Wieczór zsuwał się z dachów
jak ciężka zasłona z ramion wdowy,
a drzewa — nieruchome i skupione —
stały w ogrodzie
jak myśli, których nikt nie odważył się wypowiedzieć.
I tylko studnia
przechowywała jeszcze głos dnia,
ciemny, głęboki, drżący od gwiazd,
które dopiero miały nadejść.
Człowiek jest samotny bardziej, niż przypuszcza.
Nosi w sobie zamknięte pokoje,
gdzie od lat nie wszedł nawet Bóg.
Czasem jedynie noc
dotyka klamki.
Widziałem starą kobietę,
jak niosła chleb przez pustą ulicę —
tak ostrożnie,
jakby niosła własne serce.
Nad nią krążyły wrony
podobne do spalonych listów.
I wtedy zrozumiałem,
że piękno nie mieszka w rzeczach wielkich,
lecz w tym, co odchodzi cicho:
w świetle gasnącym na ścianie,
w filiżance pozostawionej po kimś,
w dłoni, która już nie potrafi zatrzymać drugiej dłoni.
A noc rosła.
Ogromna, cierpliwa,
pełna niewidzialnych schodów.
I szedłem przez nią długo,
jak przez wnętrze własnej duszy.