„Niechaj serca mojego ustanie kołatanie,
Bym w wiecznej ciszy znalazł swe schronienie.
Drabiny do niebios nie szukam po omacku,
Pragnąc jedynie, by godzina ta była ostatnią.
W mgnieniu oka stracę pod nogami oparcie,
Skazany na szafot za każde wyrzeczone słowo,
W uścisku zimnej stali, skuty łańcuchami.”
Domniemany heretyk już więcej nie przeszkodzi,
Bo powiedział za dużo, a nic mu już nie szkodzi.
Głowa na ramieniu blednie schludnie,
W skąpanym słońca promieniu,
Z cieniem obok siebie odchodzi wraz z nim człowiek,
Który za buntownika uchodził.
A przychodzi wtem sługa, który denata wywozi.
— Cóż za strata! — woła zgoła z tłumu dziewoja.
Za nią motłoch społeczeństwa podżega:
— Jak to słusznie przypadło temu sprawcy, ino takiego czynu się dopuścił!
— Nikczemnik!
— Kanalia!
Tłum, skończywszy wiwatowanie, usłyszał głos następnej kobiety:
— Toż ten człowiek nie zawinił ani słowem, ani czynem! To wasz wyrok go zgubił! Niegodziwością jest dopuszczać do podobnego samosądu!
— A Ty? Cóżeś ty za jedna? Jaką rolę tu pełnisz, kobieto? — wyrwał się głos z gęstwiny ludzkiej.
— Przed wami stoi ta, co go ukochała – jedyny świadek jego niewinności w tym morzu kłamstwa. Jakież to dowody wyłuszczacie? Oznajmicie mi zatem!
Gromada zastygła w bezruchu, gdy tymczasem wśród głów poczęły krążyć lękliwe, niedosłyszane szeptania. Wtem niebo, dotąd jasne, chmurą krwawą zaszło, jakby i słońce patrzeć na tę zbrodnię nie chciało. Woźnica, co milczał dotąd, batem o wóz trzasnął, a echo po placu jak skarga zatwardziała łkało.
— Cóż po waszej prawdzie! — wychrypiał pachołek — Gdy on już nie słyszy, a łańcuch go dławi. Śmierć nie zna heretyka, zna tylko popiołek, co wiatr go po drogach jak liście rozbawi!
Dziewoja padła na kolana, w pył czołem bijąc, jak Antygona przed królem, co serca nie posiada. A tłum począł rzednąć, w cieniu bram się kryjąc, gdyż strach to jest jedyna, co po kłamstwie rada.
— Przeklęte niech będzie to słowo, co zabiło! — jęknęła ku niebu, skąd grom uderzył głuchy. — Bo krew niewinnego wsiąkła w tę ziemię z siłą, co zerwie raz jeszcze wasze kłamne łańcuchy!
I odjechał wóz ciężki, trzeszcząc w głuchej toni, z ciałem, co kołysząc się, rytm wieczności biło. Została tylko cisza, co od prawdy broni, i strach, by się jutro to samo nie śniło.
Autor: Versus Dramatis