Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

żarcik, sobie z okazji 40. urodzin

oto niedługi poemat mojego bólu,
wykrzyczany de profundis!

usłyszycie go jako gulgociny w rurach kanalizacyjnych,
ściekowych kratkach. dźwięk dotrze do waszych uszu
zniekształcony w podobnym stopniu, w jakim
"zdeformowany" zostałem ja, gdy na kilkuletnie
ciałko spadły krople niewidziadliny.

ech, oczadziały z ekscytacji tata, gdy tylko
spostrzegł, że po latach prób, dziesiątkach godzin
mozolenia się nad kolbami, pipetami, przelewania
jednej cuchnącej substancji w drugą, skraplania,
odsączania, udało mu się wreszcie
stworzyć eliksir niewidzialności...
postradał wszelką rozwagę,
krzycząc: "Eureka, eureka", poniechawszy
elementarnych środków bezpieczeństwa,  
wyleciał, wolny i dziki, na miasto.

byliśmy z Klaudią świadkami nieoczekiwanego
tryumfu. przefrunął przez dom jak na skrzydłach,
minął nas w korytarzyku, niespełniony wynalazca,
nasz kochany chemik-amator.

roztwór-dziwo stał w pękatym słoju
na samym środku laboratoryjnego stołu.
w klatkach – zdziwione nowym kształtem,
nie dowierzając, biegały jak opętane
półmyszki: Nancy i Sid.

samczyk był widzialny w połowie "głowowej",
Nancy – "ogoniastej".

Klaudia, zawsze śmielsza,
bardziej przebojowa ode mnie,
powąchała, zanurzyła w cieczy palec,
który w okamgnieniu się  zdematerializował.

po pierwszym szoku, jaki wywołała w nas
świadomość, że bierzemy udział w bajce na żywo,
sami nie wiedząc kiedy, zaczęliśmy się smarować
i chlapać eliksirem. nie parzył, nie wyżerał niczego.

siostrze przestały być widoczne obie dłonie,
lewa noga i pół miednicy. ja oberwałem
znacznie gorzej; do dziś świecę
przed oglądającymi mnie ludźmi,
nagim mózgowiem, straszę jawnością żeber,
paskudnie uwidocznionymi fragmentami czaszki.

trzy i pół roku później pochowaliśmy drogiego
papę, który, ciężko zżerany przez wyrzuty sumienia,
próbował odwrócić działanie okrutnego płynu,
całe dnie, noce spędzał, zapłakany, w laboratorium.

i zmarł ze zgryzoty, do ostatnich chwil żałując,
że podjął się stworzenia niewidzialniny, która
okaleczyła wizualnie jego dzieci. bo niestety:
ani on sam, ani cały przemysł chemiczny,
farmaceutyczny świata, nie był i nie jest
w stanie nam pomóc.
nie znaleziono antidotum!

rezonansy, tomografie, inne niekończące się
badania, rurki wsuwane niedelikatnie
w każdy cielesny otwór, prześwietlenia,
próby nakładania protez na istniejące przecież
kończyny, smród szpitali, przychodni,
niekończące się pobyty w gabinetach,
osłuchiwania, opukiwania, kremy, maści, pudry,
maskujące make-upy, flesze paparazzi, okładki
gazet, wywiady, Polsat, TVN...  

a w środku tej całej kotłowaniny
– my, dwoje dzieciaczków.

po trwającej dwa, trzy lata burzy medialnej,
gdy mieliśmy status swego rodzaju celebrytów
(łamane na: robiliśmy za małpki w zoo),
wrzaskliwy świat niemal z dnia na dzień
zdał się o nas zapomnieć.

następne lata mijały, cierpko, źle. Klaudia wróciła
do szkoły, ja, rzecz jasna, zostałem skazany
na prywatne nauczanie. ją prześladowali
rówieśnicy, mi – coraz bardziej
wykoślawiał się charakter.

brak kontaktów z innymi dziećmi
– z jednej strony był lepszy, bo pozwalał
uniknąć szykan, z drugiej – wiódł prosto
w alienacyjną przepaść.

siostra z czasem znalazła chłopaka, który
stał się jej narzeczonym, potem – mężem.

ja, któremu uwierały maski i ciążyły peruki
zacząłem identyfikować się
z potworem dra Frankensteina, czy upiorem Luwru.

zaniepokojeni stanem ducha psychiatrzy
próbowali zapoznać (czytajcie: wyswatać) mnie
z posiadaczką innej anomalii, niemal rówieśną
Sylwią spod Suwałk, której uszy dają się widzieć
jedynie przez jeden miesiąc roku,
konkretnie w lipcu.

nie wypaliło. byłem za mało czytelny,
zbyt wielka połać mnie istniała
poza możliwościami widzenia.

czytałem nałogowo i dziwaczałem w ekspresowym
tempie. wreszcie, ledwie osiągnąwszy czterdziesty
rok życia, zstąpiłem do podziemi, jak jakiś
pierdzielony żółw Ninja. i egzystuję tak, w kanałach.
pominę milczeniem, czym się żywiąc.

bywa znośnie. nie dalej, jak wczoraj, w pobliskiej
rurze spotkałem, przeciskającą się z trudem,
Marię Callas. nie chciała powiedzieć,
kto i czym ją spryskał, że tu trafiła i musi
ukrywać się przed światem.

Opublikowano

@Florian Konrad

To jest bardzo prawdziwy, mocny tekst.

Wydarzenia z dzieciństwa wpływają niezwykle intensywnie na dalsze losy peela.

Odejście rodzica to niesamowita trauma, która może sprawić, że faktycznie, dziecko, z całym jego wewnętrznym światem emocjonalnym, potrzebami, pragnieniem bezpieczeństwa - z dnia na dzień czuje się, jakby przestało istnieć.

Zerwana więź boli, a nieobecność utrwala mechanizm unieważniania siebie.

Skoro odszedł, ktoś, kto powinien kochać, dostrzegać, troszczyć się, chronić - to znaczy, że mnie tak naprawdę w jego życiu nie było, nie istniałem.

To najdotkliwszy aspekt porzucenia przez jednego z rodziców (zazwyczaj ojca, ale niekoniecznie).

I później całe życie i jego sploty stają się konsekwencją, a najsmutniejsze w tym wszystkim jest, że ponosi ją nie główny winowajca, tylko jego ofiary i ludzie, którzy znaleźli się w ich otoczeniu.

Opublikowano

@Florian Konrad Nie ma co się dziwić @vioara stelelor  - to brzmi jak żart, że ten wiersz to żart - nawet jeśli miałeś jak najlepsze intencje, by tak to wyszło :D

 

Utwór ma charakter groteski, absurdalnej biografii w pigułce, wobec której podmiot próbuje zdystansować się byciem "ponad tym". Czytam z przymrużeniem oka, zwłaszcza że "niewidzialnina" jest dla mnie zdecydowanie najwidzialniniejsza. Brawo za ten neologizm. Nurtuje mnie jednak tytuł "Świecht". Bo dlaczego nie "śmiecht"? :D

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Florian Konrad Nie ma co się dziwić @vioara stelelor  - to brzmi jak żart, że ten wiersz to żart - nawet jeśli miałeś jak najlepsze intencje, by tak to wyszło :D   Utwór ma charakter groteski, absurdalnej biografii w pigułce, wobec której podmiot próbuje zdystansować się byciem "ponad tym". Czytam z przymrużeniem oka, zwłaszcza że "niewidzialnina" jest dla mnie zdecydowanie najwidzialniniejsza. Brawo za ten neologizm. Nurtuje mnie jednak tytuł "Świecht". Bo dlaczego nie "śmiecht"? :D
    • @vioara stelelor Jest w tym pewna... przewrotność? Autorka pisze wiersz, w którym podmiot - "poeta" - uznaje piedestał za przekleństwo swego życia - po czym... wstawia go na forum, na którym utwór ów zbiera oklaski :D   Próżność to zarówno pięta achillesowa jak i siła napędowa każdego człowieka, zwłaszcza artysty - choć nikt nie jest tak łasy na słowa uznania jak poeta. No... może poza jego krytykiem?   Absolutnie nie jest to przytyk, wręcz przeciwnie - treść wiersza (i jego zamieszczenie na forum) dobitnie obnaża paradoks natury ludzkiej i koegzystencję sprzeczności w niej ukonstytuowanej. W tym kontekście ostatnia strofa nabiera tragicznego wręcz wydźwięku:  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Te słowa to tak bezradna kapitulacja. Zastanawiam się jednak, czy dla peela nie jest za późno?   Choć przypominam sobie, że posągowi Szczęśliwego Księcia pękło ołowiane serce, bo - jak się okazało - był zdolny do miłości. Ten wiersz silniej przywołuje mi właśnie Wilde'a niż Horacego... "Objawić sztukę, ukrywać artystę - oto cel sztuki." - a ostatecznie sztuka okazuje się być punktem "wyjścia", nie "wejścia".    Słowa uznania dla @Berenika97 - świetna analiza. Prawie nic nie zostało mi do napisania... :D
    • @andrew Dziękuję :) widzę jutro... ładne to. Idealne podsumowanie. Pozdrawiam :) @Berenika97 O to ciekawa uwaga, najpierw podmiot analizuje co właściwie się przed nim jawi, potem przykrywają go uczucia. Dziękuję :) @marzipan Dziękuję - jeśli znajdziesz, chętnie przeczytam twoją interpretacje. 

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Ładnie nazwane... głębia szarości a powierzchowny błękit...choć tego nie napisałeś, ale próbuje czytać między wierszami :) :))
    • Niebo chmurzaste zaćmiło widok wilgotne krople plamią sukienkę, przez tamę wody smutek dostrzegam dziś spaceruję z deszczem pod rękę. Na rzęsach mżawka włosy przemokły. Jak ja wyglądam? Katar zagościł. Czy ta ulewa przelotną będzie, czy się rozpada już tak na dobre.? Zgubiłam kolczyk, w wielkiej kałuży burza szaleje, jak na estradzie ciemny horyzont dreszcze na ciele mam już kalosze i parasolkę.             Pamiętam…B.J.            
    • @Myszolak niebo? nie... bo szaro :D  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Ten (światło)cień na widok podmiotu niesie z sobą element wzbudzający niepokój. Nie wiem, czy nie poszukać w tym wierszu drugiego dna...   Kontrast zapewne ma źródło w zestawieniu głębi szarości oczu z blaskiem miłości, ale... kto wie? :D
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...