Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Naprzeciw mnie stała sztaluga 

z gotowym płótnem.

Obok niej Wild miał swój, 

mały stolik na kółkach.

Był cały

pobrudzony pozostałościami farb,

których słoiczki stały na nim 

wraz z paletą

oraz zestawem pędzli.

Patrzyłem jak Wild krząta się jeszcze 

przez chwilę po drugiej stronie izby.

Szukał czegoś pod stołem.

Po chwili to znalazł.

W jego dłoni, odzianej o dziwo

w wełnianą rękawiczkę 

spoczywały dwa cynowe, 

pojedyncze świeczniki.

Zabrał je ze sobą.

Ustawił na stoliku 

pomiędzy mną a swoim stanowiskiem.

Wziął z parapetu okna 

dwie świeże świece o krótkich knotach

i umieścił je w świecznikach.

Wyprostował się z trudem 

i już miał odpalić świece 

gdy widać przypomniał sobie o czymś,

szybkim ruchem sięgnął

do zamaskowanej

w materiale płaszcza kieszeni 

i wyjął kolejny zwitek kartki.

Wręczył mi go.

Odebrałem go i odczytałem treść.

 

Panie Scholl.

W trosce o prywatność

i dobre samopoczucie 

zarówno Pana jak i moje,

zadbam o to by żaden szczegół

mający wpływ na atmosferę pracy,

nie zakłócał nam porządku

ani stanu nerwów.

Widział Pan przecież

po wejściu do domu,

moje rozwieszone prace.

I zdaje sobie sprawę, 

że nie był to odbiór łatwy 

i nie pozostawiający 

uczucia ciężkiego

wstrząsu psychicznego.

Moje dzieła nie są z pewnością 

przyjemnym dla oka pejzażem.

Dlatego też pozwolę zapalić sobie 

te dwie dodatkowe świece,

ich ostre światło

będzie barierą zasłaniającą 

moje prace jak i mnie samego. 

Jestem schorowanym starcem

Panie Scholl

a choroba która mnie dotknęła,

zebrała z mego ciała 

wstrząsające do głębi krwawe żniwo.

Może mi Pan wierzyć, 

że lepiej ślepnąć delikatnie 

od blasku ognia 

niż patrzeć na to co straszna choroba 

potrafi zrobić z ludzkim ciałem.

Nie mogę malować

z twarzą pod kapturem 

ani dłońmi ukrytymi pod rękawiczkami,

dlatego będę musiał się odkryć

i mam głęboką nadzieję,

że nie dojrzy Pan

zbyt wiele traumatycznych obrazów 

starczej choroby.

Serdecznie Pana za to przepraszam.

Jeśli blask świec będzie zbyt ostry 

i godzić będzie w Pana wygodę 

to oczywiście gotów

w każdej chwili jestem 

na to by

zrobić nam obu dogodną przerwę.

Jeszcze raz przepraszam za tak ekscentryczne zachowania i metody.

 

Zanim udało mi się

dobrnąć do końca notatki,

Wild w tym czasie odpalił świece 

i zasiadł z wyraźną ulgą na krześle przysłoniętym sztalugą.

Byłem w stanie zrozumieć go.

Ciężko chorował.

Choroba była tajemnicza 

lecz widać nad wyraz okropna 

jeśli chodzi o objawy i jej ślady.

Jego podejście i owszem

było ekscentryczne,

lecz nie szalone 

czy mające znamiona zbrodnicze.

Bezsprzecznie był

utalentowanym malarzem

i obytym człowiekiem sztuki.

Fascynował mnie na tyle głęboko,

że z coraz mniejszą dozą lęku,

zwróciłem ku jego osobie swe oblicze.

 

 

Świece spełniały swą rolę.

Widziałem tylko

rozmyte, mleczne światło,

mocno zaostrzone, 

pozostałym z izbie mrokiem.

Początkowo patrzyłem dzielnie,

potem zacząłem mrużyć oczy,

naleciało w nie całkiem sporo łez,

więc zamykałem je,

próbując się ich pozbyć.

Po czasie, światło wręcz piekło,

niczym bariera

jakiegoś magicznego ognia.

Widziałem tylko zarys postaci Wilda.

Nic nie zdradzające kontury.

Widziałem jak kaptur

ląduję na jego karku,

a rękawice na stoliku z farbami.

Widać zapozowałem idealnie 

bo nie widziałem

żadnych ruchów jego dłoni 

z prośbą o przesunięcie głowy, 

wyprostowanie pleców

czy osunięcie ramion.

Wild nałożył kilka kolorów na paletę,

na chwilę znieruchomiał zupełnie 

po czym usłyszałem

pierwszy rys na płótnie.

 

 

Sesja trwała.

Sam nie wiem

ile czasu zdołało upłynąć.

Był środek nocy 

czy jednak zbierało się już 

ku szarówce przedświtu.

Nie prosiłem o przerwę,

choć zdrętwiałem zupełnie 

od wymuszonej pozycji.

Byłem też głodny.

Żołądek co rusz sygnalizował mi to 

cichym pomrukiem 

a ja starałem się jedynie 

skupić na wiązce ognia.

Nie myślałem o zmęczeniu czy śnie.

Byłem zahipnotyzowany

przebiegiem sesji.

Mój umysł tracił,

właściwe sobie skupienie.

Wild także

nie prosił powstaniem o przerwę.

Był całkowicie pochłonięty pracą.

Bez przerwy

słyszałem tylko pracę pędzli 

i grzechot słoiczków z farbą.

Wydawało mi się, 

że z rzadka uchylał się na bok,

by widzieć mnie dokładniej.

Nie widziałem twarzy,

lecz z pewnością ogień,

zmieniał barwę jego oczu 

na zupełnie nieludzką,

głęboką czerwień.

Innym razem

poprawiał płótno w ramach

i mogłem dostrzec zarys jego palców.

Wydawały się śliskie, blade 

i pokryte strupami

czy głębokimi ranami.

Im więcej ruchów wykonywał.

Tym mocniej w pomieszczeniu 

rozchodził się odór słodkiej duszności.

Odór jego choroby i niemocy ciała.

Im dłużej trwała sesja,

tym Wild widocznie opadał jednak z sił.

Jego oddech dało się słyszeć z daleka.

Był świszczącym rzężeniem,

które tu

pośrodku zapomnianego cmentarza,

mogło wydawać się głosem upiora.

 

 

Wreszcie gdy zapadłem się zupełnie w 

halucynogennych obrazach wyobraźni

i nie potrafiłem odróżnić już

godziny od minuty

oraz dnia od nocy.

Wild przerwał pracę.

Nasunął kaptur na głowę,

sięgnął po rękawiczki.

Założył je powoli

a potem wstał 

i zaprosił mnie gestem do siebie.

Podniosłem się i dopiero teraz 

poczułem ulgę

połączoną ze zmęczeniem.

Podszedłem do Wilda.

Choć odór jego ciała 

nie pozwolił mi podejść 

tak blisko jakbym chciał.

Ten widać nie urażony zupełnie.

Wskazał z nieukrywaną dumą

na płótno.

Zajrzałem i ja.

 

 

W jednej chwili byłem gotów 

odwołać to wszystko co mówiłem 

o stateczności umysłu Wilda.

Był szaleńcem 

i jego obraz potwierdzał to zupełnie.

Na obrazie a i owszem byłem ja.

Lecz jakby starszy o kilkanaście lat,

z zapuszczonym

jasnobrązowym wąsem

i cieniami pod powiekami.

Nie to było jednak najgorsze.

Moja cała twarz nosiła ślady ran, 

trupiego opadu 

i zaawansowanego rozkładu tkanek.

Ja na obrazie, 

zamarłem z uczuciem 

całkowitego zdziwienia

na twarzy i oczach.

Usta sine i z pewnością martwe,

były szeroko otwarte 

a z pomiędzy obwodu zębów i cofniętego gdzieś w głąb krtani języka,

wychynęła na powierzchnię świata postać tak dalece

bluźniercza w odbiorze,

że musiałem odwrócić wzrok.

Był to olbrzymi i namalowany jak żywy, 

trumienny czerw

w złotej, królewskiej koronie.

Jego pobratymcy,

żerowali w moich ranach.

W dziurach na policzkach i szyi.

Było ich całe mrowie.

Kolonia czerwi, 

posilająca się moim trupem.

Tego było dla mnie zbyt wiele.

Uwolniłem się

od uścisku ramienia Wilda 

i porwałem się w rajd 

przez naznaczone 

mroźnym przedświtem mogiły.

Próbując zapomnieć o robaku,

którego ten obraz

zagnieździł mi w ciele.

 

Minął tydzień,

który nie dał mi nawet grama ukojenia.

Popadłem w stan przedziwny,

nazwałbym go melancholijną psychozą.

Nie trwałem

w delirycznym stanie agresji.

Nie mówiłem o Wildzie nikomu.

Ciągle jednak widziałem 

trupie twarze z obrazów.

Oblicze cmentarnego robaka w koronie.

I ja w tym wszystkim.

Starszy, zmieniony… martwy.

Nie zyskałem nic 

oprócz głębokiego rozstroju 

umysłu i nerwów.

Pieniądze pozostały w kopercie 

w domu Wilda.

Nie byłem w stanie 

zarobić teraz nawet pensa.

Nie mogłem jeść ani pić.

Wszystko stawało mi w gardle,

zupełnie jakby

trafiało na żywą przeszkodę.

Króla rozkładu.

 

Zupełnie niespodzianie rankiem 

zapukano do moich drzwi.

Wstałem z ociąganiem 

i dopiero wtedy gdy 

pukanie przemieniło się 

w prawdziwe dudnienie 

otworzyłem drzwi

spodziewając się komornika

lub grupy wierzycieli.

Był to chłopiec od Wilda.

Przywitał mnie ukłonem 

i szczerym uśmiechem.

W ręku trzymał kopertę.

Wręczył mi ją ze słowami.

Pan Wild przesyła list 

i serdeczne pozdrowienia,

oraz życzenia 

jak najszybszego powrotu do zdrowia.

Nie czekając na moją reakcję ani zapłatę ruszył w dół schodów.

 

 

Wróciłem do salonu

i już miałem cisnąć kopertę

w ogień kominka,

ale powstrzymałem się w porę.

Ciekawość zwyciężyła.

Zerwałem lak.

W środku oczywiście był złożony list 

jak i ku mojemu zdziwieniu pieniądze,

pomnożone jednak

co najmniej dwukrotnie 

od pierwotnie obiecanej kwoty 

tamtego wieczora.

Chwilowo porzuciłem

zainteresowanie kwotą

i sięgnąłem po list.

 

Panie Scholl 

 

Na wstępie chciałbym zaznaczyć,

że nie żywię do Pana absolutnie żadnej, nawet najbardziej lichej urazy.

Wina spoczywa tylko i wyłącznie

po mojej stronie

a pańska reakcja była całkowicie zrozumiała i uzasadniona.

Jestem przeto

człowiekiem głębokiej kultury 

i nie mógłbym zostawić teraz Pana 

z tymi wszystkimi pytaniami, 

szczególnie w tak

ciężkim stanie nerwów 

jaki Pan bezsprzecznie przeżywa.

Oczywiście chciałem również 

rozliczyć się z Panem,

podziękować za bycie moim modelem

a z racji tak niespodzianych problemów,

podwoić stawkę wypłaty.

A teraz przejdźmy do meritum.

Widzi Pan, moje dzieła.

Portrety tych mężczyzn.

Ich makabryczne, 

zabrane przez rozkład i śmierć twarze.

Oni wszyscy pozowali jak Pan

i przysięgam na Boga, 

że wszyscy robili to żyjąc.

Nie wykradam ciał z grobów 

ani nie morduje swoich klientów.

Zaręczam o tym.

Zapyta Pan z pewnością.

Skoro pozowali za życia 

to jak stali się martwi?

Można powiedzieć,

że widzę przyszłość

każdego swojego modelu.

Choć może to zbyt wiele powiedziane.

Widzę tylko to 

jak przyjdzie im rozstać się z życiem.

Te wszystkie tragedię.

Już ich dotknęły 

lub dotkną w niedługim czasie.

Pana niestety również.

Skoczy Pan za kilkanaście lat z dachu siedziby miejskiego banku.

Pieniądze nie dadzą Panu szczęścia.

Żałuję.

Część z moich modeli 

jeszcze chodzi po świecie 

i cieszy się życiem jak Pan.

Ale skończą tak jak na moich obrazach.

Zapyta Pan i słusznie,

skąd mam pewność?

Tego nie umiem wytłumaczyć.

Wykształciło mi się to

po moim wypadku,

który odebrał mi wszystko

oprócz talentu.

Uzna mnie Pan za szaleńca.

Groźnego obłąkanego samotnika.

Mój dom, cmentarz, atmosfera 

i nocne sesje.

Wszystko wskazuje na szaleństwo.

Ale wiem, że widział Pan

pewne szczegóły 

w moim wyglądzie 

a także czuł

słodki zapach w moim domu.

A co gdybym Panu powiedział,

że mój wypadek

zakończył się tragicznie.

Moją chorobą jest śmierć.

Malując Pana byłem martwy.

Jestem martwy od wielu, wielu lat.

 

 

Uwierzyłem w każde jego słowo.

Tak jak w robaka w koronie,

który cicho chrzęścił

odrażającymi odnóżami,

gdzieś opodal 

mojego bijącego szaleńczo serca.

A za kilkanaście lat opuści swego żywiciela przez rozwarte martwo usta.

 

Dedykuję Lenore Grey,

z podziękowaniem za to,

że jej niesamowita wyobraźnia,

pobudza mnie do pisania coraz lepszych utworów.

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


×
×
  • Dodaj nową pozycję...