Byłam zazdrosna o każdy oddech,
każde spojrzenie, gdy mnie nie chciałeś,
a które dostał ktokolwiek obcy,
w przejściu dla pieszych, co go mijałeś.
Tak jakby lata wspólnego życia
nie były drogą do czegoś prostego:
że zapamiętasz jak mam na imię,
co na śniadanie lubię dobrego.
Umarłeś tato, już nic nie będzie,
jak przez te lata ciągłych utarczek:
że Ty uciekasz a ja Cię gonię,
że się odganiasz za drobnym brzdącem.
Odszedłeś z ziemi, ostatnie chwile
dłonie trzymałam ciepłe i żywe.
Ciebie już nie ma, nie będziesz berkiem.
Ale ja jestem. I to już wiele.