On swoim ramieniem ją zawładnął,
jak wiatr, co wszystko na drodze chwyta.
Pieścił ramiona, tarmosił zmysły
i nie zadawał żadnych pytań.
Ona kładła się trawą po łące,
pod każdym jego podmuchem silnym.
Przy szeptach miękkich tańczyła lekko,
tak się nie czuła z nikim innym.
To była taka dziwna miłość –
zdarzyła się szybko i namiętnie.
Kwitła czerwienią, jak maki w polu –
krótko, ale jak pięknie.
Ona zielenią go czarowała,
swych rzęs łąkowych kołysaniem.
On rzucał pod nogi upojne bukiety
i w tym kochaniu był cały dla niej.
Byli dla siebie łąką i wiatrem,
co w swym splątaniu tkwią namiętnie.
Szkoda, że tylko na chwilę jedną,
bo wyglądali tak pięknie.