienił(a) tytuł na TArCIE
Opublikowano

@obywatel

 

Niezła mieszanka fizyki, mechaniki i kwantów z relacją międzyludzką. Ciekawa metafora!

To prawda, że relacje zawsze zostawiają w nas ślad. Nawet bolesne relacje udowadniają to, że żyjemy.

Podobają mi się frazy - „tarcie to nie strata energii, tylko jej podpis” oraz końcowe „zmienia geometrię świata (...) o Ciebie”.

Czy tytuł to jest chemiczno-fizyczny kod - Ta + Ar + C + I + E z układu okresowego? A wielkie litery - TACIE?  Czy to przypadek? 

Świetny tekst!

Opublikowano

Tarcie zawsze było dla mnie czymś więcej niż fizyką — bardziej dowodem, że relacja istnieje, nawet jeśli boli.

@andrewdokładnie, bez tarcia wszystko by się rozpadło w gładką obojętność.

@Berenika97 cieszę się, że wyłapałaś LWR. Ten układ to dla mnie metafora tego, jak długo coś w nas drży, jak szeroko pęka i jaki zostawia stosunek sił między „ja” a „ty”.

A tytuł… powiedzmy, że chemia i fizyka lubią się bardziej, niż się wydaje. I tacie nie ma go już ponad 30 lat, a uświadomiłem sobie, że nigdy nie pożegnałem się z nim wierszem.

Dzięki za uważną lekturę — to też jest rodzaj tarcia, które zmienia geometrię świata, milimetr po milimetrze.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...