Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

@Poet Ka

 

musiałem Twój wiersz dobrze rozczytać bo ma dużą głębię.

 

 

to jest taki wiersz który nie opisuje świata tylko go rozszczepia na światło i widzenie!!!


katedra nie stoi tu z kamienia tylko z percepcji i to robi ogromne wrazenie .


bardzo mocna jest ta myśl że widzenie staje się warunkiem istnienia jakby wszystko trwało tylko dopóki jest uchwycone spojrzeniem.

 


i nagle rzeczywistosć przestaje być czymś pewnym a zaczyna być czyms kruchym migotliwym prawie nie do utrzymania .


podoba mi się też jak szeroko to idzie od drobnoustrojów po eony od mikro do kosmosu wszystko tu jest spięte jedną świadomością
to daje poczucie wielowymiarowosci i naprawdę dużej odwagi myślenia.

 

tym mi bardzo imponujesz!!!


i jeszcze ta gra pozorów .

 

elfy ktore za chwilę okazują się fotomontażem jakby wyobraźnia i rozum ścierały się w jednym miejscu, 

 


to jest bardzo     przenikliwe bo podważa samą możliwosć pewnego widzenia..

 


masz niezwykłą zdolność łapania tego momentu kiedy świat zaczyna się rozpadać na obrazy a jednoczesnie właśnie wtedy odsłania coś głębszego!


to jest poezja która nie daje gotowych sensów tylko zmusza do patrzenia dalej i głębiej

 

przenikający tekst!!!

 

korciło mnie jeszcze pójsć śladem Poswiatowskiej......

ale już nie chcę nadwyrężac Twojej cierpliwości:)

 

 


 

Opublikowano

@Poet Ka

 

a ja teraz znalazłem coś co było mi kiedyś tak bliskie:

 

 

uśmiecham się do ciebie...)

Halina Poświatowska

 

 

"Uśmiecham się do ciebie. Czym jest uśmiech?

Światłem przez gwiazdę przesłanym gwieździe.

Zapachem który trawy wiąże w brzęczącą łąkę.

Łagodny kolor zieleni kolor moich oczu wplątał się

w twoje palce. Trzymasz w ręce rozszeptane ciało łąki.

Trawa cierpkim wąskim kształtem opowiada o moich

oczach patrzących nieskończenie.

Uśmiechasz się do mnie."

 

 

Opublikowano

@Migrena - wspomniany wiersz Poświatowskiej 

"modlę się do zieleni (...)"

tu kruche życie - tam kruchość życia

tu drobnizna- drobnoustroje 

tam- chrabąszcze

tu piękno kruchości - tam piękno kruchości "inaczej"

tu katedra- tam kościół 

 

Opublikowano

@Poet Ka Oj, 

nie potrafię go do końca odczytać - próbowałam podejść z różnych stron i wciąż mi się rozprasza jak światło.

Ale zatrzymał mnie tym migotaniem.
Może muszę jeszcze założyć okulary przeciwsłoneczne - bo na razie trochę mnie oślepia, 

serdeczności  dobranockowe :)

Opublikowano

@Poet Ka

...

wczoraj dziś jutro 

żyje 

gdy jest i gdy minie 

 

widzieć kolory 

rodzący się listek 

na szarej gałęzi 

zobaczyć 

człowieka obok 

to dar 

 

biegniemy jak ślepcy 

patrząc daleko 

zbyt daleko 

 

niepotrzebnie 

 

życie jest w nas 

w uśmiechu 

podaniu dłoni 

w biedronce 

szykującej się do lotu

...

Pozdrawiam serdecznie

Miłego dnia 

Opublikowano

@Poet Ka

 

Zaczerwieniłam się na maxa. :) 

 

Dobrze Ala napisała - bądź sobą!

 

Przeczytałam komentarz Jacka i Twój - i chyba zorientowałam się o co chodzi - Poświatowska powiedziała wiele. :)

 

Połączyłaś fizjologię z kosmiczną skalą, bo przechodzisz od biologicznego obrazu - tych "transparentnych drobnoustrojów" dostrzeganych pod powiekami - do metafizycznego "marzenia o wieczności". I to robi wrażenie.

 

No i oczywiście to mocne nawiązanie do Poświatowskiej i jej "opadniętych napięstków". To koresponduje z deklaracją "widzę - trwam" czyli dopóki moje oko łapie światło i widzi te drobinki, dopóty ja wciąż żyję. (przypomina - „myślę, więc jestem” )

 

Dla mnie to wiersz o tym, że dopóki potrafimy zachwycać się światłem (nawet jeśli to tylko powidoki), dopóty wygrywamy z przemijaniem.

 

Czy taka interpretacja może być dobra?

 

Pozdrawiam. 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...