Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

 

Zmieniamy się w koty
gdy budzą ptasie głosy
mruczymy w pościeli

palimy papierosy


Między piątą a szóstą
zaspani w ogrodzie

tropimy ślady szczęścia

w fusach po kawie

 

Myśl cicha jak myszka
okręca się na ogonie
że będzie taki zawsze

świat bez napisu koniec

Bóg zbawca z saszetki

wiesza zasłony chmur

aby zazdrosne anioły 

nie pogubiły piór

 

Heraklit drapie piórem

Wiersze za uchem pchły

Stracony czas nie płynie

Z Efezu płyną łzy


Miau miau na zawsze
taki sam jest każdy cień
chodzenie po ogrodzie
pisanie i kochanie

 

Aż nagle zgrzyt i walka

rzucono nam wyzwanie
charakter pisma inny
z urzędu jest wezwanie

 

 

 

Opublikowano

@Poet Ka Rzecz jasna. Rzeczywistość w konfrontacji z marzeniami o zatrzymaniu szczęśliwego czasu. Skoro się podoba, to proszę podaję więcej. Program robi tylko szorty, dlatego tak pocięło.

 

 

 

 

 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Świetna strofa:)   

 

Wiersz się przeczytał i właśnie, że płynie:) Lubię nawiązania, a tutaj takowe znajduję i własnie te odniesienia dodają soczystości i głębi. Pozdrawiam.

Opublikowano

@tetu

 

Myślałem, co by tu jeszcze upchnąć w piosence. Szukałem skojarzeń na temat eksplorowanego do bólu tematu, jakim jest zatrzymanie czasu, by zakochani mogli forever. Do głowy mi wpadł Heraklit i jego "wszystko płynie". Wiem, nie muszę tego tłumaczyć. "Stracony czas" też mi się podoba. Fakt - najlepsza strofka :)

Pozdrawiam razem z kotem. 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •     Zaczął duchowo przygotowywać się na skok stulecia, jego głowę wypełniły podniecające scenariusze, o tyle słodsze, o ile dyskretniejsze i głębiej pochowane gdzieś w dziecięcym światku. Karol postawił mur fabryki między sobą a światem dorosłym, tylko po to, żeby móc go własnoręcznie zburzyć, z pozdzieranymi knykciami, obscenicznie przywitać starszych w ich własnym salonie. Myśli te mąciły nastoletnią głowę - jedząc obiad, kończył powtarzać swój rozpoznawczy obchód, w szkolnej ławce szukał najłatwiejszego punktu wejścia (tam fabrykę odznaczał jedynie smukły komin, sterczący na planie osiedla jak kulfon radzieckiego urbanisty) .

          Kiedy przeczołgiwał się pod ogrodzeniem, na początku przenosząc na drugą stronę samą głowę, potem powoli wciągając tors, rozgrzewał wokół siebie przymrozek poranka, ostatecznie wypychając się w całości na drugą stronę falowanej blachy. Karol rozprostował nogi, otrzepał pył ze spodni, a wraz z nim, na placu powstała nowa siła - magnetyzm tego miejsca przestał zdawać się siłą przyciągającą tutaj chłopczyka, wsiąknął w niego samego, jego wibracje czuć można było w rozchodzącym się cieple, w lekkim, elektrycznym, brzęczeniu w uszach, w malutkich wibracjach każdej tkanki, możliwych do wyczucia przy wystarczającym skupieniu (pobudzone w tym momencie krążenie zdało się Karolowi czymś o wiele magiczniejszym), co wszystko składało się na poczucie młodzieńczego zrywu wcześniej jedenastolatkowi nieznanego. Prawie że najniższy w swojej klasie, uczeń piątej klasy szkoły podstawowej zdał się tutaj nadczłowiekiem, członkiem kasty wydzielonej zarówno od dzieci jak i dorosłych, wszystkich trwających w ohydnym bezruchu i bezwiedzy, jednych, pchanych ospale przez życie zwierzęcością, drugich, swoją metafizyką. Drugą siłą, która musiała opanować każdego Ubermenscha, był strach. Jawił się pod postacią lekkiego bólu czy nudności, gdzieś pomiędzy brzuchem a plecami, oznaczał dziwne zatwardzenie w gardle, i szybszy pęd myśli, w tym momencie zdających się jakby zwolnieniem śluz na długo wypełnianym zbiorniku dojrzałości. 

          Pierwszy krok osłupił Karola, jego powaga prowadziła jedynie do strachu - nie dlatego, że był to krok przełomowy, ale dlatego, że jego ciężki, zimowy but z hałasem dotłukł już wcześniej potłuczone szkło. Zaspany gołąb sfrunął gdzieś z wysoka. Post-sowiecki panoptykon wrócił jeszcze na chwilę do włamywacza, tym razem z parą oczu w każdym sąsiednim oknie, co teraz Karol uznał za niezasługujące na krztę jego uwagi. Następny krok był już wartki, jego impet był obietnicą następnego, a następny obietnicą dalszych i dalszych. Elewacja rosła i rosła, aż stanęła na wyciągnięcie ręki. Mały dziewięciolatek w biało-złotej albie instynktownie zadarł w tym momencie głowę do góry, a kościelna wieża, rozsypała się pod jego błyszczącymi bucikami na suchy, ceglany pył. W pobliżu rozległo się bicie dzwonów. Ósma rano. Jakby to był jego sygnał, Karol postawił pierwszą nogę w miejscu wyłamanego okna, i sam nie wiedząc kiedy, znalazł siebie w pustej, industrialnej hali.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...