Idę przed siebie. Idę na wprost. W światło. W to jaskrawe jarzenie. W puls. Idę i nasłuchuję. Nic.
Słucham wciąż… W nikłych oddechach pustki. W tym chłodzie. W toni olśnionej miliardem
gwiazd. Idę. I słyszę jak mówią. I słyszę, że ono mówi. Że wszystko mówi… Że TO mówi...
Wszystko mi się kotłuje . W zamęcie. W rozgorączkowanej głowie.
W snach wariackich pełnych splątanych ze sobą zjaw
o nieustalonych rysach twarzy. O nieznanej proweniencji.
Przeciskają się przez ciasne korytarze, przedpokoje,
długie podziemne tunele w półmroku katakumb.
W rozwichrzonych płomieniach świec, łuczyw, lampionów.
I oto drzwi do pokoju.
I kolejnego pokoju,
w którym obskurne światło wiszącego żyrandola
rozsyła wokół mdławą poświatę żółtawego blasku.
Idą. Idą. Obijają sobą ściany stłoczeni ciasno, trącają gliniane figurki,
które spadają, rozbijając się z trzaskiem, z chrzęstem szklanych,
porcelanowych skowytów.
Obijają się o kanty przedmiotów ustawionych w nieładzie.
O krzesła, pufy, taborety i inne czworonożne stwory przebierające w miejscu wygiętymi w łuk
wątłymi, kościstymi odnóżami w takt pajęczych zalotów.
Nerwowo stukają, pukają, łomoczą... (skąd ich tu się tyle wzięło?)
I wszystko milczy, i szepcze zarazem.
I znowu chrzęst. I pierzchanie kroków wśród szurań i pokasływań, i chrząknięć.
W nagłym ataku delirycznej ekstazy. W obfitości piany. Wymiocin i ślinotoku…
Pełznę… Taplam się w wątrobowej żółci. Dużo tu tego. I będzie jeszcze więcej. Mnóstwo.
Lecz znowu pusto…
O, Boże! Jak pusto…
Gdzie ty jesteś?
Spójrz! Wokół mnie trwa deliryczna ekstaza zwidów. Królujących wokół fantomów. Tańczą.
Kołyszą się. Stąpają po moich śladach te widma...
Przechodzę. Przenikam. Przepływam z pokoju do pokoju.
Przez niezliczone komnaty z drewna i muru.
Z cegieł i kamieni. Wśród rur żeliwnych. Splątanych.
Skorodowanych.
Spleśniałych płócien czarnych, naddartych tapet,
które liżą mnie z przymilnym łkaniem po twarzy, po włosach. Po skroni...
Przede mną jeszcze tak wiele.
Jakieś załomy. Mansardy…
A więc płynę, czołgam się. Wspinam (Ja? Czy oni, one… ?)
I szepcze wiatr w liściach zawieszonych wysoko.
W gałęziach, łodygach. Na strychu, w deskach.
W połaci dachu.
W dębach, kasztanach.
W klombach.
W topolach trzeszczących.
W przechyłach konarów. W tę i we w tę.
W noc prawie pustą. W noc pustą, lecz drżącą od nadmiaru powietrza.
Pełną słów czyichś i szeptów ugrzęzłych w nieruchomych, kamiennych, martwych ustach.
A więc idę tam, tam, gdzie TO zabiło nas.
W promieniowanie. W światło nocy.
W ten puls. W to drżenie. W ten blask niebieskawy…
(Włodzimierz Zastawniak, 2026-05-10)