I tak spadła gwiazda z nieba.
Stając przed szybą limuzyny
dostrzegł przeszłość, wyjmując broń,
którą pragnął zabić bogów,
którzy uczynili jego miłość bezowocną.
Niosąc światło oddał to, co najcenniejsze,
teraz w ciemności kaja się, niezauważony,
jak duch, spokojnie idąc chodnikiem ku
swojej świętości szukając pomsty, za dni,
w których był zawsze anonimowy,
tak jak anonimowypozostaje do końca.
Jego czarna marynarka świadczy o żałobie nad
utraconymi sprzed wieków i tysiącleci braćmi i siostrami,
którzy również spadli z nieba by zaznać
snu wiecznego na ziemi, których
ciśnięto w grunt strzałą i krzyżem
z siłą wystarczającą by nigdy już
nie ujrzeli światła dziennego.
Żadne piekło nie jest w stanie opisać
tego, co przeżył epoki wcześniej,
bowiem czas dla niego stanął wśród obcych.
Teraz niczym wielki architekt swojego
losu i budowniczy domów tego spełnienia,
pełza jak wąż na brzuch przekleństwem obarczony
przez przedwiecznego swojego wroga - nienawiść.
Jest blisko, lecz daleko. Milczy, a wszyscy słyszą,
lecz rozumie tylko On.
Ponad prawem moralnym ludów stoi jego postać,
w krawat zniszczenia odziana.
Apollo, przyjdź!
- Jestem.
Łukasz