I.
To nie kraj dla starców. Wokół młodzi w pląsach,
Pośród drzew nade mną ptaków słodkie trele —
Pieśń przemijająca — a pośród ich harców
Wody od sardeli kipią i makreli.
Wszystko, co poczęte, zrodzone, czy zmarło,
Wszystko stworzenie - trwa w tej doczesności;
W tańcu zmysłowym zgubiło, zatarło
Pamięć o odwiecznej człowieczej mądrości.
II.
Starym i nic nie wart: jestem, jak w łachmanach
Na wróble strach śmieszny; lecz dusza uparta
W śpiew i w tan idzie, tym rozradowana
Im bardziej jej szata doczesna wytarta.
O tej śpiewu szkole piano już peany -
Zachwytu nad wiecznym myśli dzieł splendorem;
Tak więc przemierzyłem morza, oceany,
By się nisko skłonić przed Jej swiętym dworem.
III.
O mędrcy, niosący wieczny boski ogień
W wirze złocistymi cieknącym wzorami -
Włóżcie w moje dłonie olimpijski płomień
I bądźcie dla duszy mej śpiewu mistrzami.
Niech do cna szczeźnie serce me - na chuć chore,
I w konającego zwierzęcia okowach,
Czym jest, samo nie wie - więc mnie boskim wzorem
Ku artefaktom wieczności poprowadź.
IV.
Zrzuciwszy tę postać, nigdy nie przybiorę
Kształtu, który noszą marne ziemskie twory
- Lecz ten, który tworzył z emalii wybornej
I złotego kruszcu alchemik nadworny,
By piał, gdy Bizancji Pana senność zmorzy,
Lub z gałęzi złotej hołd składał najczystszy -
Czasom zaprzeszłym, mijającym, przyszłym.