Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*
"Czułem się jak prywatna latryna cierpiącego na biegunkę Pecha" - wyczytałem na pociechę u Wilsona. Zdanie będące powieścią lub powieść będąca zdaniem - cokolwiek to było, przyniosło natychmiastową ulgę. Odłożyłem książkę, czując wyraźne symptomy pocieszenia.
Coś mnie użarło w nogę. Ukąszone miejsce stwardnialo, spuchło i swędzi nie do wytrzymania. Chyba to był pająk, którego wyprosiłem przedwczoraj za pomocą kubka i kartki papieru. Uprzejmie wyniosłem go przed dom i wypuściłem. Nigdy nie widziałem tak wielkiej bestii, więc w pierwszej chwili chciałem dać nogę. Pomyślałem jednak, że nie mam dokąd pójść i to on musi doświadczyć trudu życia poza domem. Może wrócił się zemścić? W każdym razie mam dodatkowy powód, żeby nie zasnąć – upierdliwe swędzenie.
Całą noc pada deszcz. Dach w korytarzu przecieka, krople paćkają o dywanik, a echo roznosi ich brzmienie po uśpionym domu. Z braku lepszych pomysłów rozmyślam, na co wydam pieniądze, które kiedyś zarobię. Przydałby się jakiś sprzęt grający, laptop, kino domowe, samochód. Co dnia pilnie przyglądam się zasadom ruchu na londyńskich ulicach i mam wrażenie, że dałbym rady tu jeźdźić. Jeden z tekstów, jakie napisałem do gazety, dotyczył kupowania aut. Endorfiny, te od marzeń, od razu zaczęły eksplodować. Bryczki są wyraźnie tańsze niż w Polsce. Za przyzwoitą wypłatę angielską mozna sobie sprawić sześcioletnie cacko. Nie znam się na psychoanalizie i nie wiem, jak to się przekłada na wielkość i jakość przyrodzenia, ale lubię średnie auta miejskie – Golfy, Fiestę, Fabię, Corsę... Fabia służyła mi dwa lata. Była w Wiedniu, Koszycach, Budapeszcie, Pradze, Berlinie. Po spłacie ostatniej raty leasingowej, sprzedałem kochane autko, żeby zlikwidować długi, lecz okazało się, że to za mało. Niech komuś służy tak, jak służyła mnie i Anecie.
Pisząc tekst o zakupach motoryzacyjnych, natknąłem się na kolejny brytyjski paradoks, przy którym mój kabelek do kompa za 3 funty, to pyłek marny. Znalazłem sobie Seata Leon w bardzo przyzwoitej, okazyjnej cenie i stwierdziłem, że za dwa miesiące mógłby być mój. Jeden z cytowanych w artykule rozmówców szybko pozbawił mnie złudzeń. Ubezpieczenie samochodu na wyspach nierzadko dorównuje wartości pojazdu! Co z tego zatem, że auta są tanie, skoro przez insurance, trzeba dać raz więcej?
Może jednak lepiej nie mieć, a być. Być w moim mniemaniu, to być gdzieś i coś widzieć albo zjeść, wydać pieniądze i cieszyć się samym nagim byciem. Odkąd mieszkam w Anglii, marzę o podróży do Oxfordu, Yorku, Edynburga, Dublina, czy nad Ocean. Nigdy nad żadnym nie byłem. To pewnie takie przerośnięte morze, ale dopóki nie zobaczę, nie zaznam spokoju. Z Londynu jest tak samo blisko do Paryża, Amsterdamu, Brukseli, trochę dalej do Barcelony.
Pusty portfel, pusty żołądek, pusta głowa – znakomity punkt wyjścia, żeby zacząć wszystko od nowa. Z tą myślą udaje mi się w końcu zasnąć.
Nazajutrz pada dalej. W wiklinowym fotelu siedzi zgarbiony Zibi. Posępna zazwyczaj twarz wydaje mi się soczewką wszystkich nieszczęść tego świata.
Lecę pod prysznic. Wracam. Zibi ani drgnie. Jem śniadanie, wypijam kawę. Zibi mrugnął powieką może raz. Przystaję.
- Co jest?
Unosi umęczone spojrzenie i zaciąga się Saint Georgem.
- Zwolnili mnie z pracy. Zupełnie bez powodu.
- To co? Jakiś materiał na artykuł masz.
- No niby mam...
Zaczynam rozumieć. To ból prostego człowieka, który dziennikarzem jest dopiero w następnej kolejności. Przede wszystkim chciał zarobić – nawet te 30 funciaków za nockę, bo za cały tydzień, to jednak daje 200. Nieistotne jakim kosztem. Może przesiąknął problemami pracujących przy chipsach ludzi, a może odnalazł w sobie tożsame. Omal nie płacze za swoimi 2,70 na godzinę, czterdziestominutowymi spacerami do fabryki i paroma godzinami snu.
- Teraz to opiszę – mówi gniewnie.
- Dlaczego dopiero teraz?
- Bo poczułem temat. Sprzedam to do Super Expressu, Europracy, Timesa albo jeszcze gdzie indziej. I dam popalić agencji, która pośredniczy w zatrudnianiu tam ludzi.
Smutno mi. A więc nie dziennikarska powinność, tylko zemsta. Nigdy nie spotkałem dziennikarza śledczego, który zatrudniał się gdzieś w celu zdemaskowania ukrytych mechanizmów i potem żałował, ze musi odejść.
- I wrócę do kraju – ciągnie Zibi - Jeśli parę gazet kupi mój tekst, będę miał pieniądze na rok życia. A wypłaty i tak nie podaruję. Już dzwoniłem. Ujawiniłem się i zażądałem wyjaśnień.
Zibi ma tę charakterystyczną cechę, że nie potrafi spuentować tematu. Wszyscy od niego uciekają, bo jak już zacznie gawędzić, to kazdy jego monolog wystarcza na sporą, nudną jednoaktówkę. Mimo to słucham. Ten ktoś po drugiej stronie słuchawki wcale nie przejął się rewelacjami Zibiego. Spokojnym tonem oświadczył, że jest zatrudniony na etacie jako specjalista do spraw rekrutacji i nie interesują go warunki, na jakich fabryka zatrudnia swoich robotników. Zibi może zgłosić się po część wypłaty za dwa dni, wtedy też dowie się, kiedy reszta.
- Jutro się stąd wyprowadzam – mruczy wyraźnie zadowolony – Archie mnie przyjął tylko na czas zbierania materiału do artykułu.
- To już nie zagramy w karty – mówię z błyskiem w oku.
- Może za rok. Może w lepszym nastroju...
Pichcę sobie kotlety mielone (zrobiłem tyle, że starczyło na cztery dni), wracam do pokoju i słucham deszczu. Z pozoru bezsensowna czynność znacznie poprawia mi nastrój. Przychodzi mi do głowy równie bezsensowna myśl, żeby napisać wiersz. Właściwie to nie myśl, tylko imperatyw wewnętrzny, który każe mi wziąć długopis i splamić kartkę kolejnym nerwobólem mózgu. Pisze jeden, drugi, trzeci, potem nagle odkładam długopis i zapominam o sprawie.
Krótka komenda niebios wystarcza, by przestało padać. Po prawie dwudniowym ślęczeniu w pokoju, rozpiera mnie energia. Wybiegam na mokrą ulicę, odprowadzany przez tuptającą przy nodze Squatkę. Jest znów leciutka, jak piórko. Zapomniałem wspomnieć, że ze dwa dni temu asystowałem przy porodzie małych kociaków. Poszło łatwo i pięć malutkich, kudłatych stworzeń od razu rozpoczęło szturm na rodzinną jadłodajnię.
Robię sobie odprężający spacer po okolicy, powłócząc zdrętwiałymi od nicnierobienia nogami. Trzymanie głowy nisko nie pozwala może wiele dostrzec, ale potrafi człowieka wzbogacić. Pewnego dnia znalazłem 20 pensów, innym razem funta. Teraz idę sobie, a tu pod murkiem leży harmonijka z papieru, który jest mi bardzo bliski. Nie wierząc własnym oczom, podnoszę 10 funtów i oglądam ze wszystkich stron. Wygląda na całkiem zdatne do użycia. Pomijam fakt, że ilekroć patrzę na tutejsze pieniądze, widzę jak brzydkie są angielskie kobiety. Przykład idzie z góry...
Niebo powoli ciemnieje. Wiatr potrząsa wierzchołkami drzew, które dumnie kłaniają się jego potędze. Chmury pędzą na zatracenie, obcierając gębę promiennego księżyca. A ja? Ja rozmyślam, co począć z tak pieknie rozpoczętym wieczorem. Postanawiam zrobić sobie jakąś przyjemność. Łatwo przyszło, łatwo pójdzie. Wstępuję do pubu Greystoke (tak wiem, Tarzan tak miał na nazwisko, zanim zaczął robić hu hu hu). Raźnym krokiem podchodzę do baru i uśmiecham się do dziewczyny, która nalewa piwo.
- Co podać? – pyta bez cienia radości.
Wypuszczam powietrze, nie kryjąc złości. Chyba będę musiał się przyzwyczaić, że wszyscy tutaj wiedzą skąd jestem.
- Carlsberga, proszę – mruczę zdeprymowany.
Łapię szklankę i siadam w kącie za jakimś filarem. Nie chcę razić szanownych bywalców swoją słowiańską gębą, skoro wszystkim to tak przeszkadza.
Anglicy piją w pubach na stojąco. Jest to dość ostentacyjny gest, który działa mi na nerwy. Twierdzą, że skoro przez cały dzień siedzą w biurach, mogą postać przy browcu, lecz nie mogę oprzeć się wrażeniu, że chcą zaznaczyć swoją szlachetniejszą odmienność. Archie opowiadał mi, że w starych dokach przerobionych na atrakcję turystyczną i na Soho, to w ogóle w pubach nie stoją, tylko na ulicy. Ja i ze trzydziestu normalnych kolesi siedzimy, stoi może dwóch, w tym jeden Ciapak. Po paru łykach piwa zaczynam w duchu szydzić z jego brytyjskości. A w ogóle, to piwo jest do bani – za słabo schłodzone i gazowane. Ot, sikacz nie wart wspomnienia.
Kupuję jeszcze jedno i wracam na swoje miejsce. Już czuję się pewniej, w duszy gra mi zapomniana nieco melodia, humor też mam niczego sobie. Nagle opada mi szczęka. Przecieram ze zdumienia oczy, lecz te nie kłamią. Podchodzi do mnie uśmiechnięty tajemniczo Matuś. Przyjaźnimy się od pierwszej klasy liceum – tak na całe życie. Siada naprzeciw mnie, wali szklanką o blat i podbiera mi papierosa, choć podobno sto lat temu rzucił palenie. Odzywa się gwarą, którą wymyśliliśmy na własny użytek:
- Zarobiłżeś co, synku? Martwię się. Nic się nie odzywasz, bucu. Dać ci kasę na smsy?
Prawie płaczę ze wzruszenia.
- Trudny okres. Lada dzień będę jak nowy. Zarobiłżem, ale za mało. W Norłeju my mieli lepiej. Robota stała, wypłata na czas.
- Ale na browca mosz, ino o mnie żeś zapomnioł.
- Nie zapomnołżem, ci godom, tylko nastroju ni mom.
- No dobra. Opowiadaj jak ci tu.
Wzdycham. Od czego tu zacząć.
- Znalazłem dziś dychę...

Opublikowano

No pojawiło się nieco liryzmu (przez deszcz, czy z powodu przyjazdu żony?)- cała historia pięknie się rozwija. Jednak takie pokawałkowanie tekstu wywołuje we mnie objawy frustracji. To tak, jakbym zamiast pięciodaniowego obiadu dostał samą przystawkę. Nie mógłbyś dawać troche większych porcji? To tylko pobudza apaetyt.

Opublikowano

asherku kochany!ja czekam na coś "osobnego" bo to już siódma część ,a ja ani jednej nie czytałam:( muszę nadrobić,ale nie mam kiedy:( a uwielbiam czytać Twoje teksty i chciałam tylko powiedzieć ,że z chęcią bym poczytała coś krótkiego:)))
pozdrawiam strasznie gorąco!:**

Opublikowano

Wiecie, jak to jest. Praca czleka wzbogaca, a jednak zuboza...postaram sie niebawem przysiasc solidnie, bo naprawde jest o czym pisac, a ja tkwie w historiach sprzed 3 tygodni...

Wlasnie byla u nas prewencyjnie policja. Ale my z Polski, wiec popatrzyli i poszli...

Opublikowano

więc napisz coś innego !! napewno masz wiele pomysłow ! to opowiadanie jakos wymęczyłeś- takie moje skromiutkie zdanie....
pozdrawiam i dzięki za Pw
pozdrawiam

Opublikowano

jakoś?
płynie płynnie w dychę, tj. w dechę, tzn. dech zapiera, bo Odkrywasz i Londynek i siebie,
z przewodnika-poradnika Wyzierasz nieco innym spojrzeniem -rozmarzonym i powłóczystym //krokiem prozaicznym Zaciągasz w poetyckie obszary

pozdrowionka ciepłe

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...